Strażacy na tle pożaru śmieci.
Termiczna utylizacja niewygodnych dowodów, odpadów, budynków... mafia śmieciowa ogrywa państwo i prokuraturę Fot. FotoDax / Shutterstock.com / Saravanan Narayanan / Unsplash / Montaż: INNPoland.pl

Ledwo dym uniesie się nad halą w Gliwicach czy magazynem w Warszawie, a w sieci już huczy od teorii o celowym działaniu. To nie paranoja, to lekcja wyciągnięta z dekad "szczęśliwych zbiegów okoliczności". Dlaczego Polacy przestali wierzyć w przypadkowe zwarcia instalacji i co na to dane straży pożarnej?

REKLAMA

Nad dawną gliwicką fabryką drutu jeszcze wisi dym, strażacy dogaszają pogorzelisko, a lokalne fora już zapłonęły od doniesień, że to nie był "zwykły" pożar. Że ta sytuacja się komuś bardzo opłaci. I nad tymi doniesieniami można byłoby przejść do porządku dziennego, gdyby nie fakt, że takie sytuacje zdarzają się niezwykle często. Problem robi się coraz bardziej palący, bo bezczelność wielu przedsiębiorców i deweloperów jest rażąca.

Wiecie, że statystycznie pożary w zakładach przemysłowych i na wysypiskach lubią wybuchać w długie weekendy. Dlaczego? Bo służby pracują w okrojonym składzie, a reakcja straży pożarnej może być o kilka cennych minut wolniejsza. Czy to przypadek, że mamy do czynienia z kolejnym niepodziewanym wybuchem ognia właśnie z końcem majówki?

W Polsce "czerwony kur" stał się specyficznym narzędziem optymalizacji biznesowej. Skala problemu jest poważna, bo dotyka nie tylko gospodarki, ale i naszego bezpieczeństwa oraz zdrowia.

Wysypiska, czyli "termiczna utylizacja kosztów"

To najbardziej klasyczny przypadek, częsty i niezwykle opłacalny. Kiedy składowisko odpadów (często niebezpiecznych lub opon) jest pełne, a koszty legalnej utylizacji idą w miliony, nagle – zazwyczaj w nocy lub w weekend – pojawia się iskra.

Najgorszym rokiem pod tym względem był 2018. W Polsce odnotowano wtedy ponad 240 pożarów wysypisk i składowisk odpadów, z czego ogromna część została uznana za podpalenia lub "niewyjaśnione zaprószenie ognia".

Czy to zaskakuje? Legalna utylizacja jednej tony odpadów niebezpiecznych to koszt rzędu 800 –1500 zł. Składowisko mieszczące 10 000 ton to potencjalny koszt 10–15 mln złotych. Pudełko zapałek kosztuje 50 groszy. Dla nieuczciwego przedsiębiorcy rachunek jest prosty. Ogień "czyści" dokumentację i zwalnia miejsce na nowe transporty.

Najgłośniejszy w 2018 roku był pożar w Zgierzu, gdzie płonęły odpady sprowadzone m.in. z Wielkiej Brytanii i Niemiec. Słup dymu był widoczny z kilkudziesięciu kilometrów.

Po serii pożarów w 2018 roku zaostrzono przepisy (monitoring wizyjny, kaucje na rekultywację), co nieco wyhamowało ten proceder, ale "śmieciowa mafia" nadal potrafi być o krok przed inspektorami.

"Samozapłony" zabytków, czyli deweloperska magia

To zjawisko doczekało się nawet sarkastycznego określenia: pożar deweloperski. Mechanizm jest prosty: stoi stara kamienica lub fabryka, konserwator zabytków nie zgadza się na wyburzenie, a działka w centrum miasta jest warta fortunę.

Fenomen samozapłonów starych budynków najczęściej występował w Łodzi i Warszawie. Stare fabryki w Łodzi "płonęły pod inwestycje" regularnie. W Warszawie głośne były przypadki zabytkowych willi (np. w Konstancinie czy Milanówku), które płonęły tuż przed lub tuż po wpisaniu do rejestru.

Budynek po pożarze często nie nadaje się do remontu, nadzór budowlany nakazuje rozbiórkę ze względów bezpieczeństwa i... voilà! Działka jest czysta, a za dwa lata stoją na niej apartamentowce z ceną 30 tys. za metr.

W świecie konserwatorów zabytków istnieje smutny żart o budynkach, które "popełniają samobójstwo". Najczęściej płoną te, które:

  1. Właśnie zostały wpisane do rejestru zabytków (co blokuje modernizację).
  2. Mają nieuregulowany stan prawny i wielu spadkobierców (ogień "ułatwia" negocjacje).
  3. Stoją na działce, dla której właśnie zmieniono Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego na "usługowo-mieszkaniowy".

Płonie stodoła, płonie magazyn

W Polsce często płoną też firmowe magazyny. Akurat najczęsiej wtedy, gdy są pełne towarów, które się nie sprzedają lub których termin.

Pożar pozwala na wypłatę odszkodowania z ubezpieczenia. To klasyczne oszustwo ubezpieczeniowe, z którym firmy detektywistyczne pracujące dla ubezpieczycieli walczą od lat.

Czy ktoś za to siedzi?

