
Od lat zmiana czasu budzi emocje, ale decyzji brak. Nowa petycja, która trafiła do rządu, sugeruje odejście od pełnych godzin. Sprawdzamy, czy model znany z Indii i Iranu przyjąłby się nad Wisłą i dlaczego systemy IT mogą tego nie przeżyć.
Koniec marca 2026 roku, mija kolejna noc, podczas której ukradziono nam godzinę snu. Transport publiczny staje, systemy bankowe łapią czkawkę, a miliony Polaków próbują dojść do siebie przy trzeciej kawie. Brzmi znajomo? Mimo że od lat 80 proc. z nas mówi głośne "dość", wciąż tkwimy w rytuale, który ma ponad sto lat. Zmianie czasu.
I co? I nic. Mnóstwo ludzi psioczy, wiele argumentów za utrzymywaniem tego stanu rzeczy przeszło do historii, chociaż kilka zostało. Ale każdy boi się zmiany. Na dodatek kiedy przychodzi do wyboru: czas letni czy zimowy, Polska (i reszta Europy) dzieli się na dwa zwalczające się obozy.
Fundacja "Można Lepiej!" proponuje rozwiązanie, które brzmi jak salomonowy wyrok: spotkajmy się w połowie drogi. Brzmi to trochę jak scenariusz z filmu o naprawianiu świata, gdzie główny bohater znajduje "trzecią drogę", o której nikt wcześniej nie pomyślał. Temat zmiany czasu to taki polityczny i społeczny "Dzień Świstaka" – co pół roku wszyscy narzekamy, a potem zapominamy o sprawie, aż do kolejnego przestawiania zegarków.
Propozycja: czas kompromisowy
Krzysztof Kwarciak, prezes Fundacji, złożył właśnie petycję do Sejmu i Senatu. Postulat? Ustawmy zegarki na stałe, odejmując 30 minut od czasu letniego. Dlaczego to miałoby zadziałać?
Argumenty są takie: zimą nie byłoby tak ciemno o poranku, jak przy czasie letnim, co jest zmorą rodziców wysyłających dzieci do szkół i ludzi idących wcześnie do pracy. Z kolei latem słońce nie zachodziłoby tak drastycznie wcześnie, jak przy czasie zimowym, co psułoby wiele wakacyjnych aktywności.
4,6 miliona ludzi nie może się mylić?
W 2018 roku Komisja Europejska przeprowadziła największe konsultacje w historii – 4,6 mln osób wzięło w nich udział, a 84 proc. chciało końca zmian czasu. Temat utknął jednak w Brukseli i Warszawie, bo nikt nie chce "zgasić światła" zwolennikom żadnej z opcji.
– Mówi się tylko o dwóch scenariuszach, a przecież świat zna strefy półgodzinne – argumentuje Kwarciak. Faktycznie, kraje takie jak Indie, Iran czy Afganistan nie trzymają się pełnych godzin. Pytanie tylko, czy Polska jest gotowa na bycie czasową wyspą w środku Europy? No chyba nie bardzo.
Zobacz także
Czy to ma sens?
Pytasz, czy ta propozycja jest w porządku. Moim zdaniem: nie ma najmniejszego sensu. Owszem, w pewnym emocjonalnym ujęciu jest to jakaś forma kompromisu. No i te pół godziny byłoby łagodniejszą formą przejścia.
Ale de facto, zamiast coś uprościć, doczekalibyśmy się chaosu. Polska jest sercem strefy czasowej środkowoeuropejskiej (CET/CEST). Elementem pewnej osi, którą pewnie znacie z ustawiania zegarów. Warszawa - Skopje - Sarajewo.
Gdybyśmy jako jedyni wprowadzili "UTC +1:30", stalibyśmy się ewenementem. Każdy lot samolotu do Berlina, każde połączenie kolejowe z Pragą i każdy wideocall z Londynem wymagałby przeliczania tych nieszczęsnych 30 minut.
W praktyce (gdybyśmy wprowadzili czas kompromisowy), przekraczając granicę w Świecku czy Kołbaskowie, musielibyśmy przestawiać zegarki o 30 minut. Każdy lot samolotem, każde połączenie kolejowe i każda transakcja giełdowa z Berlinem czy Paryżem wymagałaby skomplikowanych przeliczeń.
Jedziemy dalej: większość systemów informatycznych, serwerów i giełd opiera się na pełnych przesunięciach godzinowych względem czasu UTC. Wprowadzenie "połówki" wymagałoby gigantycznych aktualizacji software'u w całym kraju.
Poza tym istnieje powód, dla którego większość świata trzyma się pełnych godzin – to po prostu ułatwia globalną współpracę. Indie mogą sobie na to pozwolić, bo są subkontynentem. Polska, będąc w strefie Schengen i na wspólnym rynku UE, miałaby z tym ogromny problem.
Propozycja jest więc ciekawa i może nawet logiczna z punktu widzenia zdrowia jednostki, ale skrajnie niepraktyczna w zglobalizowanym świecie. Jeśli jednak cała Unia Europejska zdecydowałaby się na taki krok jednocześnie – wtedy mielibyśmy rewolucję, która faktycznie godzi wszystkich. Samodzielny ruch Polski w tę stronę byłby niestety strzałem w stopę dla transportu i biznesu.
