
Przemysław Czarnek, kandydat PiS na premiera obiecuje porzucenie unijnego systemu emisji, a zaprzyjaźnieni eksperci tworzą do tego teologiczną nadbudowę. Dosłownie: prof. Zbigniew Krysiak przekonuje, że polski węgiel to boski podarunek. Prawnie i technicznie ta obietnica to zwykła mrzonka, która zrujnowałaby polską gospodarkę.
Ekonomia ustępuje miejsca teologii węglowej. Oderwane od faktów pomysły na polski prąd słyszymy właśnie na konwencji PiS. Debata o przyszłości polskiej energetyki od lat bywa burzliwa, ale rzadko kiedy osuwa się w rejony całkowicie oderwane od uwarunkowań rynkowych i prawnych.
"Żadnych OZE-sroze" i boski węgiel
Tymczasem podczas konwencji programowej PiS "Myśląc Polska. Alternatywa 2.0", z ust prof. Zbigniewa Krysiaka oraz kandydata na premiera Przemysława Czarnka padły tezy, które z nowoczesną ekonomią i prawem międzynarodowym nie mają nic wspólnego. Węgiel zyskał status relikwii, a unijne zobowiązania potraktowano jak umowę, którą można po prostu podrzeć i wyrzucić do kosza.
"Dar od Boga", czyli jak uciec od liczb
Wystąpienie prof. Zbigniewa Krysiaka, przewodniczącego Rady Programowej Instytutu Myśli Schumana, było w tym kontekście wręcz modelowym przykładem zaklinania rzeczywistości.
– Węgiel jest czarnym złotem i darem dla Polski od Boga. Ale potrzebny jest też człowiek. Natura sama nie przekopie – przekonywał z mównicy ekonomista SGH.
Nadawanie teologicznego wymiaru surowcowi kopalnemu, którego wydobycie w Polsce jest dziś ekstremalnie drogie (złoża są głębokie, a koszty pracy gigantyczne), to zgrabny zabieg retoryczny, ale fatalna diagnoza gospodarcza. Węgiel w Polsce przestał być opłacalnym "czarnym złotem" dawno temu.
Sprowadzanie dyskusji o transformacji energetycznej, która jest podyktowana wyczerpywaniem się rentownych złóż i globalnymi trendami technologicznymi, do walki o "boski dar", to sprowadzanie debaty publicznej na manowce.
Prof. Krysiak wezwał również do przeciwstawienia się "destrukcji modelu energetycznego UE", krytykując unijne plany redukcji emisji CO2 i funkcjonowanie systemu ETS.
Wyjście z ETS? Prawna i finansowa mrzonka
Tezy profesora szybko podchwycili politycy. Przemysław Czarnek (znany ze swojego głośnego hasła "OZE-sroze") zadeklarował, że jeśli PiS wróci do władzy, wyprowadzi Polskę z unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS). Brzmi to jak stanowcza, suwerenna decyzja, która rzekomo uzdrowi nasze rachunki za prąd. Problem polega na tym, że jest to mrzonka.
Z prawnego punktu widzenia taki ruch jest po prostu niemożliwy do zrealizowania w sposób bezkosztowy. Jak wyjaśniał wiceminister klimatu Krzysztof Bolesta, unijne prawo nie przewiduje procedury jednostronnej rezygnacji państwa członkowskiego z uczestnictwa w systemie ETS.
Zobacz także
Co by się stało, gdyby nowy rząd mimo to postanowił "wypisać się" z systemu? Jak podkreślają eksperci rynkowi, taki wyłom oznaczałby natychmiastowe wszczęcie wobec Polski procedury naruszeniowej. Finał tego starcia rozegrałby się w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE), który nałożyłby na nasz kraj potężne kary finansowe. W efekcie, zamiast obniżyć koszty energii, obywatele musieliby zrzucić się na gigantyczne, wielomiliardowe grzywny.
Co więcej, warto przypomnieć, że to właśnie rządy Zjednoczonej Prawicy przez osiem lat funkcjonowały w tym systemie, akceptując jego ramy.
Eksperci: potrzebne są reformy, a nie obrażanie się na rzeczywistość
Narracja głoszona przez prof. Krysiaka i polityków prawicy to klasyczny przykład populizmu, który proponuje proste (i błędne) rozwiązania skomplikowanych problemów. Zamiast rzucać nierealne hasła o wyjściu z ETS i fedrowaniu "boskiego" węgla do końca świata, należy zająć się mądrym zarządzaniem transformacją.
Prezes Fundacji Instrat, Michał Hetmański, celnie punktuje tę polityczną woltę, nazywając ją "burzą w szklance wody". Według ekspertów rozwiązaniem nie jest destrukcja i anarchia prawna, ale wdrażanie mechanizmów chroniących polską gospodarkę wewnątrz istniejących struktur. Takim pomysłem jest choćby postulat powołania "centralnego banku węglowego" (zgłaszany przez rządowy ośrodek KOBiZE), który miałby za zadanie aktywne zarządzanie podażą uprawnień i ucinanie giełdowych spekulacji, które sztucznie pompują ceny CO2.
Dyskusja o polskiej energetyce wymaga dziś kalkulacji. Sprowadzanie jej do poziomu haseł o "OZE-sroze" i cudownym węglu z niebios może i zbiera oklaski na politycznych konwencjach, ale w zderzeniu z rynkową i międzynarodową rzeczywistością jest po prostu receptą na gospodarczą katastrofę.