To najsmutniejszy punkt naszej wyliczanki. Skuteczność skazań w sprawach o wielkie pożary składowisk jest w Polsce frustrująco niska. Ogień niszczy ślady, biegli z zakresu pożarnictwa często muszą orzekać na podstawie zwęglonych resztek. Najczęstsza oficjalna przyczyna? Zaprószenie ognia przez osoby trzecie (bezdomnych) lub zwarcie instalacji elektrycznej.

W procesach sądowych i śledztwach wyłaniają się trzy główne grupy:

  1. "Słupy" i recydywiści: najczęściej zatrzymywanymi osobami są bezpośredni sprawcy – ludzie z marginesu społecznego lub drobni przestępcy, którzy za kilkaset złotych lub "flaszkę" rozlewają benzynę. Oni rzadko wiedzą, kto jest prawdziwym zleceniodawcą.
  2. Przedsiębiorcy w kłopotach: właściciele firm, którzy przeliczyli się z kosztami. Kiedy inspekcja środowiska (WIOŚ) zapowiada kontrolę, a magazyn jest pełen nielegalnych substancji, ogień staje się "wyjściem awaryjnym".
  3. Deweloperzy i "czyściciele": w przypadku zabytków rzadko pali sam właściciel. Częściej są to wynajęte grupy, które mają za zadanie doprowadzić budynek do stanu "śmierci technicznej", by nadzór budowlany wydał zgodę na rozbiórkę.

Niby wszyscy wiedzą, na czyje zlecenie spłonął budynek lub wysypisko, ale służby nie mogą tego udowodnić. Procesy tego typu ciągną się latami. Częściej kończy się na karach administracyjnych dla firm za niewłaściwe składowanie odpadów, co dla właścicieli spółek-krzaków i tak jest nieściągalne.

W przypadku zgierskiego pożaru, po wieloletnim procesie zapadły wyroki więzienia dla osób zarządzających składowiskiem (od 1,5 do 2 lat bezwzględnego więzienia). To jeden z nielicznych przypadków, gdzie udało się dowieść winy zarządcom.

W 2022 roku zapadł nieprawomocny wyrok skazujący osoby zarządzające składowiskiem (Green-Tec Solutions). Prezes spółki i inne osoby usłyszały wyroki od roku do dwóch lat więzienia, ale głównie za nielegalne składowanie odpadów, które doprowadziło do zagrożenia, a nie za samo podpalenie (którego bezpośrednich sprawców często nie udaje się złapać za rękę).

Jeden z najgłośniejszych procesów dotyczących podpaleń składowisk w Polsce dotyczył Nowin koło Kielc. To sprawa, która w środowisku prawniczym i strażackim jest podawana jako rzadki przykład sukcesu organów ścigania.

W kwietniu 2020 roku doszło do potężnego pożaru nielegalnego składowiska chemikaliów przy ul. Perłowej w Nowinach. Płonęły setki beczek z toksycznymi odpadami (lakiery, rozpuszczalniki).

W 2023 roku Sąd Okręgowy w Kielcach utrzymał w mocy wyrok skazujący dla dwóch bezpośrednich sprawców. Dwaj mężczyźni (Patryk B. i Patryk B.) zostali skazani na 3,5 roku oraz 3 lata bezwzględnego więzienia.

Skazano ich za sprowadzenie zdarzenia zagrażającego życiu i zdrowiu wielu osób. Kluczowym dowodem był monitoring, który zarejestrował ich w pobliżu hałdy opon na chwilę przed wybuchem ognia.

O wiele więcej spraw nie kończy się żadnym wyrokiem. Świetnym przykładem może byc willa przy ul. Kieleckiej w Warszawie: Płonęła wielokrotnie. Choć policja zatrzymywała osoby podejrzane o podpalenia, zazwyczaj kończyło się na zarzutach dla "bezdomnych", a nie zleceniodawców.

Podobne przykłady z całej Polski można mnożyć. Zabytkowe tereny Starej Rzeźni w Gdańsku płonęły kilkakrotnie na przestrzeni lat. Deweloperzy często odpierają zarzuty, twierdząc, że to wynik braku zabezpieczenia obiektu przez miasto lub wandali.

Obecnie toczą się śledztwa prowadzonych przez Prokuraturę Regionalną w Katowicach (sprawa Siemianowic Śląskich z maja 2024, gdzie po pożarze 10 tys. ton chemikaliów zatrzymano już kilka osób z tzw. mafii śmieciowej). To tam obecnie zapadają najważniejsze decyzje procesowe.

Czy to się zmieni?

Cóż, System prawny w Polsce przez lata był dziurawy. Dopiero niedawno wprowadzono system SENT, obejmujący m.in. monitorowanie przewozu odpadów (jak paliw). Są w końcu obowiązkowe kaucje. Firmy muszą wpłacić pieniądze na wypadek konieczności utylizacji lub gaszenia. W planach jest też monitoring online: straż pożarna ma mieć podgląd na żywo do składowisk.

Mimo to, pomysłowość przestępców rośnie. Zamiast podpalać całe wysypisko, inicjują "małe pożary", które niszczą tylko najbardziej obciążającą dokumentację lub najbardziej toksyczne beczki.

Komentarze pod tekstem o Gliwicach to więc nie "teorie spiskowe", ale zbiorowa pamięć narodu, który widział już zbyt wiele "szczęśliwych zbiegów okoliczności" z ogniem w roli głównej. Dopóki kary nie będą wyższe niż potencjalne zyski z pożaru, ogień pozostanie najtańszym "sprzątaczem" w polskim biznesie.