Kto rządzi budżetem Polski? "Kiedyś kasę kontrolował minister, potem premier, teraz zwykły poseł"

Pozorowany konflikt, w końcu ministrowie finansów od dawna nie mają nic do powiedzenia. Mateusz Morawiecki i Teresa Czerwińska. Fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta
Minister finansów Teresa Czerwińska chce złożyć dymisję w proteście przeciw nadmiernym wydatkom rządu – taka pogłoska obiegła media w ostatnich dniach. Szkopuł w tym, że szefowie resortu od czasów rządu Tadeusza Mazowieckiego systematycznie tracili na znaczeniu. Mało który ma dziś szansę realizować własną, niezależną politykę czy upierać się przy regułach, które nie zostałyby zaakceptowane przez politycznych przełożonych.


Czasy, w których minister finansów był strażnikiem państwowej kasy, a rząd mógł sobie pozwolić jedynie na to, na co pozwolił – to już zamierzchła przeszłość. Pozycja kolejnych szefów tego strategicznego resortu systematycznie słabła, z rozmaitych zresztą powodów – najważniejszym z nich jednak wydaje się być prosta zasada: im lepiej się dzieje w gospodarce, tym słabszy jest minister.

Im gorzej, tym lepiej
Najlepszym przykładem może być najpotężniejszy minister finansów w historii Polski: Leszek Balcerowicz. Nie byłoby zapewne planu Balcerowicza i szokowej terapii, jaką zafundował Polsce gabinet Tadeusza Mazowieckiego, gdyby nie fakt, że w 1989 roku Polska gospodarka znajdowała się na krawędzi podręcznikowego załamania.

– Balcerowicz przedstawiał wówczas plan reform diametralnie odmienny od tego, o jakim była mowa przy Okrągłym Stole – wyjaśnia w rozmowie z INNPoland.pl Stanisław Gomułka, w 2008 r. piastujący tekę wiceministra finansów. – Ale w ówczesnej kryzysowej sytuacji było mu stosunkowo łatwo uzyskać dla swojej koncepcji poparcie premiera i parlamentarnej większości. Mazowiecki wiedział, że sytuacja jest trudna i może dojść do jakiegoś wielkiego nieszczęścia – podsumowuje.


Wkrótce później doszło do kolejnej takiej sytuacji: rządził już gabinet Hanny Suchockiej, a minister Jerzy Osiatyński musiał stawać na głowie, by nie załamał się proces stopniowego wychodzenia z dołka i przekonywania wierzycieli Polski do darowania nam długów. Pierwszą transzę tego zwolnienia z ich spłacania mieliśmy już za sobą (objęła 30 proc. długów), ważyły się losy drugiej (20 proc.). – Konieczna korekta finansów publicznych sięgała poziomu 5 proc. PKB – przypomina Gomułka.
Potęga ministra przejawiała się też formalnie: szefowie resortu do momentu powołania do życia Rady Polityki Pieniężnej (w 1998 roku) byli też odpowiedzialni za politykę monetarną. To na Świętokrzyskiej zapadały decyzje o stopach procentowych i losach złotówki.

Dwóch takich, co się znało na finansach
– Wiele zależy od ustawienia rządu. Mazowiecki nie znał się na gospodarce, więc zajął się nią Balcerowicz. Ale gdy był już drugi raz ministrem finansów, to chociaż był wicepremierem, tak łatwo już nie miał – opowiada nam Mirosław Gronicki, były minister finansów w gabinecie Marka Belki. Zaś następca Balcerowicza (w gabinecie Buzka), Jarosław Bauc, stracił stanowisko za to, że bez wiedzy premiera zdecydował się na ujawnienie gigantycznej (wówczas) dziury budżetowej.

– Z kolei Tusk, podobnie jak Mazowiecki, mógł się może co nieco znać na finansach, ale nie wiedział nic o zarządzaniu finansami. I gdy w 2008 roku wybuchł kryzys finansowy, scedował całą walkę z kryzysem na Rostowskiego. Odpowiadał, gdy zadawano mu pytania, ale wszystkie decyzje zapadały w ministerstwie – kwituje niegdysiejszy szef resortu.

Po czasach Balcerowicza i Osiatyńskiego na lewicy pojawił się też Grzegorz Kołodko – nieco ekscentryczny, jak kwaśno wówczas komentowano, pod względem ego nie ustępujący Balcerowiczowi, za to zaskakujący – a to długimi włosami, a to zamiłowaniem do sportu i ambicjami wydawniczymi. Ale zarówno Kołodko, jak i jego następca – Marek Belka – mieli z Leszkiem Millerem trudną przeprawę. – To były lata szybkiego wzrostu gospodarczego, ale i równie silnych nacisków na wzrost wydatków stymulujących konsumpcję – mówi Gomułka.
Nasi rozmówcy są zgodni, że w relacji premiera z ministrem rzadko kiedy premier znał się na finansach, co z natury rzeczy mogłoby prowadzić do spięć między szefami rządu i resortu. – Mieliśmy dwóch takich: to Belka i Morawiecki, który zna się na nich w mniejszym stopniu niż ten pierwszy, ale w znacznie większym niż wszyscy pozostali szefowie rządów – ocenia Gronicki. Według niego, kiedy premier wie więcej na ten temat, może ingerować siłą rzeczy, zwłaszcza kiedy widzi problem.

