
W Europejskim Banku Centralnym od lat trwają prace nad cyfrowym euro. Oznacza to nie tylko digitalizację waluty, ale też zmianę sposobu, jak z niej korzystamy, a w skrajnym scenariuszu całego modelu gospodarczego, w jakim nauczyliśmy się żyć. W tym tekście wyjaśnimy szczegółowo, czym dokładnie jest cyfrowa waluta banku centralnego i czy niesie za sobą bardziej szanse czy zagrożenia. Sprawę wyjaśnią nam eksperci z topowej giełdy kryptowalut.
Cyfrowe euro istnieje na razie tylko w biurach urzędników z Europejskiego Banku Centralnego, ale za parę lat może stać się częścią naszego życia codziennego. Szczególnie, że co jakiś czas powraca temat wprowadzenia euro do Polski. Co to wszystko w praktyce oznacza?
CBDC, czyli co?
Nim wyjaśnimy szanse i zagrożenia związane z cyfrowym euro, musimy zapoznać się z pewnymi podstawowymi pojęciami nowoczesnej ekonomii.
W kontekście zdigitalizowanej wersji euro często pojawia się pojęcie CBDC (z ang. Central Bank Digital Currency). To, tłumacząc na polski, cyfrowa waluta banku centralnego, elektroniczna wersja oficjalnego pieniądza danego kraju, wydawana bezpośrednio przez bank centralny, a nie przez banki komercyjne czy prywatne firmy. CBDC ma więc taką samą wartość jak tradycyjna waluta (np. złoty czy euro), tylko istnieje w formie cyfrowej.
Czy to więc kryptowaluta (jak np. bitcoin)? Nie, i w odpowiedzi na zestawienie obu tych modeli każdy szanujący się fan technologii blockchain i kryptowalut mocno by się oburzył. CBDC jest bowiem w pełni kontrolowane przez państwo. Kryptowaluta przeciwnie: to wolnorynkowa waluta, emitowana przez społeczność wokół niej skupioną (tzw. górników).
Waluta stworzona do inwigilacji?
Na pozór brzmi to więc jak koszmar fana teorii spiskowych. W przypadku CBDC (cyfrowego euro) dostaniemy cyfrową walutę, którą w pełni kontrolują urzędnicy. Nie trudno tu o obawy o naszą prywatność.
Co-CEO Kanga Exchange, jednej z największych kryptowalutowych firm w Polsce, Łukasz Żeligowski nie jest zwolennikiem tego typu rozwiązań.
– CBDC to potężne zagrożenie dla naszej wolności. To rozwiązanie, które pod płaszczykiem wygody i bezpieczeństwa, po cichu odbiera nam niezależność. Nawet jeśli dziś władza zarzeka się, że nie ma złych intencji, to samo istnienie mechanizmów totalnej kontroli będzie zbyt kuszące i w końcu ktoś po nie sięgnie – ostrzega w rozmowie z INNPoland.pl.
Wskazać można na model chiński, w którym zastosowano mechanizmy, które w naszym kręgu kulturowym wydają się nie do pomyślenia.
"Wdrożenie cyfrowego juana w Chinach jest zwiększeniem możliwości monitorowania transakcji dokonywanych przez obywateli chińskich i cudzoziemców przebywających w Chinach lub prowadzącymi w nich interesy. W połączeniu z systemem kredytu społecznego cyfrowy juan zwiększa możliwości monitorowania i egzekwowania określonych zachowań chińskich obywateli", przestrzega na swojej stronie Warsaw Enterprise Institute.
Do tego miałby dojść termin ważności, który mocno kusi: w końcu umożliwiałby stymulowanie lub ograniczanie popytu. Jakże prostsza byłaby wtedy walka z inflacją!
Żeligowski wskazuje na podobne zagrożenia.
– Cyfrowy pieniądz banku centralnego daje możliwość zaprogramowania tego, jak, gdzie i kiedy wydajemy nasze środki. Prosty scenariusz: pod pretekstem dbania o zdrowie system odrzuci płatność, bo w tym miesiącu kupiliśmy już za dużo słodyczy, mięsa albo wina. Ktoś inny, urzędnik, czy polityk, zdecyduje za nas bo wie lepiej… a przynajmniej tak mu się będzie wydawało – tłumaczy.
Czy nie są to przesadzone obawy? Przecież państwo już teraz posiada narzędzia podobne do CBDC. Zdaniem współzałożyciela Kangi te są jednak "toporne i nie tak wszechwładne". Wspomina wydarzenia z Kanady z czasów pandemii COVID-19.
– Pamiętamy, co działo się w Kanadzie podczas protestów kierowców kilka lat temu. Rząd po prostu zablokował karty kredytowe protestującym [którzy domagali się zniesienia pandemicznych ograniczeń - przy. autora], a także tym, którzy ich wspierali. Z dnia na dzień ludzie zostawali bez środków do życia. CBDC sprawi, że takie działania będą możliwe na masową skalę, za pomocą jednego kliknięcia – dodaje.
Jaki jest sens wprowadzania CBDC?
Jaki jest więc sens emisji CBDC? Czy naprawdę stoi za tym diaboliczny plan elit? I tak, i nie.
Wszystko zależy bowiem od szczegółów. W Chinach cyfrowy juan okazał się idealnym dopełnieniem systemu inwigilacji. W kraju tym od lat funkcjonuje jednak model oceniania obywateli czy powszechnego śledzenia niemal każdego ich kroku.
To właśnie owa czarna legenda CBDC sprawiła, że USA całkowicie odcinają się od tej koncepcji. Ron DeSantis, gubernator Florydy i niedoszły kandydat Partii Republikańskiej na prezydenta, włączył swoją antyCBDC retorykę do swojej ostatniej kampanii wyborczej. Jego postulat zakazu emisji cyfrowego dolara przejął potem Donald Trump.
Unia Europejska stoi niejako na rozdrożu. Prace nad e-euro trwają. Tak samo jak nad regulacjami, które miałyby ułatwić emisję tej cyfrowej waluty. Przedstawiciele banku centralnego zarzekają się jednak, że nowa forma waluty zapewni prywatność i będzie mogła działać offline (to odpowiedź na obawy dot. cyberataków). Dodają, że jednym z głównych celów wprowadzania CBDC na rynek jest ułatwienie i przyspieszenie płatności. Transakcje mogłyby być tańsze, natychmiastowe i działać także bez pośredników (banków prywatnych). Nikt nie mówi też o terminie ważności.
Jaka jest więc prawda? Taka, że wszystko zależy od szczegółów. CBDC samo w sobie może być ciekawe. Otrzymalibyśmy po prostu cyfrową walutę, która uzupełniałaby gotówkę.
Byłoby to szczególnie interesujące rozwiązanie w kwestii realizacji transakcji międzynarodowych. CBDC bliżej pod tym kątem jest do kryptowalut: transfer wartości jest szybszy i tańszy (nie ma sesji elixir, środki potrafią być w portfelu adresata sekundę po kliknięciu "send").
Pytanie tylko, czy w ten model ktoś nie "wmontuje" mechanizmów ze świata, jaki przyśnił się kiedyś George'owi Orwellowi. Stąd politycy i dziennikarze powinni wziąć pod lupę to, nad czym pracuje Europejski Bank Centralny.
Zobacz także
