
Po politycznych porażkach, obóz prawicy znalazł nowego wroga – europejską politykę klimatyczną. Prezydent i kandydat na premiera ruszają na krucjatę przeciwko systemowi ETS. Wmawiają nam, że to przez Unię płacimy krocie za prąd. To bzdura: ci dwaj politycy PiS chcą nas cofnąć do epoki węgla łupanego.
Kiedy wetowanie kolejnych ustaw przez prezydenta Karola Nawrockiego przestało przynosić polityczne korzyści, a wręcz zaczęło zrażać wyborców (wystarczy spojrzeć na sondaże dotyczące zawetowania SAFE), na naszych oczach otwiera się właśnie nowy front politycznej wojny. Tym razem Przemysław Czarnek (kandydat PiS na premiera) oraz prezydent zwierają szyki, by uderzyć w rząd z najcięższego działa: oskarżeń o rujnowanie polskiej gospodarki unijnym systemem ETS.
Narracja jest prosta i chwytliwa: "Zła Unia każe nam płacić haracz za CO2, przez co mamy drogi prąd, więc odrzućmy ten system i wróćmy do taniego, polskiego węgla". Prezydent i potencjalny premier z ramienia PiS, czyli Przemysław Czarnek, działając wspólnie i w porozumieniu, tworzą wywód pełen dziur, niedomówień i kłamstw. Ma być korzystny dla partii, a jest rujnujący dla Polski.
Czym jest ETS i czy naprawdę rujnuje Twój portfel?
EU ETS (Emissions Trading System) to unijny system handlu uprawnieniami do emisji. Mechanizm jest rynkowy: kto truje (np. elektrownie węglowe), ten musi kupić prawa do wypuszczenia CO2 do atmosfery. System ten ma stymulować kraje do odchodzenia od brudnej i przestarzałej energetyki na rzecz tańszych i czystszych źródeł.
Politycy skrajnej prawicy chętnie rzucają hasłami, że ETS to "nawet 50 czy 60 proc. ceny prądu". To ordynarna manipulacja. Spójrzmy na realną strukturę rachunku przeciętnego gospodarstwa domowego:
Gdzie w tym wszystkim jest ETS? Ukrywa się w kosztach produkcji energii, ale w skali całego, finalnego rachunku, który opłacasz co miesiąc. Opłaty za emisję CO2 stanowią zaledwie około 15 proc. rachunku. To zauważalny koszt, ale z pewnością nie jest to główny winowajca drożyzny.
Gdzie powinny trafiać unijne miliardy?
Kluczowe w systemie ETS jest to, że pieniądze za emisję nie lecą w kosmos ani nie zasilają kont brukselskich urzędników. Kiedy polska elektrownia kupuje uprawnienia, pieniądze te trafiają prosto do polskiego budżetu państwa. Zgodnie z unijnymi dyrektywami (i zdrowym rozsądkiem), środki te miały być gigantycznym wehikułem inwestycyjnym.
Powinny iść na transformację energetyczną: budowę farm wiatrowych, słonecznych, termomodernizację szkół i szpitali oraz unowocześnienie wiecznie niedoinwestowanych sieci przesyłowych. Zbudowanie bezemisyjnych elektrowni sprawiłoby, że nie musielibyśmy kupować uprawnień ETS, a rachunki drastycznie by spadły.
Powtórzmy to: pieniądze z ETS powinny obniżać nasze rachunki za prąd. Hm, ale czy obniżyły? Nie bardzo. Dlaczego?
Jak PiS wydał 94 miliardy złotych? Bezlitosny raport NIK
W latach 2013-2023 Polska zarobiła na sprzedaży uprawnień do emisji gigantyczną kwotę – niemal 94 miliardy złotych. Potężne pieniądze, za które można było zbudować mnóstwo bezemisyjnych elektrowni, całkowicie przerobić sieć energetyczną... To jest kwota, jaką moglibyśmy mieć odłożoną na pół naszej elektrowni jądrowej. Wszystko po to, byśmy jako konsumenci płacili niższe rachunki za prąd.
Jak teoria zderzyła się z praktyką? Miażdżący raport Najwyższej Izby Kontroli pokazuje, co ekipa Zjednoczonej Prawicy zrobiła z tymi funduszami w latach 2015-2023.
Na co poszły pieniądze z polskiego ETS?
