pellet wkładany do pieca
20 procent drożej w kilka tygodni. Ceny pelletu szaleją, rząd rozkłada ręce Fot. Reflexpixel / Shutterstock

Pellet miał tanieć, bo "zimy już nie te, co kiedyś". Tymczasem wystarczyło kilka tygodni siarczystego mrozu, by rynek opału wpadł w panikę. W hurtowniach pustki, a tam, gdzie towar jeszcze jest, ceny skoczyły nawet o 20 procent w górę. Eksperci rozkładają ręce: to nie spisek, a efekt naszej własnej niefrasobliwości. Rząd mówi wprost: "nie mamy komunizmu, cen nie zamrozimy", ale UOKiK już rusza na łowy, szukając zmów cenowych.

REKLAMA

Ceny pelletu niespodziewanie stały się bardzo gorącym tematem. Jeszcze w grudniu, przy świątecznym stole, wielu Polaków zacierało ręce. Magazyny opału różnej maści były pełne, a analitycy wieszczyli spadki jego cen. Nadwyżka surowca uśpiła czujność zarówno producentów, jak i właścicieli domów.

No i zapasy gromadzone przez obywateli były przeznaczone na lekką zimę, bo prawdziwej nie widzieliśmy od lat. Ale ta przyszła i przebudzenie okazało się bolesne.

Ceny pelletu w górę. "Palimy tym, co mamy pod ręką"

Raport Stowarzyszenia Producentów i Importerów Urządzeń Grzewczych nie pozostawia złudzeń: w Polsce zaczyna brakować pelletu. Telefony w składach opału dzwonią bez przerwy, ale odpowiedź często brzmi: "brak towaru". A jeśli już coś się znajdzie? Trzeba sięgnąć głęboko do kieszeni. Ceny wystrzeliły o 20 procent w porównaniu do jesieni.

Dla wielu domowych budżetów jest to cios nokautujący. Do mediów docierają dramatyczne sygnały – ludzi zwyczajnie nie stać na ogrzewanie po nowych stawkach. Efekt? W ruch idą zamienniki. W nowoczesnych kotłach coraz częściej ląduje zboże. To akt desperacji, który pokazuje skalę problemu.

Brak pelletu. Fizyki nie oszukasz

Dlaczego doszło do tego kryzysu? Wszyscy eksperci zgodnym głosem twierdzą, że po prostu nikt nie spodziewał się ciężkiej zimy. Pelletu w zapasie nie mają więc ani ludzie, którzy nim palą, ani firmy, które nim handlują.

Na dodatek produkcji tego paliwa nie da się łatwo zwiększyć. O pellet najłatwiej jest latem. Są to po prostu sprasowane trociny, które normalnie są odpadem przy produkcji drewna. Problem w tym, że zimą wycinka drzew nie idzie pełną parą, również tartaki zwalniają. Nie będą przecież ciąć zmarzniętego na kamień drewna.

Teorii o przyczynach niedoborów i wzrostu cen pelletu jest kilka. Jedna mówi o tym, że paliwa po prostu brakuje. Podobno zapasy pelletu w Polsce jeszcze jakieś są, ale problemem pozostaje dystrybucja. Drugą sprawą jest nagła spekulacja tym paliwem. Nawet nieduże braki powodują wzrost cen, bo niektórzy handlowcy nie omieszkają przepuścić okazji na lepszy zarobek.

To właśnie na "chwilowe" ponoć braki zwraca uwagę Izba Gospodarcza Urządzeń OZE i Polskiego Przemysłu.

"Warto podkreślić, że pellet nie zniknął z rynku – jego produkcja oraz zdolności dystrybucyjne pozostają realne, a łańcuch dostaw funkcjonuje mimo sezonowych wahań. Sytuacje, w których poszczególne składy mają chwilowy brak paliwa, nie oznaczają pustki w całym systemie zaopatrzenia. Pellet nadal trafia do odbiorców, choć w ograniczonych ilościach" – podkreśla Izba w nieco sprzecznym wewnętrznie komunikacie.

Nad problemem, w swoim stylu, pochyliły się też państwowe instytucje. Szef resortu energii, Miłosz Motyka, stawia sprawę jasno: powrotu do ręcznego sterowania gospodarką nie będzie.

– Rząd nie reglamentuje cen pelletu. Nie mamy komunizmu – ucina minister. Przyznaje jednak, że sytuacja wymaga interwencji, ale nie legislacyjnej, a kontrolnej. Do gry wkracza Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK).

Urzędnicy mają sprawdzić, czy gwałtowne podwyżki cen pelletu to faktycznie tylko "naturalna reakcja rynku", czy może pretekst do nielegalnych zmów cenowych producentów, którzy postanowili zarobić krocie na ludzkim nieszczęściu.

Jak to wpływa na dostępność pelletu?

Nijak nie wpływa. Tego paliwa nie ma już w sklepach, jeśli dotrze, to błyskawicznie znika z półek. A cena, która niedawno wynosiła 1700-1800 złotych za tonę poszybowała do nawet 2500-3000 złotych.

Jeszcze w grudniu wieszczono nadwyżki i spadki cen. Dziś rzeczywistość skrzypi mrozem i drożyzną. Pellet stał się towarem deficytowym, a jego ceny zmuszają ludzi do ostateczności – w wielu piecach ląduje zboże. Inni zamawiają pellet z Niemiec.

Trochę może dziwić fakt, że u naszych sąsiadów jest o wiele łatwiej dostępny, choć zimy nie mają wcale lżejszej.