
Referendum w sprawie wejścia do UE było pierwszym głosowaniem w moim pełnoletnim już wówczas życiu. Od tego czasu moja relacja z Unią od umiarkowanego euroentuzjasty ewoluowała do "to skomplikowane".
Dzisiaj nadal widzę więcej zalet bycia w UE niż wad, ale zaczyna się to niepokojąco do siebie zbliżać w kalkulacji, co przeważa. Mimo wszystko uważam członkostwo w UE za bezalternatywne. Nie jest to jednak wpis o "polexicie", ani nawet o słabościach Unii. To wpis o tym – co zrobimy, jeśli Unia się rozpadnie, nie pytając nas o zdanie?
Czy mamy plan B na Unię Europejską?
Czy poważne państwo, a Polska przynajmniej do tego aspiruje, może żyć w stanie bezalternatywności? Czy nie powinniśmy już teraz mieć w jakiejś państwowej instytucji grupy roboczej, która po prostu będzie pracować nad stworzeniem wizji takiej alternatywy?
Wbrew hałaśliwym politykom i ich fanom, jak najbardziej można i należy rozmawiać o alternatywie. Unia nie jest darem niebios, dogmatem, który będzie nienaruszalny do śmierci cieplnej wszechświata.
Gdzie więc szukać nadziei? Albo chociaż Planu B?
Polska obecnie współpracuje w ramach dwóch inicjatyw, które teoretycznie mogłyby być bazą do "Nowej Unii", czyli Bukaresztańska Dziewiątka oraz Trójmorze. Przybliżmy sobie te inicjatywy. Co ciekawe, obie zostały powołane z inicjatywy Polski i Prezydenta Dudy.
Czym jest Bukaresztańska Dziewiątka
Bukaresztańska Dziewiątka (B9) to nieformalny format współpracy 9 krajów NATO – Bułgarii, Czech, Estonii, Węgier, Łotwy, Litwy, Polski, Rumunii i Słowacji. Powołano go w 2015 roku, w związku z rosyjską agresją na Krym i od tego czasu było polem do ustalania wspólnego frontu wojskowego na tzw. Wschodniej Flance NATO.
W ramach tej grupy państw regularnie spotykali się ministrowie spraw zagranicznych czy ministrowie obrony narodowej. Szczególnie po agresji Rosji na Ukrainę format ten był narzędziem do koordynowania presji na inne kraje NATO celem wzmocnienia obecności wojsk zachodnich na wschodzie Europy i ciągłego wsparcia Ukrainy.
Słabością jest oczywiście nieformalność tej platformy dyskusyjnej i brak faktycznych narzędzie wpływu oprócz lobbingu wypracowanego w ramach dyskusji. Szczególnie dało to o sobie znać nie tylko w wypadku Węgier, które zachowują odmienne stanowisko względem pomocy Ukrainy, ale niestety również w kontekście Polski. Według informacji mediów po objęciu władzy w 2023 przez obecny rząd Radosław Sikorski właściwie nie wykazuje zainteresowania współpracą w ramach B9 czy Trójmorza. To kolejny smutny przykład prymatu wewnętrznej polityki nad interesem Rzeczypospolitej.
Czym jest Trójmorze
Inicjatywa Trójmorza czy też Trójmorze to druga inicjatywa powołana przez Prezydenta Dudę, tym razem z Prezydent Chorwacji. Było to wprowadzenie w życie propozycji wypracowanej przez amerykański środowiska eksperckie, które wskazywały na gigantyczną dziurę infrastrukturalna na wschód od Niemiec. Oficjalnie zainaugurowane w 2016 Trójmorze skupić się miało na projektach infrastrukturalnych, energetycznych i transportowych.
Stworzony w 2020 fundusz inwestycyjny, miał operować ponad 1 miliardem euro środków przeznaczonych na te właśnie cele. Co ciekawe, projekt ten cieszy się dużym zainteresowaniem i wsparciem nie tylko USA, ale również Niemiec czy Japonii. Od trzech lat również Ukraina i Mołdawia traktowane są jako kraje stowarzyszone z inicjatywą Trójmorza, a on spotkania w Polsce w 2025 również Albania i Czarnogóra. Obecnie członkami Trójmorza są Polska, Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Grecja, Węgry, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja i Słowenia.
Mamy więc dwie duże inicjatywy regionalne, które pokrywają tematy współpracy militarnej, infrastrukturalnej i inwestycyjnej. Jak też widać, nie ma problemu, aby inicjatywy te uzyskały wsparcie nie tylko w krajach UE, ale również w USA czy Japonii.
Dochodzi do tego również rosnąca współpraca z krajami skandynawskimi, które pod presją rosyjskiej agresji postanowiły zbliżyć się do krajów regionu centralnej i wschodniej europy.
Zobacz także
Czy jest możliwa nowa polityczna Unia?
Można więc sobie wyobrazić, że na tej bazie można by powołać polityczną unię, która mogłaby stanowić alternatywę czy zastępstwo dla dzisiejszej Unii. Oczywiście, kraje regionu mają wspólne problemy w kwestii bezpieczeństwa czy infrastruktury, ale mają również wiele różnic. Czy tych różnic jest jednak tyle samo co w samej UE?
Ile tak naprawdę łączy mieszkańca Tallina, z mieszkańcem Sewilli? Raczej mniej niż mieszkańca Tallina i Białegostoku. Z pewnością za to w krajach regionu mniej jest problemów wewnętrznych znanych z krajów zachodniej Europy. Z kolei siłą naszego regionu CEE byłoby szeroko rozumiane IT i technologie cyfrowe. Kraje skandynawskie, Polska czy Estonia to prawdziwi giganci w tej sferze.
Czy w związku z tym powinniśmy szykować referendum i radośnie przeć do nowego bytu politycznego? Nie. Oczekiwałbym jednak, aby gdzieś w pojemnych szafach leżały plany co zrobić w sytuacji, kiedy obudzimy się w świecie bez Unii Europejskiej.
Dobrze byłoby wiedzieć gdzie jechać, z kim rozmawiać, co i jak zorganizować. Jakie składać propozycje i jak to sfinansować. Po prostu byłoby dobrze być dla odmiany gotowym na globalne wstrząsy.
Co dalej z Unią Europejską?
Nie mam wątpliwości, że w najbliższych latach Unia będzie trzeszczeć w posadach. Sypiący się globalny ład, rewolucja AI i brak odpowiedzi ze strony UE na te zmiany, wewnętrzne problemy związane z nielegalną imigracją i społeczeństwem multikulti, problemy z bezpieczeństwem i dotykający całą Europę problem z demografią.
Wszystko to sprawi, że Unia zostanie postawiona przed największymi wyzwaniami w swojej historii. I może ich nie przetrwać. Bądźmy na to gotowi i miejmy plan, bo nikt nie będzie na nas czekał. My sami będziemy musieli wywalczyć dla siebie miejsce w takiej Europie.
