
Ostatnia afera z ruskim kretem w szeregach Terytorialsów to nie przypadek, to diagnoza. Kiedy służby cywilne muszą sprzątać po wojskowym kontrwywiadzie, a agenci Kremla uczą się obsługi Javelinów za nasze pieniądze, pora zapytać: czy stworzyliśmy formację obronną, czy darmowy poligon dla obcego wywiadu?
Ostatnia afera z rosyjskim szpiegiem, wyciągniętym niespodziewanie z szeregów Wojsk Obrony Terytorialnej, snuje się nad tą formacją jak ostry cień mgły. I żebyśmy się dobrze zrozumieli: to nie jest odosobniony incydent, który można zbyć wzruszeniem ramion. To jest ryk syreny alarmowej, którego nasze państwo zdaje się nie słyszeć od lat. Kiedy to się, do diaska, wreszcie skończy?
WOT. Szacunek dla munduru, pogarda dla naiwności
Zacznijmy od tego, co jasne: mam głęboki szacunek do tych wszystkich, którzy do WOT-u poszli z czystej, patriotycznej potrzeby. Do ludzi, którzy chcą bronić swoich sąsiadów, uczyć się rzemiosła, przeżyć przygodę. Oni są fundamentem, który niestety kruszeje pod ciężarem systemowej bylejakości. Obok nich bowiem, w tym samym szeregu, stanęli ludzie o motywacjach tak mętnych, że aż strach otwierać oczy.
Sprawa zatrzymanego szpiega to podręcznikowy przykład tego, jak ochrona kontrwywiadowcza w WOT leży i kwiczy. Facet obracał się w podejrzanym środowisku, produkował kuriozalne wpisy w sieci, wszyscy wiedzieli, że jest "dziwny". I co? I nikt nie połączył kropek.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zawinęła go cywilna Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW). Gdzie był kontrwywiad wojskowy? Gdzie była Żandarmeria? Jeśli cywilne służby muszą sprzątać sypialnię armii, to znaczy, że domownik śpi twardym snem, podczas gdy goście wynoszą srebra.
Specjaliści mówią o WOT: "nie będę ich uczył robienia bomb"
To nie są tylko moje domysły. Znam wysokiej klasy specjalistów, ludzi z branży, którzy mają unikalną wiedzę o materiałach wybuchowych i taktyce. Gdy dostają propozycję szkolenia WOT-u, odmawiają. Dlaczego? "Nie będę uczył robienia bomb ludzi, o których nic nie wiem i nie wiem, co z tą wiedzą zrobią" – usłyszałem od jednego z nich.
To jest przerażające. Fachowcy boją się szkolić formację, która ma nas bronić, bo nie ufają systemowi weryfikacji. Czym innym jest szkolenie regularnego żołnierza, który przeszedł sito zawodowej armii, a czym innym szkolenie amatora, który po weekendzie wraca do swojego życia, a my tak naprawdę nie wiemy, czy jego drugim życiem nie jest służba obcemu wywiadowi lub radykalnej bojówce.
Głośna sprawa z 2024 roku dotyczyła żołnierzy, którzy wynosili z magazynów gogle noktowizyjne i celowniki termowizyjne. Sprzęt trafiał na czarny rynek, a w niektórych przypadkach istniało podejrzenie, że odbiorcami byli pośrednicy pracujący dla grup przestępczych zza wschodniej granicy.
W konsekwencji SKW musiała wprowadzić drastyczne, wręcz upokarzające dla wielu uczciwych żołnierzy, procedury codziennego zdawania i ewidencjonowania najdrobniejszych elementów wyposażenia.
Państwo polskie zdaje się ciągle nie zauważać, że WOT jest silnie narażony na infiltrację. Ze względu na służbę blisko granicy (szczególnie podczas kryzysu na granicy z Białorusią), żołnierze WOT byli i są priorytetowym celem dla służb białoruskich i rosyjskich. Odnotowywano próby werbunku, szantażu (np. wobec osób mających rodziny na Wschodzie) oraz inwigilacji za pomocą mediów społecznościowych.
W historii formacji zdarzały się zatrzymania żołnierzy podejrzewanych o współpracę z obcym wywiadem lub wynoszenie dokumentów. Największym problemem jest jednak tzw. bezpieczeństwo informacyjne – amatorskie zdjęcia z poligonów czy radosne udostępnianie lokalizacji w aplikacjach treningowych, co pozwalało obcym służbom na mapowanie dyslokacji jednostek.
Media wielokrotnie pisały o tym, że przez sito rekrutacyjne WOT prześlizgiwały się osoby o poglądach skrajnie prawicowych, neonazistowskich lub z przeszłością kryminalną. Służba Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) musiała wielokrotnie czyścić szeregi z osób, które mundur traktowały jako przykrywkę dla działalności ekstremistycznej.
Na Lubelszczyźnie zatrzymano żołnierza, który w mediach społecznościowych, pod fałszywym nazwiskiem, prowadził narrację jawnie wspierającą działania Kremla, a jednocześnie brał udział w szkoleniach z obsługi wyrzutni Javelin. SKW namierzyła go dzięki analizie powiązań w zamkniętych grupach na Telegramie. Niektórzy żołnierze traktowali WOT jako darmowy kurs bojowy dla swoich prywatnych, paramilitarnych organizacji, które miały niejasne źródła finansowania.
