
Kryptowaluty są dziś na ustach całej Polski. Wszystko przez upadek giełdy ZondaCrypto. Problem w tym, że niewiele osób tak na prawdę rozumie, o co chodzi w tej aferze, a tym bardziej jak działają cyfrowe aktywa i skąd bierze się fenomen technologii blockchain, na której są oparte. W tym tekście postaramy się wyjaśnić kryptoaktywa od podstaw.
Kryptowaluty otacza nimb tajemnicy. Mało kto tak naprawdę rozumie, jak działają i dlaczego są tak ważne dla współczesnego świata. Nim jednak przejdziemy do głównego tematu artykułu, cofnijmy się do roku 2008.
Jak powstały kryptowaluty? Bitcoin, czyli owoc kryzysu gospodarczego z 2008 roku
Kryptowaluty ("krypto" od kryptografii) nie są tak naprawdę niczym nowym. Ich korzenie sięgają lat 90. XX wieku. Ich kluczową ideą było i jest wyeliminowanie w wymianie handlowej pośredników. Konkretnie: banków.
Jednym z najważniejszych projektów, które dały podwaliny pod bitcoina, było B-money. Jego twórca, Wei Dai, chciał stworzyć zdecentralizowany system finansowy oparty na kryptografii. W 1998 roku publicznie zaprezentował swoją koncepcję. I szybko okazało się, że przełożenie teorii na praktykę nie jest łatwe.
Najważniejszą przeszkodą techniczną był problem tzw. podwójnego wydatku (double-spending). Brzmi skomplikowanie, ale w gruncie rzeczy chodziło o to, że system nie mógł zagwarantować, by ktoś nie zapłacił tymi samymi "b-money'ami" za dwa różne produkty.
Kolejnym ważnym przystankiem na drodze do stworzenia Bitcoina (BTC) był Bit Gold, projekt założony przez Nicka Szabo, który zaprojektował teoretyczną koncepcję zdecentralizowanej waluty cyfrowej.
Warto też wspomnieć o systemie Hashcash opracowanym przez Adama Backa, który wprowadził mechanizm proof-of-work (o czym za chwilę).
Wszystko to działo się pod koniec lat 90., a na Bitcoina musieliśmy jednak trochę poczekać. Dopiero w 2008 roku osoba lub grupa osób ukrywających się pod pseudonimem Satoshi Nakamoto opublikowała dokument opisujący zdecentralizowany system płatności elektronicznych o nazwie Bitcoin.
W wizji Nakamoto użytkownicy mieli po prostu wymieniać się wartością (wyrażoną w bitcoinach) bezpośrednio między sobą. Czyli tak samo jak w świecie realnym, gdy kupujemy coś za gotówkę. Oczywiście w tym przypadku to bank centralny wyemitował kawałek papieru z napisem "100 zł" i wizerunkiem polskiego króla, ale w samej transakcji już nie uczestniczy i właściwie nawet o niej nie wie.
Do momentu, gdy nie istniały kryptowaluty, w internecie wymiana wartości bez udziału banku wydawała się niemożliwa. Jasne, istniały bankowe przelewy elektroniczne, ale pośrednikiem w nich była tzw. strona trzecia, czyli bank.
Satoshi Nakamoto (na potrzeby tego tekstu uznajmy, że była to tylko jedna osoba) chciał więc stworzyć system finansowy, w którym swobodnie wymieniamy się bitcoinami w zamian za produkty i usługi: nie potrzebujemy banków czy innych pośredników.
Ktoś może powiedzieć, że brzmi to po prostu jak fanaberia jakiegoś fana teorii spiskowych, który obawia się światowych elit finansowych. To jednak nie tak.
By w pełni pojąć koncepcję Bitcoina (tym razem z dużej litery, gdyż mowa o projekcie, a nie samej walucie) musimy pojąć, co działo się w 2008 roku. Wybuchł wtedy poważny kryzys finansowy, który odsłonił wszelkie patologie systemu bankowego. Zaufanie do tego ostatniego spadło. Mało tego: jego "odpryskiem" był kryzys cypryjski z 2013 roku, który doprowadził do bezprecedensowych ograniczeń w dostępie do środków bankowych.
Tak, kryzys wieńczący pierwszą dekadę XXI w. pokazał, że środki w bankach nie zawsze są bezpieczne, a przynajmniej nie zawsze dostępne: możesz mieć na rachunku ogromną kwotę, ale władze mogą cię od niej stosunkowo łatwo "odciąć".
