
Ministra funduszy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wrzuciła granat do ogródka, sugerując, że niedziele handlowe mogłyby wrócić – ale na nowych zasadach: dobrowolnie i za podwójną stawkę. Brzmi jak układ idealny? Okazuje się, że nie dla wszystkich.
Rząd chce powrotu niedziel handlowych za wyższe stawki, związki zawodowe mówią o fizycznym wyczerpaniu. Sprawdzamy, dlaczego "niedzielny pieniądz" nie kusi pracowników i czy wolna niedziela po sobotniej zmianie do północy to tylko fikcja.
Niedzielny kac moralny. Dlaczego znów o tym rozmawiamy?
Dla klienta możliwość zrobienia zakupów w niedzielę to wizja wolności. Możliwość kupienia wiertła, przymierzenia sukienki czy po prostu rodzinnego spaceru po klimatyzowanej alei. Fakty są takie, że wiele osób narzeka na zamknięte sklepy w niedziele. I już nie z własnej wygody czy złośliwość. Dla mnóstwa klientów był to idealny czas na zajęcie się właśnie dużymi zakupami, wymagającymi czasu.
Ale dla związkowców jak Gabriela Kaim z "Solidarności", propozycje Polski 2050 to "pocałunek śmierci" dla regeneracji pracowników. Zza lady płynie przekaz: jesteśmy wykończeni, a dobrowolność w handlu to mit, który pryska przy pierwszym grafiku ustawianym przez kierownika.
Gdy wolna niedziela staje się fikcją
Wojciech Jendrusiak z OPZZ punktuje brutalnie: praca w handlu to już teraz jazda bez trzymanki przy brakach kadrowych. Słowem: i tak nie ma już komu pracować w sklepach.
Ale najciekawszy argument padł ze strony... anonimowego projektodawcy, który wysłał do Sejmu petycję o jeszcze większe zaostrzenie zakazu.
Zwrócił on uwagę na coś, o czym my, klienci, rzadko myślimy: sobotnie zmiany do 23:30.
"Pracownik, który wraca z pracy w nocy z soboty na niedzielę, ma ograniczone możliwości skorzystania z wolnego dnia. W praktyce wolna niedziela staje się fikcją" – czytamy w projekcie.
Jak brzmi propozycja? Sklepy zamykane w soboty o 21:00 i tylko cztery niedziele handlowe w roku (po jednej na kwartał). To wizja radykalna, która sprawiłaby, że zakupy w niedzielę stałyby się świętem niemal równie rzadkim, jak zaćmienie słońca.
Podziemie handlowe i statystyki
Problem w tym, że mimo formalnego zakazu, handel w niedziele wcale nie umarł – on po prostu zszedł do "partyzantki". Dane z kontroli Inspekcji Pracy są bezlitosne: co trzeci sprawdzony sklep (33,2 proc.) łamie przepisy. Przedsiębiorcy kombinują, zamieniając kasy w punkty pocztowe, czytelnie czy kluby fitness, byle tylko obsłużyć klienta, który w niedzielę "musi".
No ale nie da się ukryć, że duże sklepy, sieciówki, w niedzielę zakazu handlu nie ominą.
Zobacz także
Czy obecne przepisy są dobre?
Są jak szwajcarski ser z chaotycznie powydrążanymi dziurami. Teraz mamy osiem niedziel handlowych w roku. W 2026 roku są to daty:
Czy to wystarczy? Dla polityków Polski 2050 i Ryszarda Petru – zdecydowanie nie. Dla pracowników handlu – to i tak o osiem za dużo.
Ile kosztuje nasza wygoda?
Spór o niedziele to nie jest dyskusja o ekonomii, ale o wartościach. Czy jako społeczeństwo jesteśmy gotowi zapłacić cenę czyjegoś zmęczenia za luksus kupienia uszczelki w niedzielne popołudnie? A może nauczyliśmy się już planować życie tak, by sobota wystarczyła?
Jedno jest pewne: dopóki na stacjach benzynowych będziemy mogli kupić chleb, a w "Żabkach" udawać, że jesteśmy wspólnikami właściciela, ten konflikt nie wygaśnie.
Jak to robią inni? Niedzielny spacer po Europie
Zanim uznamy, że polski zakaz handlu to ewenement, warto spojrzeć za miedzę. Europa jest w tej kwestii podzielona silniej niż w sprawie polityki klimatycznej.
