auta w Warszawie
Transportowy upadek Warszawy. 5 miliardów złotych nie kupiło nam wolnego czasu Fot. marekusz / Shutterstock / Montaż: INNPoland.pl

Badania ruchu w stolicy pokazują, że warszawiacy masowo uciekają z autobusów do własnych samochodów. Miasto pompuje rekordowe sumy w komunikację, ale auta wciąż wygrywają z tramwajami. Do Warszawy wjeżdża już 850 tysięcy samochodów dziennie. Lenistwo kierowców? Nie, walka o każdą dodatkową chwilę z rodziną. Transportowa oferta stolicy rozminęła się z potrzebami ludzi żyjących poza ścisłym centrum.

REKLAMA

Czytam właśnie marudzenie, że warszawiacy odwracają się od transportu publicznego. Dane z Warszawskiego Badania Ruchu (WBR 2025) faktycznie są zaskakujące i przerażające. To niemal akt zgonu dotychczasowej polityki transportowej stolicy. Liczba podróży komunikacją miejską spadła (z 956 mln do 932 mln), za to liczba samochodów przekraczających granice miasta urosła do absurdalnych 1,7 miliona na dobę.

Wydajemy na komunikację miejską blisko 5 miliardów złotych rocznie, a efekt? Rekordowe korki, odpływ pasażerów komunikacji miejskiej i miasto, które coraz wyraźniej dzieli się na uprzywilejowane centrum i wykluczone obrzeża.

I wiecie co? Ja się temu odpływowi ze zbiorkomu do samochodów nie dziwię. Bo z jednej strony Warszawa ma naprawdę dobrą i tanią komunikację. Tak, tramwaje i autobusy się czasem spóźniają, ale w porównaniu do innych miast naprawdę jest świetnie. Co więc poszło nie tak? Wszystko, ale najbardziej rozwój miasta, które się rozlewa w każdą możliwą stronę, oraz podział dzielnicowy. W ramach jednej dzielnicy nawet łatwo się jeździ komunikacją, ale przejechanie przez kilka z nich to już niezły wyczyn.

Do tego dochodzi jeszcze absurdalne wytyczanie tras i brak potężnej obwodnicy. Bo jeśli chcesz przejechać, dajmy na to, z Pruszkowa do Wołomina, to stolicy nie ominiesz. Musisz wpakować się niemal w centrum miasta, które od lat jest pokiereszowane przelotówkami. I ten błąd staje się coraz bardziej dolegliwy.

Ja naprawdę doskonale rozumiem aktywistów, którzy narzekają na blachosmrodziarzy i wywoływane przez nich korki, hałas i spaliny. Oni mają rację. Tylko że rozwiązaniem nie jest odebranie ludziom aut. I ja to wiem, bo bez samochodu życie w stolicy jest po prostu niełatwe. Da się, ale jak jesteś aktywny zawodowo, masz dzieci, prowadzisz jakieś życie towarzyskie i cenisz wolny czas, to jest to trudne.

Autem czy komunikacją publiczną? Świat dwóch prędkości: centrum kontra reszta

Warszawa dorobiła się dwóch równoległych rzeczywistości. Pierwsza to "bańka śródmiejska". Tu faktycznie jest nieźle – metro, tramwaje co 3 minuty, gęsta sieć połączeń. Ale wystarczy spróbować przejechać między sąsiednimi dzielnicami poza centrum, żeby zobaczyć jak świat komunikacji zwalnia.

Przykład z mojego podwórka (dosłownie). Mieszkam na Bielanach i jak mam sprawę do szwagra z Bemowa, to mogę do niego podskoczyć autem (15 minut), albo komunikacją miejską (35 minut). Kiedy jadę do pracy na Woli, to samochodem zdążę w 15-20 minut, jak są korki to góra w 30 minut. Autobusem jechałbym 25-30 minut bez korków. W sumie jeszcze szybciej byłoby rowerem, ale nie zawsze się da.

I powiedzcie mi: czy to jest brak mojej ekologicznej świadomości? A może pragmatyzm? Bo moja doba ma 24 godziny i jeśli mogę zaoszczędzić pół godziny, to bardzo chętnie je zaoszczędzę. Póki mam gdzie parkować. 

Wczoraj byłem z rodziną w zoo. Samochodem w jedną stronę 15 minut, komunikacją 40. W obie strony robi się z tego prawie godzina różnicy. I ja wolę pobyć godzinę dłużej w zoo, niż spędzić ją w tramwaju czy autobusie. A jeśli chcę podjechać do dużego i dobrze zaopatrzonego marketu budowlanego, bo potrzebuję, załóżmy, nowego kranu? Do jednego mam 16 minut samochodem, ale już 45 minut komunikacją miejską. Do drugiego 20 minut samochodem, 75 minut komunikacją. Prawie godzina różnicy i to tylko w jedną stronę!

I ja mówię tylko o mojej perspektywie mieszkańca miasta. A przecież coraz więcej ludzi kupuje mieszkania na obrzeżach albo poza miastem, bo tam jest taniej za metr. Potem za tę różnicę płacą własnym czasem w korkach i pieniędzmi na paliwo.

