
Dyskusja o "polskim Pentagonie" zaczyna przypominać bicie piany wokół lotniska Baranowie. Znowu słyszymy kpiny i argumenty "nie, bo nie". Tymczasem polskie ministerstwa działają w budynkach z PRL-u, gdzie trudno pociągnąć kabel do internetu, a przez lata MON sąsiadował z... rosyjską ambasadą. Czas skończyć z "państwem z tektury" i zrozumieć, że nowoczesna infrastruktura to nie fanaberia, ale kwestia przetrwania.
W ostatnich dniach politycy Partii OdNowa zaprezentowali pomysł na budowę czegoś, co dla uproszczenia nazwano "polskim Pentagonem", a bardziej formalnie Kwaterą Główną RP. I muszę przyznać, że wróciły mi wspomnienia z dyskusji wokół CPK, której byłem jednym z inicjatorów.
Ze smutkiem również odkryłem, że dyskusja o CPK nic nas nie nauczyła. Nadal każda poważniejsza inicjatywa napotyka na falę kpin i wyśmiewania, gdzie dominują jednozdaniowe "argumenty".
Czy to znaczy, że pomysł ten jest dobry?
Dobry – tak, natomiast reszta to kwestia dyskusji, która ze strony przeciwników jest dyskusją niezwykle płytką. O problemach głębokich jak ocean próbuje się dyskutować w sposób płytki jak kałuża.
Temat "Kwatery Głównej RP", jak wszystkie wielkie i ambitne projekty, nie jest czymś czarno-białym, a pomysłem, którego zasadność trzeba rozważyć na kilkudziesięciu polach analiz, a nie na poziomie "nie, bo nie".
No dobrze, ale po kolei.
Tak jak i inne wielkie inwestycje infrastrukturalne również i ten osiągnął już dawno pełnoletność, a właściwie bliżej już mu do kryzysu wieku średniego. Właściwie od początków 3RP dyskutowano o konieczności scalenia instytucji rządowych w nowej siedzibie, bo problem rozrzucenia budynków administracji jest nierozwiązany od lat. To stąd też pomysły budowy nowej dzielnicy rządowej w miejscu Okęcia.
Gdyby w polskiej polityce dbano o powagę państwa to można by uznać, że sprawa jest właściwie przesądzona, bo jako pierwszy z inicjatywą budowy "polskiego Pentagonu" wyszedł… Radosław Sikorski w 2006 roku. Za czasów pierwszego rządu PiSu jako Minister Obrony Narodowej proponował, aby nową siedzibę zbudować przy ulicy Żwirki i Wigury w Warszawie. Teren koło lotniska tak jak i wtedy również i teraz wydaje się optymalny dla pomysłodawców, bo podobny teren wskazuje Marcin Ociepa z OdNowy.
Temat umarł na czas pierwszych rządów Donalda Tuska. Kwestia siedziby MON-u pojawiła się ponownie dopiero za czasów Mariusza Błaszczaka, który zdecydował o przeniesieniu siedziby z ulicy Klonowej na Aleję Niepodległości. Z dzisiejszej perspektywy sprawa wydaje się szokująca i dziwić może tylko, że nie była szokująca już wcześniej. Otóż przez lata, aż do 2018, jedno z kluczowych ministerstw miało siedzibę w budynku bezpośrednio przylegającym do terenów… ambasady rosyjskiej. Wiedząc o możliwościach nasłuchowych służb wywiadowczych trudno nie łapać się za głowę.
Za rządów PiS-u na tym zakończono dyskusję o nowej siedzibie, a temat powrócił obecnie. Tematem zainteresował się też sam minister Kosiniak-Kamysz, który stwierdził, że i sam MON prowadzi obecnie analizy dotyczące budowy nowej siedziby. Wydaje się więc, że jest szansa, aby temat znalazł szerokie poparcie polityczne.
Tymczasem spróbujmy przeprowadzić w miarę poważną analizę, która wyjdzie poza "budujmy" i "absurd, trzeba wpierw zrobić…"
Co przemawia za budową takiej siedziby?
Po pierwsze, budynek w którym obecnie mieści się MON to wspaniały pomnik PRL-owskiego modernizmu. Powstał jednak ponad 70 lat temu i jest zwyczajnie przestarzały i dysfunkcyjny. W instytucji która musi być gotowa na permanentną modernizację i rozwój technologiczny, nie da się stosować właściwych rozwiązań mając do dyspozycji budynek z małymi pokojami i betonowymi, grubymi ścianami. Trudno stosować systemy bezpieczeństwa przeciwko systemom szpiegowskim, trudno ciągnąć kable, że o takich drobiazgach jak klimatyzowane pomieszczenia nawet nie wspomnę.
Po drugie, przez cały okres 3RP, wszystkie reformy, zmiany i modyfikacje, budynki dla administracji rządowej dobierano jak popadnie. Często w starych kamienicach, bez udogodnień współczesności. Pokoje były małe, zimne albo gorące, był problem z internetem, prądem czy parkingami. Ale to tylko część problemu, bo drugim problemem jest obecność w Warszawie budynków należących do Rosji, bez wyjątku z dachami najeżonymi systemami nasłuchu radiowego.
Na dzisiaj właściwie cały aparat państwa i wojska dopada problem infrastrukturalnego anachronizmu. PRL pozostawił sobie tyle starych i monumentalnych budynków, że nikt nie planował budowy nowych. Niestety, w 2026, zaplecze biurowe państwa polskiego często technicznie znajduje się na poziomie lat 60 czy 70. Niemcy podobny problem rozwiązali budując po zjednoczeniu nową dzielnicę rządową.
