osoba kopiąca przy pomocy łopaty na tle pożaru lasu
Wielki zryw nad melioracyjnym rowem. System zawodzi, więc Polacy biorą łopaty w ręce Fot. K / Pexels / Egor Vikhrev / Unsplash / Montaż: INNPoland.pl

Polska wysycha, a jednym z głównych winowajców są błędy sprzed lat: sieć rowów melioracyjnych, które skutecznie wypompowały wodę z lasów i mokradeł. Choć społecznicy ruszyli do walki o każdą kroplę, zachęcając Polaków do oddolnego działania, sam entuzjazm i łopaty to za mało. Istnieją bowiem mechanizmy osuszania kraju, których nie powstrzymają nawet najlepsze chęci.

REKLAMA

Alert RCB o suszy hydrologicznej na początku maja trafił do ośmiu województw. Kiedy to piszę, trwa jeszcze walka z pożarem Puszczy Solskiej na Lubelszczyźnie. Polska ponownie mierzy się z problemem niedoboru wody w glebie. To konsekwencje osuszenia terenów dla gospodarki leśnej i rolnej, aby w czasach PRL zmaksymalizować produkcję. Teraz Polacy ruszają do odczyniania zniszczeń, zaczynając od zasypywania rowów melioracyjnych.

Polacy zasypują rowy

O konieczności zasypywania rowów melioracyjnych mówi się od lat. Lasy Państwowe prowadzą program "Mała retencja w Lasach Państwowych" do gromadzenia wody w miejscach zagrożonych suszą.

Teraz i zwykli obywatele biorą sprawy w swoje ręce. Organizacje pozarządowe działają lokalnie, zasypując rowy w rezerwatach. Jak informuje przedstawiciel Wolnych Rzek w wywiadzie z OKO.Press, ich inicjatywa spotyka się z pozytywnym odbiorem społeczeństwa. Aktywiści nie dostali jednak formalnej odpowiedzi od urzędu w ich rodzimym Nadleśnictwie Janów Lubelski, która pozwoliłaby im działać formalnie.

Na miejscu pożaru Puszczy Solskiej pracują Lubelskie Towarzystwo Ornitologiczne i Fundacja Dzika Rzeka. Obie organizacje proponowały urzędnikom, że mogą we własnym zakresie zająć się zasypywaniem rowów. Na terenie Puszczy Solskiej jest kilkanaście tysięcy kilometrów takich wykopów, które odwadniają cenne przyrodniczo tereny. Z roku na rok takie miejsca w Polsce, dotknięte przesuszoną glebą, zwiększają ryzyko pożarowe.

"Kryzys wodny mamy częściowo na własne życzenie – i jako sytuację kryzysową trzeba ten stan traktować. Zasypanie rowów odwadniających lasy i mokradła to konieczność na wczoraj!" – czytamy w jednym ze wpisów Wolnych Rzek na mediach społecznościowych.

Ile w Polsce jest rowów melioracyjnych i kto za nie odpowiada?

W całej Polsce mamy około 400 tysięcy kilometrów rowów melioracyjnych. To dystans czterokrotnie większy niż łączna długość wszystkich naszych rzek. Dokładniejsza inwentaryzacja jednak nie istnieje – obiekty te często są „duchami” na mapach, pomijanymi w oficjalnych rejestrach. Przedstawiciele organizacji pozarządowych podkreślają, że zasypywanie tych sztucznych kanałów lub stawianie na nich prostych zastawek to proces tani i technicznie nieskomplikowany. Wyzwaniem pozostaje jedynie logistyka i skala przedsięwzięcia. Stąd coraz głośniejszy apel społeczników: czas, by Polska masowo "chwyciła za łopaty".

Kto mógłby się temu sprzeciwić? Wbrew pozorom, najmniej do powiedzenia mają tu Wody Polskie. Instytucja ta już w ubiegłym roku – podczas gorącej debaty o wysychaniu kraju – kategorycznie odcięła się od tematu.

"Zgodnie z przepisami prawa, utrzymanie urządzeń melioracji wodnej należy do właścicieli gruntów lub spółki wodnej działającej na terenie gminy. Odpowiedzialność za drożność i stan rowów spoczywa więc na władzach lokalnych lub właścicielach gruntów" – brzmi oficjalne stanowisko.

W praktyce oznacza to wygodny pat legislacyjny. Właściciele gruntów mogą traktować każdą próbę zatrzymania wody jako samowolę i niszczenie mienia. Z kolei Wody Polskie, zasłaniając się literą prawa, twierdzą, że nie mają kompetencji, by decydować o losie nieszczęsnych rowów. Efekt? Klasyczne "odbijanie piłeczki", podczas gdy woda, zamiast zasilać nasze lasy i pola, bezpowrotnie ucieka do Bałtyku.

Betonowa pułapka: place budowy "wypijają" rzeki

Nawet jeśli udałoby nam się zasypać każdy rów melioracyjny w kraju, problem wysychających gruntów nie zniknie. Na horyzoncie mamy bowiem innego, potężnego przeciwnika: gwałtowną urbanizację. W mojej rodzimej Warszawie leśnicy i hydrolodzy wskazują budowę nowych osiedli oraz domów jednorodzinnych jako największe zagrożenie dla rzek mniejszych niż Wisła.

Mechanizm jest prosty i bezlitosny: tam, gdzie powstaje gęsta zabudowa, konieczne jest głębokie odwadnianie wykopów. To drastycznie obniża poziom wód gruntowych, sprawiając, że małe rzeki tracą swoje naturalne zasilanie i same zmieniają się w... rowy melioracyjne. Idealnie (i tragicznie) pokazuje to przykład rzeki Długiej. O problemie jej zanikania od miesięcy alarmują mieszkańcy w mediach społecznościowych. Jak twierdzą, do ogólnopolskiej suszy "swoją cegiełkę" dołożyły okoliczne place budowy.

– W ubiegłym roku wyciągałem z koryta ryby wiaderkiem, bo siedziały w ostatniej kałuży – mówi mi jeden z okolicznych mieszkańców, prosząc o zachowanie anonimowości. – Jest niemal pewne, że w tym roku sytuacja się powtórzy – dodał.

logo
Ryby i płazy odratowane przez rozmówcę INNPoland z rzeki Długiej podczas suszy w 2025 roku. Fot. zdjęcie otrzymane od rozmówcy.

Podobny, choć mniej widoczny na pierwszy rzut oka efekt wywołują powstające w Polsce centra danych. Ten problem szczegółowo opisała Sylwia Czubkowska w swojej książce "Bóg Techy". Gigantyczne serwerownie, niezbędne do obsługi chmury czy trenowania modeli AI, to w rzeczywistości potężne systemy chłodzenia, które pochłaniają ogromne ilości wody.

Działając jak technologiczne pompy, centra te drenują lokalne zasoby i drastycznie obniżają poziom wód gruntowych. W efekcie, gdy my cieszymy się z cyfrowego postępu, środowisko płaci za niego najwyższą cenę – cenę wody, której zaczyna brakować nie tylko w rzekach, ale i głęboko pod ziemią.