Bo w Warszawie to się wszyscy spieszą

Wiele osób narzeka, że w Warszawie szybko się żyje i w ogóle ludzie się spieszą. Może i tak, ale to nie jest jakaś moda, tylko konieczność. Dla mnie naprawdę sporą różnicą jest czy dojazd gdzieś i powrót zajmie mi pół godziny czy półtorej – a o takich różnicach mówimy. Wolę ten czas spędzić z rodziną, na odpoczynku, rozrywce, zabawie z dzieckiem. Wtedy się nie spieszę, bo i po co.

A w skali każdego dużego miasta przekłada się to na dziesiątki tysięcy ludzi i setki tysięcy przejazdów. Wielu z nich po prostu nie da się uniknąć, więc ludzie walą samochodami, korkując miasto i obciążając infrastrukturę, która nie jest do tego przystosowana. Tak naprawdę jest to problem wielu dużych miast, korki w Paryżu czy Londynie są o wiele większe...

Na dodatek do wielu obrzeży po prostu nie da się dociągnąć sensownej komunikacji. Dlaczego nie ma pociągu czy kolejki do Łomianek, do Modlina, Babic? Bo pod ziemią drążyć drogo, a na ziemi oznacza to lata wykupu gruntów, protestów mieszkańców. Warszawa – ale nie tylko ona – jest otoczona czerstwym obwarzankiem, którego niemal nie sposób przegryźć.

A więc wielu ludzi jeździ i korkuje drogi swoimi samochodami, tyle że nie z braku świadomości, ale z pragmatyzmu. Czas stał się najdroższą walutą, a komunikacja miejska poza ścisłym centrum ma fatalny kurs wymiany.

Jak ten węzeł gordyjski przeciąć? Nie wiem. Ale mamy w sumie jakieś tęgie głowy on inwestycji publicznych, które warto zaprząc do ciężkiej pracy. Na razie widzimy doskonale, że dokładanie kolejnych pasów tras oznacza, że coraz więcej pasów jest zatkanych. Czyli to nie działa.

A wbrew twierdzeniom wielu aktywistów, auto w mieście naprawdę się przydaje. Sam naprawdę staram się jeździć rozsądnie, nie pchać się wszędzie samochodem. Ale w wielu przypadkach to już nawet nie jest tylko wygoda, ale konieczność.

Czy naprawdę warszawiacy wiecznie się spieszą?. To błąd logiczny. My się nie spieszymy – my próbujemy odzyskać czas, który system chce nam zabrać.

Weźmy zakupy. Robienie "dużego bagażnika" raz w tygodniu to 2-3 godziny. Rozbijanie tego na codzienne bieganie z siatkami po autobusach to strata 6-8 godzin tygodniowo. Kto z nas może sobie na to pozwolić?

Jeśli każda wyprawa z dzieckiem zajmuje komunikacją godzinę więcej w obie strony, to w skali miesiąca tracimy kilka dobrych wieczorów, które moglibyśmy spędzić na zabawie, a nie na oglądaniu pleców współpasażerów.

Poza miastem brak auta oznacza realne wykluczenie komunikacyjne. Przecież Polska jest zaludniona tak chaotycznie, że doprowadzenie komunikacji publicznej w okolice każdej ludzkiej siedziby jest absolutną fikcją. 

Warszawa. Uberyzacja i ucieczka na przedmieścia

Ratusz z zaskoczeniem odnotował, że liczba taksówek i przewozów na aplikację wzrosła od 2018 roku 11-krotnie. Mamy ich w mieście ponad 70 tysięcy! To uberyzacja transportu łata dziury tam, gdzie autobus nie dojeżdża lub jedzie za długo.

Do tego dochodzi niekontrolowana suburbanizacja. Pandemia wypchnęła ludzi pod miasto, gdzie ceny mieszkań nie zabijają, ale gdzie transport zbiorowy praktycznie nie istnieje. Efekt? 75 proc. podróży z aglomeracji do dzielnic poza centrum odbywa się samochodami. S8, A2 i Most Grota-Roweckiego pękają w szwach, bo dla kogoś z Łomianek, Marek czy Nadarzyna samochód to nie luksus – to jedyna szansa na dotarcie do pracy.

Finansowa ściana

Najgorsze jest to, że wpływy z biletów pokrywają już tylko 25 proc. kosztów funkcjonowania transportu. Resztę – te brakujące 3,7 miliarda – dopłacamy z naszych podatków. Skoro płacimy coraz więcej za usługę, z której korzystamy coraz mniej chętnie, to znaczy, że model "wszystkie drogi prowadzą do centrum" przestał działać.

Warszawa potrzebuje połączeń obwodowych, metropolitalnego systemu biletowego, który objąłby wszystkie 70 gmin wokół stolicy (a nie tylko 30), oraz zrozumienia, że samochód w 2026 roku dla wielu mieszkańców jest po prostu jedynym racjonalnym narzędziem do zarządzania własnym życiem.