Zobacz także
Bitcoin kontra banki
Wróćmy więc do naszej opowieści o Bitcoinie. W 2009 roku Nakamoto uruchomił pierwszego w historii blockchaina (niedługo potem Nakamoto zniknął). Tak, wiemy, "blockchain" brzmi skomplikowanie, ale taki nie jest.
Słowo blockchain oznacza "łańcuch bloków" (z języka ang. "block" to blok, "chain" – łańcuch). I tym owa sieć płatnicza jest: łańcuchem złożonym z cyfrowych bloków, z których każdy jest "magazynem" przenoszącym kilka bitcoinów. Można porównać to do pociągu – w każdym wagonie znajduje się określona liczba cyfrowych monet (BTC).
Same bitcoiny to byłoby jednak za mało. Uzupełnia je tabliczka z historią transakcji, dzięki czemu wiadomo, kto komu wysłał teraz BTC. Gdy taki wagon się zapełni, zostaje zamknięty i doczepiony musi być kolejny.
Nie jest jednak tak, że do tego specjalnego pociągu dodać można byle jaki wagon: każdy nowy musi być idealnie połączony z poprzednim – musi mieć specjalny zaczep, który pasuje tylko do jednego konkretnego zaczepu przed nim. Dzięki temu nie da się wstawić nowego wagonu gdzieś w środku ani podmienić starego.
Ten bitcoinowy pociąg jest zresztą wyjątkowy także z innego powodu: stale obserwuje go mnóstwo ludzi na całym świecie. Każdy może mieć swoją kopię tej maszyny i pilnować, czy wszystkie elementy są tu właściwe. Jeśli ktoś próbowałby oszukać i zmienić coś w jednym wagonie, inni od razu by zauważyli, że coś się nie zgadza.
Kto jednak dodaje nowe wagony? Specjalne komputery, które stale "pracują" (wspomniane już proof-of-work) – rozwiązują trudne zadania matematyczne, które sprawiają, że udaje się stworzyć "ten właściwy" zaczep dla każdego nowego wagonu (to zabezpieczenie przed fałszerstwami).
A teraz przekładając to na bardziej poważny język: blockchain to sieć płatnicza, która transferuje BTC, ale zawiera też publicznie dostępną, niemodyfikowalną historie transakcji. Innymi słowy, każdy z nas może wejść na strony takie jak Blockchain.com i "poszperać" w historii przesyłów bitcoinów.
Przykładowo, jak widać na poniższym screenie, właściciel konta (adresu w blockchainie), które kończy się na "5np5" przesłał właścicielowi konta z zakończeniem "h7jn" ok. 10 bitcoinów. Miało to miejsce 28 kwietnia 2026 r. o godzinie 12:33.
Oznacza to, że blockchain oferuje wielką przejrzystość (nikt nie może cię okłamać, że wysłał przelew, jeżeli tego nie zrobił). Jednocześnie jednak system ten szanuje prywatność swoich uczestników, którzy funkcjonują w nim nie jako "Jan Kowalski" czy "John Smith", ale jako numery. Wspomniane już adresy w blockchainie (klucze publiczne) są odpowiednikami numerów rachunków w banku i niejako pseudonimami użytkowników.
W świecie blockchaina istnieją też klucze prywatne: to nic innego niż hasła, które dają nam dostęp do adresów (kluczy publicznych).
Podsumowując: klucz publiczny = odpowiednik numeru konta bankowego; klucz prywatny = odpowiednik hasła do konta bankowego. Blockchain gwarantuje więc zarówno przejrzystość, jak i prywatność.
Jeżeli nadal tego do końca nie rozumiecie, na pomoc spieszą Simpsonowie, którzy wiele lat przed InnPoland wyjaśnili, czym jest blockchain.
Po co są kryptowaluty? Komu to potrzebne?
Ktoś może jednak zapytać: z jakiego powodu miałbym korzystać z blockchaina? Jasne, można pozostać przy tradycyjnym koncie bankowym. Warto jednak rozumieć, jak działają nowe rozwiązania.
Bitcoin i blockchain mają tę przewagę nad "starą" bankowością, że oddają użytkownikowi pełnię władzy nad środkami. O ile konto bankowe może zostać zablokowane (np. decyzją polityczną czy w wyniku wybuchu wojny czy kryzysu – by nie doszło do tzw. runu na banki, czyli masowego wypłacania pieniędzy), tak nikt nie jest w stanie przejąć Twoich bitcoinów.