Gdyby te dziesiątki miliardów zostały właściwie zainwestowane w OZE (odnawialne źródła energii), dzisiaj polska gospodarka miałaby ułamek problemów z cenami prądu. Prawica obwinia dziś system, z którego sama zrobiła maszynkę do łatania budżetu. Rządy Zjednoczonej Prawicy nie protestowały przeciwko ETS, gdy same wydawały pieniądze z systemu na realizację swoich wyborczych obietnic. Politycy skrajnej prawicy podnoszą krzyk teraz, gdy zamiast inwestować przejedli pieniądze, a ludzie płacą wysokie rachunki za prąd.
Zobacz także
Straszak na Unię, czyli przygotowania pod polexit
Dla wielu komentatorów i analityków politycznych, nagły i zmasowany atak prezydenta oraz kandydata PiS na system ETS to coś więcej niż tylko przedwyborcza zagrywka. To kłamliwe i systemowe obrzydzanie Polakom Unii Europejskiej. Pokazywanie Brukseli jako wyłącznego winowajcy ubożenia obywateli to klasyczny krok przygotowujący grunt pod miękki polexit.
Zamiast wziąć odpowiedzialność za wieloletnie opóźnienia w modernizacji polskiej energetyki, PiS tworzy katastrofalną dla Polski iluzję, że poza unijnymi strukturami czeka nas gospodarczy raj.
Najgorszy z możliwych momentów na wojnę o klimat
Rozpoczynanie krucjaty przeciwko unijnej polityce odchodzenia od paliw kopalnych jest akurat w marcu 2026 roku wybitnie pozbawione sensu. Ceny ropy naftowej na globalnych rynkach ponownie szaleją. Z powodu eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie i zakłóceń w Cieśninie Ormuz, cena baryłki Brent błyskawicznie przebiła granicę 84 dolarów, teraz trzyma się w okolicach 100 dolarów. Olej napędowy (diesel) na światowych rynkach podrożał od początku roku w pewnym momencie o ponad 100 proc.
Dlaczego Unia Europejska tak bardzo forsuje zieloną transformację? Właśnie po to, by uciec od tego szaleństwa. Byśmy jako Wspólnota byli niezależni energetycznie, a nie podatni na każdy wstrząs w innej części świata. Europejska gospodarka oparta na własnych, odnawialnych źródłach energii staje się coraz bardziej odporna na szantaże bliskowschodnich dyktatorów czy geopolityczne zawirowania wokół ropy i gazu.
Mit taniego, polskiego węgla
Na koniec zderzmy się z największym mitem, który pada na konwencjach prawicy: powrotem do rzekomo taniego, polskiego węgla.
Nawet gdybyśmy wyobrazili sobie świat bez systemu ETS, polski węgiel jest dziś ekonomicznym samobójstwem. Dlaczego? Ponieważ polskie górnictwo węgla kamiennego jest ekstremalnie wręcz niewydajne. Nasze złoża są położone bardzo głęboko, warunki geologiczne są tragiczne, a koszty pracy gigantyczne.
To przepaść. Mamy dziś wydajność zbliżoną do biedaszybów. Skutek? Wydobywamy węgiel najdrożej na świecie. Aby ten nierentowny system w ogóle funkcjonował, z kieszeni każdego podatnika zrzucamy się na gigantyczne dotacje, które w ostatnich latach sięgały od 7 do 9 miliardów złotych rocznie (to ok. 19-24 mln zł dokładanych do biznesu każdego dnia!).
Przypomnijmy: w Polsce mamy ok. 70 tysięcy górników, którzy są w stanie wydobyć rocznie nieco ponad 40 mln ton czarnego złota. W USA górników jest 42-44 tysiące i wyciągają z ziemi ponad 500 mln ton węgla rocznie. W Polsce propozycje powrotu do węgla jako filaru nowoczesnej gospodarki to nie jest ratunek. To kotwica, która na lata zatopiłaby naszą rynkową konkurencyjność.
System ETS miał sfinansować naszą ucieczkę od drogich paliw kopalnych. Tymczasem poprzednia władza "przejadła" z niego dziesiątki miliardów. Dziś prawica proponuje nam powrót do surowca, do którego i tak z własnej kieszeni dopłacamy miliardy złotych rocznie. Absurd? Tak, ale okazuje się, że w polskiej polityce robienie z logiki kurtyzany nie robi już na ludziach wrażenia. I znajdą się tacy, którzy zamiast myśleć, to kupią.
