fotoradar na tle mapy z Alejami Jerozolimskimi
Znienawidzony fotoradar zniszczony po raz trzeci. Wandalizm czy akt desperacji wobec absurdu? Fot. alexgo.photography / Shutterstock / Google Maps

W nocy z 2 na 3 stycznia 2026 r. "najbardziej znienawidzony fotoradar w Polsce" znów został oślepiony. Padł ofiarą ataku farbą. I choć niszczenie mienia publicznego to zwykły bandytyzm, trudno uciec od pytania: czy ustawianie ograniczenia 50 km/h na trzypasmowej wylotówce to naprawdę dbanie o bezpieczeństwo?

REKLAMA

Jak donosi "Życie Warszawy", w nocy z 2 na 3 stycznia 2026 r. "najbardziej znienawidzony fotoradar w Polsce" znów został oślepiony. Zaledwie 11 dni po ponownym uruchomieniu, nowoczesne urządzenie przy Alejach Jerozolimskich 239 padło ofiarą ataku farbą. I choć niszczenie mienia publicznego to zwykły bandytyzm, trudno uciec od pytania: czy ustawianie ograniczenia 50 km/h na trzypasmowej wylotówce to dbanie o bezpieczeństwo, czy cyniczne polowanie na portfele kierowców?

To miejsce na mapie Warszawy stało się symbolem porażki zaufania na linii państwo-obywatel. Z jednej strony mamy nowoczesną technologię (niemiecki TraffiStar SR390) i słuszną ideę poprawy bezpieczeństwa. Z drugiej – seryjne akty wandalizmu, które przypominają drogową partyzantkę. Bilans jest tragiczny: sprzęt za setki tysięcy złotych stoi bezużyteczny, a kierowcy i urzędnicy okopali się na swoich pozycjach.

Maszynka do mielenia mandatów

Aby zrozumieć skalę emocji, trzeba spojrzeć na liczby. Kiedy fotoradar stanął tu po raz pierwszy w listopadzie 2024 r., stał się finansowym hegemonem. Przez pierwsze 16 dni zanotował... 6 000 wykroczeń, robił zdjęcie co 4 minuty. W 3 miesiące napstrykał tyle zdjęć, że wystarczyło na 12 500 mandatów.

W tym momencie rodzi się pytanie: czy to naprawdę wina kierowców? Nie trzeba być wybitnym detektywem, by zauważyć, że coś tu nie gra. Z perspektywy budżetu państwa mamy sukces i rekordową efektywność. Z perspektywy inżynierii ruchu to dowód na to, że organizacja ruchu w tym miejscu jest fikcją.

Fotoradar stoi na wylotówce w stronę Pruszkowa. Jezdnia rozszerza się tam do trzech pasów, pobocza są szerokie, zabudowa odsunięta. Intuicja i fizyka podpowiadają kierowcom: "tu można jechać bezpiecznie 70-80 km/h". Znak drogowy mówi twardo: "50".

W efekcie powstała doskonała pułapka. Kierowcy, widząc szeroką arterię, naturalnie przyspieszają, wpadając prosto w objęcia obiektywu.

Siekiera, farba i monitoring za 10 tysięcy

Frustracja szybko zamieniła się w agresję. Historia tego urządzenia to kronika kryminalna. W lutym 2025 ktoś ukradł głowicę fotoradaru. W kwietniu zainstalowano go ponownie. Zaledwie 35 godzin później ktoś porąbał go siekierą. Teraz ktoś oblał go farbą, mimo objęcia urządzenia monitoringiem za 10 tys. zł.

Niszczenie infrastruktury bezpieczeństwa jest naganne, kosztowne (naprawy idą w dziesiątki tysięcy złotych) i społecznie szkodliwe. Wandal nie jest bohaterem – to przestępca, za którego wybryki płacimy wszyscy w podatkach. Jednak upór GITD, by w tym konkretnym miejscu, przy tak absurdalnym ograniczeniu, stawiać "finansowego żniwiarza", jest zastanawiający.

Głos rozsądku: Dopasujmy prawo do drogi

W tym chocholim tańcu między urzędnikami a wandalami pojawił się głos rozsądku. Karol Bąkowski, radny dzielnicy Ursus, stawia sprawę jasno: problemem nie jest technologia, lecz oderwane od rzeczywistości przepisy.

– Najwyższy czas na dostosowanie ograniczeń prędkości w tym miejscu do realiów infrastrukturalnych – sugeruje radny, wskazując, że utrzymywanie strefy zabudowanej na krótkim, stumetrowym odcinku szerokiej trasy jest bezzasadne.

Gdyby w tym miejscu podniesiono limit do 70 km/h, fotoradar wyłapywałby piratów drogowych (którzy faktycznie stwarzają zagrożenie), a nie tysiące zwykłych kierowców jadących zgodnie z rytmem drogi.

Pamiętam dokładnie, jak władza tłumaczyła odebranie samorządom możliwości stawiania własnych fotoradarów. Chodziło przecież o zlikwidowanie takich właśnie finansowych pułapek, które często w ogóle nie poprawiały bezpieczeństwa. Doskonale rozumiem, że przepisy są po to, by się do nich stosować. I na ogół mają jakiś cel. Tyle że czasem zbyt głęboko ukryty. Wandalizmu oczywiście nie wolno popierać, ale w tej sytuacji ewidentnie coś jest nie tak.

Źródło: Życie Warszawy