
Wyobraź sobie taką sytuację: jedziesz do Czech swoim autem. Jesteś wzorowym kierowcą, masz komplet dokumentów. Nagle rutynowa kontrola, a policjant, zamiast życzyć szerokiej drogi, odkręca twoje tablice rejestracyjne. Powód? Nie zapłaciłeś mandatu. A dokładniej: nie ty, tylko bank, który jest właścicielem twojego samochodu.
To nie jest żadna fikcja, taka historia zdarzyła się naprawdę. I to nie jest też jakiś wybryk czeskich policjantów. Historia polskiego kierowcy Audi, która obiegła Instagram, brzmi jak ponury żart, ale jest brutalną rzeczywistością dla tysięcy przedsiębiorców korzystających z leasingu. Ale i dla tysięcy osób, które formalnie nie są właścicielami swoich aut, bo w jakiś sposób je spłacają. Czeskie przepisy dają policji potężne narzędzie windykacyjne, które w praktyce czyni kierowcę zakładnikiem błędów korporacji finansowych.
Jak stracić auto w Czechach: przepis na katastrofę
Mechanizm jest prosty i bezwzględny. Czeskie prawo pozwala funkcjonariuszom ściągać zaległe mandaty (np. z fotoradarów) nie tylko od kierowcy, ale i od właściciela pojazdu.
W przypadku leasingu właścicielem nie jesteś ty, lecz bank lub firma leasingowa. Jeśli w systemie widnieje, że dany leasingodawca (np. wielki bank mający tysiące aut we flocie) ma nieopłacone mandaty za inne pojazdy, policjant może zażądać spłaty długu od ciebie. Tutaj i teraz.
Scenariusz z horroru wygląda tak: ktoś inny, kto ma leasing w tej samej firmie co ty, dostał mandat w Czechach i go nie zapłacił. Firma leasingowa może zignorowała wezwanie do zapłaty, może go nie dostała. Nieważne: czeska policja zatrzymuje twoje auto jako "ruchomość dłużnika".
Dodajmy jeszcze, że sytuacja, w której duży leasingodawca albo bank nie ma żadnych zaległości względem czeskich organów, jest praktycznie nierealna. Nawet przy doskonałych rozwiązaniach zostaje jakiś margines błędu. A do odkręcenia tablic wystarczy dosłownie jeden niezapłacony mandat.
Płać za bank albo wracaj pociągiem
Skutki są drastyczne. Jeśli nie uregulujesz długu leasingodawcy na miejscu (a mogą to być kwoty idące w tysiące euro, jeśli firma ma bałagan w papierach), policja ma prawo:
W praktyce oznacza to natychmiastowe uziemienie pojazdu. Auto ląduje na parkingu, a ty wracasz do domu lawetą lub pociągiem, mimo że nie popełniłeś żadnego wykroczenia.
MSZ rozkłada ręce: "Sprawdź sobie sam"
Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych jest świadome problemu i wydało oficjalne ostrzeżenie. Rada resortu brzmi jednak kuriozalnie w zderzeniu z rzeczywistością: "Przed wyjazdem do Czech upewnij się, że firma leasingowa, z której usług korzystasz, ma uregulowane zobowiązania".
Jak to zrobić? Tu zaczynają się schody. Bo nie ma ogólnodostępnej bazy dłużników mandatowych w Czechach. Infolinie firm leasingowych rzadko mają wgląd w takie dane w czasie rzeczywistym, s sam klient nie ma narzędzi, by zweryfikować rzetelność płatniczą właściciela swojego auta. Słowem: porada MSZ jest niewiele warta.
Rosyjska ruletka na czeskiej granicy
Sytuacja stawia polskich przedsiębiorców i kierowców w sytuacji bez wyjścia. Wyjazd do Czech autem w leasingu staje się grą losową.
Jedynym wyjściem awaryjnym w przypadku zatrzymania jest zapłacenie cudzego mandatu z własnej kieszeni (jeśli limit na karcie pozwoli) i późniejsza walka o regres (zwrot kosztów) z firmą leasingową po powrocie do kraju.
To lekcja dla każdego, kto planuje ferie lub podróż służbową na południe: w twoim schowku obok kamizelki odblaskowej powinna leżeć gotówka na pokrycie grzechów twojego leasingodawcy.
Zobacz także
