rysunek kasjerki na tle supermarketu
Zakaz handlu w niedzielę do zmiany. Cztery niedziele w roku i koniec pracy o 21:00 w soboty? Fot. Nathália Rosa / Unsplash / Maxime Fro / Pixabay / Montaż: INNPoland.pl

Ministra funduszy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wrzuciła granat do ogródka, sugerując, że niedziele handlowe mogłyby wrócić – ale na nowych zasadach: dobrowolnie i za podwójną stawkę. Brzmi jak układ idealny? Okazuje się, że nie dla wszystkich.

REKLAMA

Rząd chce powrotu niedziel handlowych za wyższe stawki, związki zawodowe mówią o fizycznym wyczerpaniu. Sprawdzamy, dlaczego "niedzielny pieniądz" nie kusi pracowników i czy wolna niedziela po sobotniej zmianie do północy to tylko fikcja.

Niedzielny kac moralny. Dlaczego znów o tym rozmawiamy?

Dla klienta możliwość zrobienia zakupów w niedzielę to wizja wolności. Możliwość kupienia wiertła, przymierzenia sukienki czy po prostu rodzinnego spaceru po klimatyzowanej alei. Fakty są takie, że wiele osób narzeka na zamknięte sklepy w niedziele. I już nie z własnej wygody czy złośliwość. Dla mnóstwa klientów był to idealny czas na zajęcie się właśnie dużymi zakupami, wymagającymi czasu.

Ale dla związkowców jak Gabriela Kaim z "Solidarności", propozycje Polski 2050 to "pocałunek śmierci" dla regeneracji pracowników. Zza lady płynie przekaz: jesteśmy wykończeni, a dobrowolność w handlu to mit, który pryska przy pierwszym grafiku ustawianym przez kierownika.

Gdy wolna niedziela staje się fikcją

Wojciech Jendrusiak z OPZZ punktuje brutalnie: praca w handlu to już teraz jazda bez trzymanki przy brakach kadrowych. Słowem: i tak nie ma już komu pracować w sklepach.

Ale najciekawszy argument padł ze strony... anonimowego projektodawcy, który wysłał do Sejmu petycję o jeszcze większe zaostrzenie zakazu.

Zwrócił on uwagę na coś, o czym my, klienci, rzadko myślimy: sobotnie zmiany do 23:30.

"Pracownik, który wraca z pracy w nocy z soboty na niedzielę, ma ograniczone możliwości skorzystania z wolnego dnia. W praktyce wolna niedziela staje się fikcją" – czytamy w projekcie.

Jak brzmi propozycja? Sklepy zamykane w soboty o 21:00 i tylko cztery niedziele handlowe w roku (po jednej na kwartał). To wizja radykalna, która sprawiłaby, że zakupy w niedzielę stałyby się świętem niemal równie rzadkim, jak zaćmienie słońca.

Podziemie handlowe i statystyki

Problem w tym, że mimo formalnego zakazu, handel w niedziele wcale nie umarł – on po prostu zszedł do "partyzantki". Dane z kontroli Inspekcji Pracy są bezlitosne: co trzeci sprawdzony sklep (33,2 proc.) łamie przepisy. Przedsiębiorcy kombinują, zamieniając kasy w punkty pocztowe, czytelnie czy kluby fitness, byle tylko obsłużyć klienta, który w niedzielę "musi".

No ale nie da się ukryć, że duże sklepy, sieciówki, w niedzielę zakazu handlu nie ominą.

Czy obecne przepisy są dobre?

Są jak szwajcarski ser z chaotycznie powydrążanymi dziurami. Teraz mamy osiem niedziel handlowych w roku. W 2026 roku są to daty:

  • 25 stycznia, 29 marca, 26 kwietnia, 28 czerwca, 30 sierpnia oraz przedświąteczny maraton: 6, 13 i 20 grudnia.
  • Czy to wystarczy? Dla polityków Polski 2050 i Ryszarda Petru – zdecydowanie nie. Dla pracowników handlu – to i tak o osiem za dużo.

    Ile kosztuje nasza wygoda?

    Spór o niedziele to nie jest dyskusja o ekonomii, ale o wartościach. Czy jako społeczeństwo jesteśmy gotowi zapłacić cenę czyjegoś zmęczenia za luksus kupienia uszczelki w niedzielne popołudnie? A może nauczyliśmy się już planować życie tak, by sobota wystarczyła?

    Jedno jest pewne: dopóki na stacjach benzynowych będziemy mogli kupić chleb, a w "Żabkach" udawać, że jesteśmy wspólnikami właściciela, ten konflikt nie wygaśnie.

    Jak to robią inni? Niedzielny spacer po Europie

    Zanim uznamy, że polski zakaz handlu to ewenement, warto spojrzeć za miedzę. Europa jest w tej kwestii podzielona silniej niż w sprawie polityki klimatycznej.

  • Niemcy: "ruhetag" to świętość. Za naszą zachodnią granicą obowiązuje Ladenschlussgesetz. Niedziela to dzień absolutnego odpoczynku. Otwarte są tylko stacje paliw, apteki i sklepy na dworcach czy lotniskach. Nawet piekarnie mogą działać tylko przez kilka godzin rano. Niemcy pilnują tego rygorystycznie – nie ma mowy o "czytelniach" w marketach budowlanych.
  • Francja: zakupy tak, ale z zegarkiem w ręku. Tutaj panuje model hybrydowy. Większość supermarketów spożywczych jest otwarta w niedziele, ale tylko do godziny 13:00. Chcesz kupić bagietkę i ser na lunch? Proszę bardzo. Chcesz kupić nową pralkę po południu? Zapomnij. Wyjątkiem są specjalne strefy turystyczne (ZTI), gdzie handel kwitnie cały dzień.
  • Wielka Brytania: rozmiar ma znaczenie. Brytyjczycy postawili na pragmatyzm. Małe sklepy (osiedlowe) mogą działać bez ograniczeń. Duże supermarkety mają "kaganiec" w postaci maksymalnie 6 godzin handlu (zazwyczaj między 10:00 a 16:00). To kompromis między wygodą a prawem do wolnego popołudnia dla pracowników.
  • Węgry: wielka kapitulacja. To przestroga dla polityków. W 2015 roku rząd Viktora Orbána wprowadził zakaz handlu, ale... wycofał się z niego po zaledwie roku. Powód? Gigantyczny opór społeczny i fakt, że Węgrzy, zamiast odpoczywać, zaczęli tłumnie jeździć na zakupy do sąsiednich krajów.
  • Czechy i Słowacja: liberalny luz. Nasi południowi sąsiedzi podchodzą do tematu najspokojniej. Sklepy są zazwyczaj otwarte, a ograniczenia dotyczą jedynie największych świąt państwowych. Niedziela w Pradze czy Bratysławie to normalny dzień handlowy.