Jest jeden warunek: Twoje klucze prywatne są prywatne. Jeśli się nimi z kimś podzielisz, to tak, jakbyś oddał mu hasło do swojego konta bankowego. Środki mogą zniknąć szybciej niż wypowiesz słowo "cyberbezpieczeństwo". O ile jednak klucze prywatne pozostają prywatne, nikt nie zablokuje Ci dostępu do Twoich bitcoinów, bo po prostu nie ma jak.
Blockchain jest więc najbezpieczniejszą formą przechowywania kapitału, ale pod jednym warunkiem: posiadacz bitcoinów przechowuje klucze prywatne we właściwy sposób.
To ważna informacja, która powinna siię znaleźć w słynnym już rządowym poradniku na sytuacje kryzysowe. Transportowanie klucza prywatnego jest banalnie proste: wystarczy zapisać na małej kartce papieru szereg cyfr i liter. To o wiele łatwiejsze niż ucieczka z miejsca zamieszkania ze sztabkami złota czy drogą biżuterią. Nie wspominając o gotówce. O ile, podkreślmy to jeszcze raz, ktoś potrafi bezpiecznie zabezpieczyć klucz prywatny!
Bitcoin i jego technologia demokratyzują też dostęp do posiadania "konta" – każdy może założyć swój adres (konto) w blockchainie: wystarczy parę kliknięć w specjalnej aplikacji czy na stronie internetowej (w praktyce chodzi jedynie o wyemitowanie kluczy prywatnego i publicznego).
O co chodzi w aferze ZondaCrypto? Wielki błąd, jaki popełnili klienci
Na koniec warto powrócić do początku tego artykułu: tak, dziś niemal cała Polska mówi o kryptowalutach, ale w kontekście upadku giełdy ZondaCrypto. Wyjaśnijmy więc na koniec, dlaczego jej klienci są dziś poszkodowani. Przecież, jak twierdzi autor tych słów, to tak wspaniała technologia!
Właściwie wynika to z tego, co można przeczytać powyżej: kryptowaluty (nie tylko bitcoiny) należy dla własnego bezpieczeństwa zawsze (!!!) przechowywać w swoim własnym adresie ("koncie"), do którego posiadamy klucz prywatny. Deponując cyfrowe aktywa na giełdzie – a właśnie ten błąd popełnili poszkodowani w aferze ZondaCrypto –niejako oddajemy je pod cudzą kontrolę. A więc zamiast uniezależniać swój kapitał od osób i instytucji, robimy coś odwrotnego, przed czym chciał nas uchronić Nakamoto.
Giełda powinna służyć jedynie do kupowania i sprzedawania kryptowalut – to nie alternatywa dla portfela, a już tym bardziej dla banku czy konta maklerskiego.
W przypadku ZondaCrypto mieliśmy zresztą do czynienia z większym problemem: jak parę dni przed upadkiem tej giełdy przyznał jej prezes, Przemysław Kral, od kilku lat nie dysponowała ona kluczami prywatnymi do swoich "żelaznych" zapasów bitcoinów. W efekcie, gdy doszło do masowych wypłat kryptowalut klientów, giełdzie nagle zabrakło środków na dalsze funkcjonowanie (i dalsze wypłaty).
Sprawę badają dziś śledczy, więc za jakiś czas zapewne dowiemy się więcej.
Kryptowaluty, czyli coś, czemu warto dać szansę
Kryptowaluty i technologia blockchain nie są oczywiście cudownym lekarstwem na wszystkie problemy współczesnych finansów. Nie są też jednak modą, która szybko przeminie. To narzędzia, które – odpowiednio używane – mogą zwiększyć naszą niezależność i kontrolę nad własnymi środkami. Jednocześnie wymagają one większej odpowiedzialności i świadomości niż tradycyjna bankowość. Banki od lat edukują klientów, by nie podawali nikomu hasła do swojego konta bankowego. Inwestujący w kryptowaluty muszą tego uczyć się sami.
Historia Bitcoina pokazuje, że powstał jako odpowiedź na realne problemy systemu finansowego. I choć nie jest rozwiązaniem idealnym, to z pewnością zmienił sposób, w jaki myślimy o pieniądzu, zaufaniu i roli pośredników w gospodarce.
