
Mamy 2026 i czas porozmawiać o rzeczy tak denerwującej, tak przerażającej i tak niepopularnej, że nikt w polskiej polityce nie podjął tego tematu przez prawie 40 lat 3RP.
Oczami wyobraźni widzę szanownych czytelników zrywających się z krzeseł i rzucających telefonami na sofę z wściekłością. TE DARMOZJADY MAJĄ MIEĆ NOWĄ DZIELNICĘ?!
No, tak, mają mieć nową dzielnicę.
Nie jest to oczywiście pomysł nowy ani na świecie, ani w Polsce. Druga Rzeczpospolita również planowała budowę takowej, a konkretne projekty pojawiły się po 1935. Dzielnica im. Marszałka Józefa Piłsudskiego miała powstać na Polach Mokotowskich i miała pełnić funkcje administracyjne i reprezentacyjne. Ambitne plany nakreślone kreską wybitnego architekta modernizmu Bohdana Pniewskiego przekreśliła 2 wojna światowa.
Nowa dzielnica rządowa w Polsce
Swoje dzielnice mają od ponad stu lat w USA (National Mall), Indiach (Lutyens Delhi) czy w Australii (Trójkąt Parlamentarny). Ma też Brazylia, Pakistan czy Nigeria, a nowoczesne miasta rządowe czy nowe stolice zbudowano w Malezji, czy Kazachstanie. Swoją nową stolicę skupioną na dzielnicy rządowej buduje Egipt. Jednym z pierwszych kroków po zjednoczeniu Niemiec była decyzja o budowie Wstęgi Federacji, czyli nowej dzielnicy rządowej.
A Polska? Stan na dzisiaj to ponad 1,5 miliona metrów kwadratowych zajmowanych przez administrację państwową, często w najbardziej prestiżowych i najdroższych punktach Warszawy. To permanentny najem powierzchni biurowych i tak samo permanentny brak powierzchni biurowej. Skarb Państwa płaci około 200 mln zł rocznie za sam najem biur w naszej stolicy na potrzeby administracji państwowej, a zgłaszane braki przestrzeni sięgają 100 000 m2.
Z budynkami w posiadaniu Skarbu Państwa jest jeszcze gorzej. Są to często stare budynki, a czas ich budowy sięga II RP, jak i okresów wcześniejszych. Trudno w nich o klimatyzację, właściwą ochronę, zabezpieczenia wywiadowcze czy parkingi. Dodatkowo to prawdziwe wampiry energetyczne, które uderzane są rosnącymi kosztami energii czy ogrzewania. Modernizacja takich budynków to dziesiątki milionów, o ile akurat nie są objęte ochroną konserwatora zabytków.
Do tego dochodzi rozrzucenie tych budynków po całej Warszawie, co zajmuje czas floty rządowej, kierowców i ochrony. A przede wszystkim ministrów, wiceministrów, dyrektorów i urzędników. Jedyne argumenty, jakie są używane za utrzymaniem tego stanu rzeczy to takie, że to tanie, bo już istnieje i że na nowe nas nie stać.
Tylko że nas stać, a obecny stan rzeczy wcale nie jest tani. Wieczne kosztowne remonty, najmowanie biur, koszty transportu, ochrony, ogrzania czy klimatyzacji pomieszczeń to kwoty idące w miliardy rocznie.
Czas na Polskę. Politycy powinni zbudować dzielnicę rządową
To właśnie paradoks skromności. Politycy przekrzykują się swoją wizją taniego państwa i braku zbytków, jednocześnie utrzymując system, który jest drogi, przestarzały, nieefektywny i nie ma żadnych perspektyw, ale każdy czeka, aż decyzję podejmie jego następca. Skromność nie polega tu na realnym ograniczeniu kosztów, lecz na unikaniu podjęcia decyzji wymagającej odwagi i długiego horyzontu czasowego.
W efekcie państwo co roku płaci za prowizorkę – za najem, za remonty, za transport, za ochronę, za energię i za stracony czas decydentów. Każda kolejna ekipa odkłada decyzję uznając ją za zbyt "niebezpieczną politycznie", choć z punktu widzenia finansów publicznych i sprawności instytucji jest ona racjonalna i nieunikniona.
Paradoks polega na tym, że w imię pozornej oszczędności utrzymujemy rozwiązania, które są trwale droższe, a ich jedyną zaletą jest to, że już istnieją.