– Zdarza się też sytuacja, że premier może chcieć sam zarządzać finansami i wtedy traktuje swojego ministra jak typowego „wicka”, jak to kiedyś nazywaliśmy. Relacja między Morawieckim a Czerwińską mogła być taką relacją, która z kierownictwa resortu przeniosła się na szczebel premier-minister. Po tym, co ostatnio widziałem w mediach, można się zorientować, że „piątka Kaczyńskiego” nie była konsultowana z resortem tylko wyłącznie z premierem – kwituje były minister.

Decydują potrzeby partii
Oczywiście, sprowadzanie pozycji ministra do relacji z jedną tylko osobą – nawet jeśli jest nią szef rządu – to nadmierne uproszczenie. Siła ministra budowana jest na wielu poziomach, a zaczyna się w resorcie. – Chodzi o to, czy urzędnicy sami są niezależni i prezentują swoje oceny szefowi podczas tzw. „kierownictwa”, czyli cotygodniowych narad w resorcie, czy też wyłącznie grają na niego, ograniczając się do „kadzenia” przełożonemu – mówi Gronicki.

– Kiedy jeszcze bywałem tam w rolach konsultanta, doradcy czy wreszcie ministra – kadra urzędnicza była tam świetną grupą. Ale w ostatnich latach ten zespół został zmieniony. Za czasów PiS usuwano również dyrektorów departamentów, wcześniej zasada była taka, że zmiany obejmują tylko wiceministrów. Generalna zasada jest taka, że rozsądni ministrowie trzymali tych urzędników, którzy mieli doświadczenie, kompetencje i prestiż – uzupełnia.
Z kolei Gomułka przekonuje, że są dwa takie ośrodki, które chcą – i mogą – próbować walczyć o swoją pozycję w decydowaniu o finansach. To resort oraz Narodowy Bank Polski. – To tam skoncentrowana jest wiedza o danych, zdolność analityczna – wskazuje. Do tego trzeba dodać jeszcze jedną, zyskującą na znaczeniu siłę: parlamentarne zaplecze rządów.

Pierwsze gabinety III RP były drużynami gwiazd, które mogły sobie pozwolić na dyktowanie własnych warunków. Z każdą kolejną kadencją Sejmu coraz większą grupę wśród ministrów stanowili jednak nominaci partii, wcześniej nie posiadający szczególnie silnej pozycji. Typowe przykłady takich premierów to Jerzy Buzek, Marek Belka czy Mateusz Morawiecki.

Wraz z nimi zmieniło się rozłożenie akcentów. – Rośnie rola polityki. Zaczyna się myślenie w kategoriach, jak utrzymać się przy władzy, jak wygrać kolejne wybory. Liderzy partyjni zaczynają myśleć wyłącznie takimi kategoriami, więc i rola ministrów finansów jest coraz mniejsza – sugeruje Stanisław Gomułka. – Trzy lata temu mieliśmy kolejne kampanie, zgłaszano kolejne projekty o olbrzymich konsekwencjach dla finansów publicznych. Ale kandydaci na ministra finansów nie mieli w tych sprawach wiele do powiedzenia – dorzuca.

– Pojawił się wreszcie Morawiecki: można powiedzieć, że myślał jeszcze w kategoriach „starych” ministrów: że trzeba dbać o wzrost gospodarczy, finanse publiczne, inwestycje, trzymać deficyt w ryzach – wymienia Gomułka. – Ale i to się zmieniło. Dziś ani minister finansów, ani premier nie jest decydentem. Jest nim „zwykły poseł”, przywódca większości parlamentarnej – ucina. Dziś zatem dysputa między szefem resortu a szefem rządu nie miałaby większego sensu, bowiem żaden z nich nie ma „decyzyjności”, poza ewentualnym złożeniem dymisji.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...

BLOGI

NAJNOWSZE WPISY

Igor IluninIgor Ilunin

Większość ludzi już jest przyzwyczajona do przyswajania danych i multimediów na wielu ekranach. Stąd oczekiwana, że samochody zapewnią podobne możliwości, są naturalne.

Piotr BuckiPiotr Bucki

Czasem na szkoleniach przeprowadzam pewien eksperyment. Proszę uczestników, żeby wskazali lewą i prawą stronę. Nic trudnego. Dla przeważającej większości. To jednak nie koniec eksperymentu.

Tomasz SwiebodaTomasz Swieboda

Polski rynek venture capital z roku na rok staje się coraz dojrzalszy i powoli zaczyna przypominać zachodnie ekosystemy. Tak w ostatnich dwóch latach wyglądała lokalna scena startupowa.