
Niespełna 300 mieszkańców Ostaszowa na Dolnym Śląsku przeżywa właśnie urzędowy koszmar. Decyzja o wpisaniu miejscowości do rejestru zabytków zamroziła remonty i zablokowała budowy nowych domów. Zdesperowani ludzie mówią wprost: urzędnicy chcą z ich domów zrobić żywy skansen, w którym nie da się normalnie żyć.
Powrót z emigracji do ukochanej ojczyzny miał być początkiem nowego, spokojnego rozdziału. Zamiast tego przyniósł brutalne zderzenie z machiną konserwatorską. W reportażu Polsat News mieszkańcy małej wsi pod Legnicą ujawniają, jak z dnia na dzień odebrano im prawo do decydowania o własnych dachach, oknach, a nawet... podwórkach.
Trzy lata mieszkania z teściami i działka budowlana obok, której nie można tknąć. To rzeczywistość pana Janusza, jednego z bohaterów głośnego materiału o Ostaszowie. Procedura wpisania wsi do rejestru zabytków skutecznie paraliżuje tam życie młodych ludzi.
Mieszkańcy Ostaszowa walczą z dolnośląskim konserwatorem zabytków
Ostaszów to niewielka, niezwykle urokliwa miejscowość na Dolnym Śląsku, położona niedaleko Legnicy, w której mieszka niespełna 300 osób. Od niemal stulecia czas płynie tu swoim rytmem, a unikalna architektura zachwyca historyków. Jednak nad głowami mieszkańców zebrały się czarne, urzędnicze chmury.
Jak wynika z reportażu programu "Interwencja", we wsi wybuchł ostry protest przeciwko planom wpisania całej miejscowości do rejestru zabytków. Zdesperowani ludzie boją się gigantycznych kosztów, biurokracji i zakazu budowy nowych domów.
– Dowiedzieliśmy się o tym 9 lutego z tablicy ogłoszeń. Ja i mieszkańcy byliśmy zaskoczeni. Wstrzymani jesteśmy od jakichkolwiek remontów domów czy zmian w ogrodach – przyznaje w rozmowie z Polsat News Sylwia Mazur, sołtyska Ostaszowa.
To kolejna odsłona zjawiska, o którym mówi się od lat: absurdów utrudniających życie. Przykład? Rolnik nie sprzeda obranej marchewki, bo to dla urzędników "produkcja przemysłowa". Brukseli się to nawet nie śniło – to wytwór naszej rodzimej biurokracji.
Unikat z lat 30. kontra operacyjna rzeczywistość
Miejscowość powstała na początku lat 30. XX wieku jako modelowa osada rolna. Ponad 40 domów o unikalnych, charakterystycznych dachach i wspólnych budynkach mieszkalno-gospodarczych tworzy rzadko spotykany w Polsce układ rozproszony.
Wyjątkowość tego miejsca potwierdza Grzegorz Grajewski z Narodowego Instytutu Dziedzictwa we Wrocławiu, który na polecenie konserwatora przygotował specjalne studium ochrony wartości kulturowych. Ekspert podkreśla, że Ostaszów to cenny wzorzec budownictwa wiejskiego, a podobnych miejsc w kraju zostało już niewiele.
Mieszkańcy doskonale to rozumieją i od pokoleń sami, z własnej woli, dbali o wizerunek wsi. Problem polega na tym, że oficjalne wpisanie do rejestru zabytków drastycznie zmienia reguły gry, nakładając na ludzi ogromne obciążenia finansowe.
Powrót z Holandii w pułapkę
Sołtyska wsi półtora roku temu wróciła z rodziną do Polski po 18 latach spędzonych w Holandii. Chciała odnowić kupiony dom, zrobić nową elewację i odświeżyć drzwi stodoły. Ruszyła jednak procedura urzędowa i wszelkie prace zostały administracyjnie zablokowane.