Bądźmy poważnym państwem i zbudujmy kręgosłup Polski godny XXI wieku
Nie da się tego nie porównać do sytuacji, w której każda ekipa bała się wymienić przestarzałe radzieckie samoloty rządowe na nowoczesne maszyny. Konsekwencje wszyscy znamy.
Jakie byłyby korzyści z budowy nowej dzielnicy rządowej?
Po pierwsze – odzyskanie centrum miasta
Czy potrzebujemy w centrum Warszawy mieć wielkie kamienice zamykane na cztery spusty o 16:00? Czy warszawiacy muszą stać w korkach, bo akurat SOP musi przewieźć tego czy innego ministra do drugiego ministra? A niech jeszcze pojawi się jakiś Ważny Gość…
Najpiękniejsze miejsca naszej stolicy marnujemy na pokoje dla urzędników, którzy chętnie zamienią swoje małe pomieszczenia bez klimatyzacji i wind na nowoczesne biurowce kawałek od centrum. Obie strony będą zadowolone.
Po drugie – bezpieczeństwo
W dobie dzisiejszych zagrożeń nie chodzi tylko o mityczną broń atomową uderzającą na Warszawę. Chodzi o otwarte na ulicę okna, przestarzałe systemy IT, sąsiadów z widokiem na urzędnicze pokoje.
Jesteśmy w stanie ograniczyć wiele zagrożeń tylko przez fakt budowy nowych budynków od zera. Budowanie od zera fabryk, tzw. green field, to znana metoda optymalizacji kosztów i produkcji. Tutaj byłoby podobnie. Nie da się stworzyć w istniejących budynkach systemu tak szczelnego jak przy budowie od zera.
Po trzecie – koszty
Koszty z pewnością sięgałyby dziesiątek miliardów pln, ale byłyby to koszty rozłożone na lata i takie, które szybko zaczęłyby się zwracać. Energooszczędne budynki, fotowoltaika, magazyny energii czy zbiorniki na wodę szarą, to oszczędności idące w dziesiątki milionów rocznie.
Szacuje się, że koszt utrzymania metra kwadratowego biura w nowoczesnym biurowcu jest o 60-70 proc. niższy niż w budynki z czasów II RP czy PRL-u.
Po czwarte – symbol
Polska jest modna. Polska jest chwalona i podziwiana. Polska jest w G20. A jednocześnie ta sama Polska gnieździ się w zagrzybionych budynkach lub w cudzych wieżowcach. Tak tak, wiem, dzieci głodne, porodówki, emeryci. Stop. Naprawdę to nie czas i miejsce na populizm. Możemy walczyć z wieloma problemami naraz, a z wieloma problemami sobie jeszcze długo nie poradzimy, tak jak i nikt na świecie sobie nie poradził. Niektóre jednak są w naszym zasięgu. Np. budowa symbolu Polski.
Tak, powinniśmy zbudować majestatyczną, monumentalną dzielnicę rządową, z wybitną architekturą, która przetrwa stulecia. Taką, którą będą pokazywać turyści z dronów i ujęcia, które będą otwierać materiały o Polsce.
Wyobraźmy sobie wspaniałą dzielnicę z neomodernistycznymi budynkami pełnymi prostych brył z polskiego piaskowca, granitu i betonu, uzupełnionymi wielkimi przeszkleniami, tam gdzie to możliwe, z zielonymi ścianami, parkami, drzewami i zielonymi dachami. Niech pomiędzy nimi stoją pomniki królów tysiącletniej Przenajświętszej, wydrukowanych na supernowoczesnych drukarkach 3D do druku rzeźb.
Niech cała dzielnica świeci się barwami Polski w święta narodowe, a wielkie rzeźbione Orły Białe niech rozpościerają swe dumne skrzydła nad przechodniami i gośćmi. Niech każdy przybywający tam prezydent lub premier widzi, że przybył do kraju, który na swej przeszłości zbudował fundament przyszłości.
Ten artykuł to nie jest pytanie, czy nas stać na nową dzielnicę rządową. To pytanie, jak długo będziemy tolerować dziadostwo, bylejakość i populizm. Niech znakiem wzrastania w siłę polskich instytucji stanie się dzielnica, która pokaże przełamanie wiecznego niedasizmu, wiecznego strachu przed wyborcami i wiecznego strachu przed podjęciem decyzji. Szczególnie jeśli do podjęcia jest jedyna słuszna decyzja.
"Tak" dla nowej dzielnicy rządowej.
Zobacz także
