
Kupujesz bilet na 20 minut, a podróż z powodu korków trwa 25. W Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii kontroler przymknie oko, bo liczy się czas rozkładowy. W Warszawie? Dostaniesz wezwanie do zapłaty. Choć bilety czasowe funkcjonują w większości dużych polskich miast, to właśnie stołeczne przepisy budzą największe emocje. Sprawdzamy, dlaczego warszawski system jest tak restrykcyjny i karze pasażerów za spóźnienie przewoźnika.
W mediach społecznościowych wybija się ostatnio post pewnego użytkownika X, który narzeka na niesprawiedliwy jego zdaniem system biletowy w Warszawie. Wszystko rozbija się o bilet 20-minutowy, który pozwala podróżować komunikacją miejską, tak, zgadliście, 20 minut. Ale jeśli autobus, tramwaj albo metro się spóźni względem rozkładu i podróż potrwa dłużej, to kara murowana.
Faktycznie, na pierwszy rzut oka system może wydawać się dziwny. Bilety 20-minutowe wprowadzono w 2014 roku, a więc już jakiś czas (ironia) działają. I są wygodne: jeśli mam przejechać niewielki odcinek, kupuję sobie bilet 20-minutowy zamiast 75-minutowego.
Pamiętam, że kiedy je wprowadzano, mowa była o tym, że na najkrótszym bilecie można przejechać 2-3 przystanki. Zaś 75-minutowy w zasadzie wystarczy, by przejechać między dwoma niemal dowolnymi przystankami w mieście. W rzeczywistości może być to trudne, bo w strefie biletowej są i podmiejskie niegdyś miejscowości. Przejazd z Kawęczyna do Dziekanówka zajmie od 2 do niemal 2,5 godziny.
Ale do meritum. W sieci hula m.in. wpis opisujący teoretyczną sytuację, gdy ktoś kupuje bilet 20-minutowy na trasę, której pokonanie wedle rozkładu ma zająć 18 minut. No ale korek, spóźnienie, kontrola i tzw. mandat. Formalnie jest to "wezwanie do uiszczenia opłaty dodatkowej".
Bilet 20-minutowy a spóźnienie autobusu. Tak, da się inaczej, ale to nie norma
Komentujący dodają, że w innych miastach z biletami krótkookresowymi czas liczony jest wedle rozkładu, a nie wedle zegarka. Owszem, ma to sens. W Warszawie bilety 20-minutowe od 12 lat są przyczyną sporych zawirowań. Wiele osób dostaje kary za przekroczenie czasu, choć skasowały bilet, który powinien wystarczyć na pokonanie danego odcinka. Czy słusznie?
Przedstawiciele Warszawskiego Transportu Publicznego (WTP) od lat powtarzają jak mantrę, że zasady są jasne. To fakt: bilet 20-minutowy działa przez 20 minut od skasowania. Pozwala jechać przez taki właśnie czas, nie ma tam mowy o dystansie. Warto też zauważyć, że jego cena jest wyjątkowo atrakcyjna, to zaledwie 3,40 zł. Ale i bilet 75-minutowy nie jest drogi, kosztuje 4,40 zł.
Bilety 20-minutowe (i podobne) nie są jakimś wymysłem Warszawy. Działają w Krakowie, Wrocławiu, Łodzi, Poznaniu, Szczecinie i wielu innych. Są też w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Ale tam, wedle regulaminu, czas opóźnienia nie wlicza się w czas przejazdu. Czyli obowiązuje czas z rozkładu, a nie ten z zegarka.
Jeśli więc mieliśmy gdzieś jechać 18 minut, a podróż wydłuży się do 25, kary nie dostaniemy. Ale w innych miastach czas jest liczony tak samo, jak w Warszawie. Czemu więc widzimy ciągle utyskiwanie na warszawskich kanarów? Nie wiem.
Nie, nie anulują mandatu, bo się tramwaj spóźnił
Warszawska komunikacja i bilety nie są czymś wyjątkowym. Owszem, przewozi największą liczbę pasażerów w Polsce, ale jest w miarę punktualna i relatywnie niedroga. Nie odbiega od reszty kraju, ani się specjalnie nie wyróżnia. Na tle wielu innych miast jest uważana za dość tanią.
I nie ma co wierzyć w zapewnienia internetowych napinaczy, że tzw. mandat za przekroczenie czasu da się anulować powołując się na spóźnienie. To bilet czasowy, a nie za przejechanie iluś przystanków.
Owszem, rodzi to pewne problemy. W tramwaju czy autobusie można bez problemu kupić następny bilet w biletomacie. W metrze się nie da: tam czas podróży liczy się od przekroczenia bramki do wyjścia przez nią. W środku strefy biletowej nie ma automatów, osoby ogarnięte cyfrowo mogą za to kupić sobie bilet w jednej z kilku aplikacji.
Zobacz także