– Nigdy bym się nie spodziewała, że jak zjadę do kraju, to takie schody mnie czekają – opowiada Mazur. – Jak chcę wymienić okna, to biorę pod uwagę styl mojego wiejskiego domu i ono kosztuje 1500 zł. A te narzucone przez konserwatora kosztują 4000 zł! I nie będzie mógł go wstawić mój mąż, tylko specjalistyczna firma. To wszystko naszym kosztem.
Zobacz także
Grys zamiast chodnika i strach przed ruiną
Mieszkańcy Ostaszowa otwarcie alarmują, że efekt decyzji konserwatora będzie odwrotny do zamierzonego: budynki zaczną popadać w ruinę, bo przeciętnych rodzin zwyczajnie nie będzie stać na luksusowe materiały.
Ludzie boją się, że za chwilę urzędnicy zmuszą ich do demontażu anten satelitarnych czy nowoczesnego oświetlenia zewnętrznego, bo "nie ma ich w oryginale". Do końca czerwca, na czas trwania postępowania, obowiązuje całkowity zakaz jakichkolwiek prac budowlanych.
Absurdalne sytuacje mnożą się na każdym kroku. Pani Genowefa i pan Waldemar musieli rozebrać starą wiatę, która groziła zawaleniem. Nowej postawić nie mogą, więc przygotowane na zimę drewno opałowe niszczeje pod gołym niebem, bo urzędnikom na spotkaniu nie podobały się m.in. współczesne płoty, które nie są wykonane z drewna.
Kolejna mieszkanka, pani Marta, od miesięcy zmaga się z przeciekającym dachem na werandzie – bez drogiego projektu i zgody z Wrocławia nie może ruszyć z naprawą.
Kwintesencją urzędniczego podejścia stała się sprawa drogi w centrum wsi. Mieszkańcy chcieli położyć estetyczną i funkcjonalną kostkę brukową. Konserwator kategorycznie zabronił i nakazał wysypanie nawierzchni grysem (drobnym żwirem). – Taki grys wysypywali tu 100 lat temu – komentuje z żalem sołtyska wsi.
Państwo polskie ma dwa standardy ochrony
Cała historia Ostaszowa nabiera szczególnie gorzkiego smaku, gdy zestawić ją z głośnymi sprawami spod znaku "wielkich inwestorów". W jednym miejscu zwykła rodzina nie może wymienić okien, w drugim, na sztucznej wyspie w środku Puszczy Noteckiej powstało średniowiecze z betonu i smartzamek dla bogatych. To zresztą nie tylko Stobnica – w Polsce stoi 5 koszmarnych zamków, przy projektowaniu których architekt płakał.
Wniosek nasuwa się sam: gdy stać cię na drogich prawników, betonowy gargamel na obszarze Natura 2000 dostaje wszystkie zgody. Gdy chcesz tylko wymienić okna w domu na wsi – odbijasz się od ściany.
Najpoważniejszym skutkiem ubocznym decyzji urzędu jest jednak całkowite zablokowanie rozwoju demograficznego Ostaszowa. Wpis do rejestru w wielu miejscach uniemożliwi wznoszenie nowych budynków, co uderza w młode pokolenie.
Urzędnik chowa głowę w piasek
Co na to druga strona konfliktu? Mieszkańcy Ostaszowa czują się całkowicie zignorowani, a w całej sprawie panuje informacyjny chaos. Po stronie ludzi stanęły lokalne władze.
Dolnośląski Konserwator Zabytków postanowił jednak odciąć się od trudnych pytań. Jak podkreślają reporterzy programu "Interwencja", urzędnik mimo oficjalnych zapewnień swojego biura nie oddzwonił do redakcji. Nie znalazł dla dziennikarzy czasu również wtedy, gdy ekipa programu osobiście pojechała do jego wrocławskiej siedziby.
Mieszkańcy zapowiadają, że nie odpuszczą. Chcą chronić swoją wieś, ale nie zgadzają się na dyktat, który cofa ich standard życia o sto lat wstecz. – My nie jesteśmy skansenem, chcemy po prostu żyć po swojemu – podsumowują zdesperowani dolnoślązacy.
Źródło: Polsat News
