
W sieci wrze po filmie pewnego dewelopera, który z dumą prezentuje ściany o grubości 8 centymetrów. Dzięki temu prostemu trikowi oszczędza fortunę, ale internauci nie zostawiają na nim suchej nitki. To nagranie to woda na młyn dla krytyków patodeweloperki, zwłaszcza w obliczu rządowych zapowiedzi ukrócenia manipulacji przy metrażu mieszkań.
Ściana niewiele grubsza od dwóch płyt gipsowo-kartonowych? Taką "poradę" dla branży opublikował pewien deweloper, wywołując prawdziwą burzę w sieci. Choć technologia nie jest nowa, emocje sięgnęły zenitu przez niedawną zmianę prawa. Od lutego 2026 roku obowiązują przepisy, według których powierzchnia pod ścianami działowymi nie wlicza się już do metrażu użytkowego mieszkania.
Czy można stawiać tak cienkie ściany?
Deweloper w swoim nagraniu tłumaczy, jak zamiana 18-centymetrowych pustaków na 8-centymetrowe ścianki działowe pozwala mu "odzyskać" cenne centymetry na sprzedaż. Jak wyliczył, przy inwestycji liczącej 4 tys. metrów kwadratowych i 89 mieszkań, ta jedna decyzja pozwoliła mu zarobić dodatkowe kilkaset tysięcy złotych.
Reakcje w sieci są – jak przy każdym deweloperskim pomyśle – skrajne: od fali oburzenia i hejtu, po wzruszenie ramion i komentarze w stylu: "przecież robią to od lat, nawet w segmencie premium".
Nie wchodząc w dyskusję o tym, gdzie kończy się optymalizacja, a zaczyna patodeweloperka, ci drudzy mają sporo racji. Co na to przepisy? W kwestii ścian działowych – właściwie nic. "Wolnoć Tomku w swoim domku", dopóki nie ingerujesz w konstrukcję nośną budynku. W sieci skargi na zbyt cienkie ściany są stare jak sam internet, choć warto zauważyć, że standardem wcale nie są pustaki 18 cm, o których mowa w nagraniu. Powszechnie stosuje się ściany o grubości ok. 12 cm (plus tynk).
Przeglądając poradniki remontowe, łatwo zauważyć, że grubsze ściany zaleca się głównie ze względu na izolację akustyczną. Rozwiązania rzędu 7–8 cm pojawiają się tam jako opcja dla oszczędnych, walczących o każdy centymetr przestrzeni. W tym kontekście bohater nagrania faktycznie przedstawił branżowy klasyk. Inna sprawa, że chwalenie się tym publicznie budzi zrozumiały niesmak – zwłaszcza w obliczu niedawnych zmian prawnych, które miały ukrócić deweloperską żonglerkę metrażem.
Zobacz także
Dlaczego ludzie złoszczą się o ściany wewnętrzne?
Trochę inaczej odbieramy takie "sztuczki", jeśli to nie my oszczędzamy na remoncie, a wręcz dopłacamy za ściany cieńsze od niektórych drzwi z framugą. Nagranie dewelopera zostało negatywnie odebrane po tym, jak 13 lutego br. weszła nowelizacja ustawy o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego.
Przepisy powstały w reakcji na patologiczną praktykę pewnych deweloperów, naliczających powierzchnię pod ścianami działowymi jako powierzchnię użytkową mieszkania na sprzedaż. Jak pisaliśmy na INNPoland, minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz nazywała tę praktykę "sprzedażą pseudometrów".
Wedle nowelizacji od lutego cena lokalu lub domu jednorodzinnego ma być określana jako iloczyn mkw. powierzchni użytkowej przedmiotu umowy oraz ceny za mkw. powierzchni użytkowej, obliczanej zgodnie z zasadami zawartymi w normach dotyczących określania i obliczania powierzchni w budownictwie w Polsce.
Tak więc nietrudno o skojarzenie, że odchudzanie ścian działowych jest krokiem do unikania przepisów, ale ten pomysł nie powstał, aby obejść najnowsze przepisy. To myk krojący nasze pieniądze od dawna.