Polacy muszą zrozumieć, że Polska potrzebuje się rozwijać również w kwestii infrastruktury rządowej i nie da się bez końca uciekać od tego tematu.
Po trzecie, argument, że w wojsku nie ma tego, tamtego, czy jeszcze czegoś innego. No nie ma, zgadza się. Tylko funkcjonujemy w świecie ograniczonych zasobów i niedoborów, więc zawsze będzie sytuacja gdzie środki będzie można wydać gdzie indziej. To jest czysto populistyczny argument jeszcze z dwóch innych powodów.
Za czas nie zapłacimy pieniędzmi
Pomysłodawcy postulują budowę Kwatery Głównej w drugim etapie modernizacji technicznej Wojska Polskiego, czyli realnie grubo wchodząc w lata 30. To oczywiste, samO przygotowanie i zaprojektowanie takiego budynku zajęłoby lata. Kolejne lata trwałaby budowa. Na dzisiaj trudno spodziewać się, aby przy rozpoczęciu prac jutro, budynek mógł zacząć funkcjonowanie przed 2035 rokiem. Za 9 lat.
Kolejna kwestia którą należy uwzględnić – przy ograniczonych zasobach kluczowym zasobem jest… czas. Część niedostatków i braków można zasypać pieniędzmi w krótkim czasie. W czasie wojny nikt nie będzie robił przetargów, tylko po prostu będzie kupował to co jest potrzebne doraźnie. Bieliznę, mundury, optykę, amunicję do karabinków można kupić na całym świecie w ciągu paru tygodni.
Natomiast rozwiązań systemowych, fundamentalnych dla wysiłku wojennego, nie da się nadrobić pieniędzmi. To czas jest głównym zasobem. Wdrożenie do wojska śmigłowców tak zaawansowanych jak AH-64 Apache to lata poświęcone na budowę bazy, zakup części, szkolenie pilotów i techników, przygotowanie logistyki, naukę oprogramowania, itd, itp. Tak samo – kiedy zaistnieje potrzeba budowego centrum zarządzania, to będzie już za późno. To trochę jak kupowanie gaśnicy kiedy trwa pożar.
Nowy budynek, właściwie przygotowany, byłby również w stanie nieporównywalnie lepiej zabezpieczyć się przed działaniem wywiadu elektronicznego czy w razie wojny próbą działań sił specjalnych przeciwnika.
Pomija się też kwestię, że budynek ten byłby używany głównie w czasie pokoju i konfliktu hybrydowego. Sprawne dowodzenie jest przecież jedną z tych rzeczy które potrzebujemy, aby do wojny nie doszło.
Nie można też ignorować kosztów alternatywnych – utrzymanie starzejących się technologicznie budynków będzie kosztować coraz więcej, a ich modernizacja będzie coraz droższa. To jest dosłownie ten sam argument który używaliśmy przy dyskusji o nowym lotnisku pod Warszawą i rozbudowie Okęcia jako alternatywie.
Na koniec zastanówmy się nad ostatnim argumentem, uważanym za zamykający sprawę czyli "bezpieczniej będzie w rozproszeniu".
I to niestety pokazuje płytkość debaty, ponieważ "to zależy". Oba rozwiązania mają wady i zalety. Z tym że, mając skonsolidowane centrum dowodzenia, można mieć rozproszone dowództwa rezerwowe. W drugą stronę to nie zadziała, bo radykalne wzmocnienie jednego z punktów dowodzenia będzie wyraźnym znakiem dla przeciwnika, napotka też na ograniczenia terenowe, logistyczne i technologiczne, jeśli wcześniej nie będzie pod tym kątem przygotowany.
W skrócie – bazę główną można rozproszyć w czasie wojny, ale rozproszonego dowództwa nie można w ten sam sposób skonsolidować w czasie wojny.
Dodatkowo, to jest zawsze wyścig tarczy i miecza. Systemy saturujące obronę będą napotykać na coraz to nowsze systemy, które nie będą limitowane amunicją, czyli np. testowane już w wielu krajach lasery. Lasery, które dużo łatwiej będzie zasilić w dużym budynku, zaopatrzonym w dodatkowe systemy energii.
Wróg zresztą zawsze będzie szukał słabych punktów i zawsze jakieś znajdzie. Nie można więc podejmować decyzji tylko rozpatrując w sytuację w której przeciwnik na pewno nie trafi w centrum dowodzenia.
Swoją drogą, dzielnica rządowa w Kijowie nie tyle nawet nie została zrównana z ziemią, co właściwie nie jest nawet ostrzeliwana. Czy Rosjanie przegapili taką okazję, gdzie wystarczyłby jedna rakieta, aby zniszczyć Ukrainę?
"Nie, bo nie" nie jest dobrym argumentem
Podsumowując, za budową Kwatery Głównej przemawia szereg argumentów, a problemy które należy rozwiązać nie znikną tylko dlatego, że ktoś się nie zgadza z koncepcją. One są, trzeba je zaadresować i rozwiązać.
To przecież nie znaczy też, że propozycja nie ma wad. Tylko o wadach trzeba dyskutować, tak jak i o zaletach, aby na bazie dyskusji znaleźć optymalne rozwiązanie. Optymalne – o czym wielu zapomina – nie oznacza, że idealne. Bo czy dobrym pomysłem jest umieszczenie tam szpitala? Albo bunkra dla ludności? Może jednak warto zrezygnować z tej konkretnej koncepcji co uczyni projekt tańszym i szybszym?
Nie bójmy się dyskusji i nie pozwalajmy sobie na znajdywanie prostych odpowiedzi, a z pewnością Polska dobrze na tym wyjdzie.
Zobacz także