Najpoważniejszy przypadek (szeroko komentowany w 2025 roku) dotyczył żołnierza pełniącego funkcję w logistyce jednej z brygad na ścianie wschodniej. Osoba ta przekazywała informacje o transportach sprzętu zmierzającego na Ukrainę oraz o lokalizacji magazynów paliwowych WOT.
Werbunek nie odbył się przez ideologię, ale przez długi hazardowe. Służby rosyjskie namierzyły żołnierza przez jego aktywność w internecie i zaoferowały mu "pomoc finansową" w zamian za zdjęcia dokumentów przewozowych. A WOT-owiec skorzystał.
Macierewiczowski bękart bez kontroli
Nie zapominajmy o korzeniach. WOT to twór Antoniego Macierewicza – projekt, który od początku pachniał fatalnie, bo miał być formacją podległą bezpośrednio ministrowi, z pominięciem generałów i Sztabu Generalnego. Mała, prywatna armia polityka. I choć minęły lata, a formacja przeszła dziesiątki reorganizacji, plany pełnego wcielenia WOT do struktur armii wciąż są pieśnią przyszłości.
Mamy więc w 2026 roku przedziwną sytuację: armia idzie w jedną stronę, a WOT w drugą. To formacja, która cierpi na kryzys tożsamości. Kiedy przychodzi powódź – noszą worki z piaskiem (i chwała im za to!). Ale jednocześnie szkoli się tam snajperów i specjalistów od dywersji. Czy to miały być oddziały lokalne broniące mojego bloku, czy elitarni komandosi na weekend? Próba zrobienia z WOT-u wszystkiego sprawia, że w rzeczywistości tracimy kontrolę nad tym, co tam się dzieje.
Przez lata oskarżano resort obrony o to, że WOT dostaje najnowocześniejszy sprzęt (np. gogle noktowizyjne, drony), podczas gdy zawodowe jednostki pancerne czy zmechanizowane operują na starym sprzęcie. Tworzyło to ogromne napięcia na linii zawodowcy – terytorialsi.
Zobacz także
Z tym wyposażeniem bywało też jednocześnie śmieszno i straszno. Terytorialsi dostali np. pistolety Vis 100, ale ktoś zapomniał dać im do nich kabury. Kupowali więc chińskie albo nosili klamki za paskiem. Kupiono im świetne gogle noktowizyjne MU-3 "Kos", monokulary czy celowniki termowizyjne. Wiele z nich zostało uszkodzonych i trafiały na miesiące do naprawy. Dostawali też kiepskie mundury i buty, więc chodzili we własnych…
Kiepsko było też z łącznością. Okazało się, że systemy łączności WOT nie zawsze "gadały" z systemami wojsk operacyjnych (np. starszymi modelami Harris czy stacjonarnymi radiostacjami w pojazdach). W razie wspólnych ćwiczeń dochodziło do absurdów, gdzie dowódca WOT musiał mieć dwa radia albo... dzwonić do kolegi z armii zawodowej przez komórkę (Signal/WhatsApp), bo szyfrowana łączność wojskowa odmawiała posłuszeństwa na styku dwóch różnych formacji.
Terytorialsi dostali też mnóstwo świetnych dronów, ale wiele z nich zostało w skrzyniach, bo raz że brakowało operatorów z odpowiednimi uprawnieniami, a dwa – spora część została zniszczona podczas ćwiczeń. Owszem, sprzęt się czasem niszczy, ale tu okazało się, że bez setek godzin na symulatorach, drogi sprzęt szybko kończy jako sterta kompozytu i elektroniki.
Finansowi turyści i pokonywanie systemu
I na koniec najbardziej gorzki aspekt: motywacja finansowa. Jechałem ostatnio pociągiem obok "pani żołnierz" z WOT. Przez godzinę głośno dyskutowała przez telefon nie o taktyce, nie o patriotyzmie, ale o tym, ile można wyciągnąć z wojska, jak najlepiej "wychorować" dodatki i jak oszukać system, żeby zarobić, a się nie narobić.
Oczywiście, tacy ludzie trafiają się wszędzie, także w regularnej armii. Ale w formacji ochotniczej, która ma być oparta na etosie, takie podejście jest jak rak. Państwo daje szpiegowi czy oportuniście grzmiącego kija, płaci za jego szkolenie i daje dostęp do informacji, a potem dziwi się, że ktoś to wykorzystuje przeciwko nam.
WOT. Czas przeciąć ten węzeł
Ile jeszcze szpiegów musimy wyłapać, żeby ktoś wreszcie zrozumiał, że WOT musi zostać w pełni wcielony do struktur armii zawodowej, poddany bezwzględnej weryfikacji SKW i pozbawiony politycznego parasola?
W 2026 roku nie stać nas na luksus posiadania "amatorskiej" armii, która jest dziurawa jak ser szwajcarski. Patriotyzm to nie tylko mundur na weekend – to przede wszystkim odpowiedzialność. A tej na szczytach dowodzenia WOT-em wciąż dramatycznie brakuje.
