
Przez lata branża nieruchomości karmiła nas bajkami o "nieustannie rosnącym popycie" i "mieszkaniach, które zaraz znikną". Od dawna było wiadomo, że w mieszkaniówce mamy do czynienia z patologiami i sztucznym pompowaniem cen. Odpalony właśnie rejestr cen transakcyjnych pokazał, że mieszkania w Polsce wcale nie są warte tyle, ile wmawiają nam reklamy deweloperów i fliperzy.
To moment przełomowy, na który czekali wszyscy marzący o własnym "M". Do tej pory rynek nieruchomości przypominał grę w pokera ze znaczonymi kartami. Ty wchodziłeś na portal ogłoszeniowy i widziałeś ceny z kosmosu. Pośrednik mówił: "Bierz pan, bo jutro będzie drożej". I brałeś, bojąc się, że stracisz szansę życia.
Teraz karty zostały wyłożone na stół, a tezy stawiane przez takie inicjatywy jak "Deweloperuch" znajdują potwierdzenie w twardych danych państwowych.
Ceny mieszkań. Płacimy tysiące mniej, niż myślimy, że płacimy
Dane, które właśnie ujrzały światło dzienne, dla wielu mogą być szokiem. Ale same ceny, które znajdują się w Rejestrze Cen Nieruchomości to dopiero początek. To narzędzie działa już od jakiegoś czasu, ale pierwotnie dostęp do niego był płatny. To zaskakujące, wszak wszystko powstało za pieniądze podatnika i podatnikowi miało służyć.
Władze w końcu zorientowały się, że coś tu nie gra. I rejestr po cichu uwolniły. Na to czekały niezależne podmioty walczące z patologiami w mieszkaniówce. Dane zasysają m.in. portal Deweloperuch.pl i mojgeoportal.pl.
Pierwszy jest nieco tajemniczą oddolną inicjatywą, która powstała na bazie sprzeciwu wobec dziwnych działań marketingowych deweloperów. Jeszcze niedawno sprzedawcy mieszkań dosłownie ukrywali ceny, kazali się kontaktować, dzwonić, potrafili różnym ludziom pokazywać inne ceny. Te ceny zaczął zbierać i publikować właśnie Deweloperuch.
Z kolei mojgeoportal.pl to inicjatywa dr. Waldemara Izdebskiego. To pracownik naukowy Wydziału Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej, były Główny Geodeta Kraju. Z publicznie dostępnych danych tworzy nakładki na interaktywną mapę Polski.
I obie inicjatywy działają świetnie. To właśnie dzięki nim dowiedzieliśmy się, że między marzeniami sprzedających (ceny ofertowe) a rzeczywistością (ceny transakcyjne) zieje wielka dziura.
Zobacz także
W tej chwili liczba narzędzi do sprawdzania cen rośnie. Warszawa jako pierwsza nie tylko uwolniła dane, ale i zagregowała je w przystępny sposób. I co się okazuje? Według popularnych portali ogłoszeniowych średnia cena ofertowa w stolicy to ponad 17 500 zł za metr kwadratowy. A ile ludzie płacą naprawdę? Oficjalny rejestr pokazuje średnią na poziomie 14 336 zł.
Widzicie tę różnicę? To ponad 3000 złotych na każdym metrze! Przy 50-metrowym mieszkaniu oznacza to, że rynek próbuje wmówić, że lokal jest wart o 150 tysięcy złotych więcej, niż realnie płacą inni klienci. To właśnie te patologiczne mechanizmy od dawna punktował "Deweloperuch".
Rejestr cen mieszkań. Warszawa przeciera szlaki, reszta w blokach startowych
Stolica jest pionierem. W miejskim serwisie mapowym można już filtrować transakcje, sprawdzać konkretne ulice i metraże. To kopalnia wiedzy dla kupujących i analityków. Widzisz ogłoszenie za 900 tysięcy? Sprawdzasz rejestr i widzisz, że identyczne mieszkania obok schodzą po 750 tysięcy. Twoja pozycja negocjacyjna rośnie w sekundę.
A co z resztą Polski? Rządowa baza ma docelowo objąć cały kraj. Na razie agreguje dane z lat 2019-2023, ale system jest sukcesywnie aktualizowany. "Sprytni" deweloperzy w Krakowie, Wrocławiu czy Gdańsku też powinni zacząć się pocić.
Wiemy, że obecnie zarówno Deweloperuch, jak i dr Izdebski sukcesywnie zaciągają dane z rejestrów i ilość danych w ich narzędziach szybko się zwiększa. A to oznacza jeszcze jedno: rząd prawdopodobnie będzie musiał zrewidować plan budowy portalu DOM. Miał on kosztować ponad 20 mln i pokazywać właśnie to, co dziś za darmo prezentują nam społecznicy. Kluczowe jest słowo "dziś", bo budowa DOM-u miała trwać do 2027 roku a jego utrzymanie kosztować kilka milionów rocznie.
Jawne ceny mieszkań. Bat na spekulantów
Nowe narzędzie to koniec ery "ceny na priv" i tajnych negocjacji. Teraz każdy może wejść na jedną z kilku stron i sprawdzić, za ile faktycznie sprzedał się lokal sąsiada miesiąc temu. Rejestr jest bezlitosny – pokazuje "gołe" kwoty z aktów notarialnych, bez marketingowego lukru.
Dzięki nowemu rejestrowi cen transakcyjnych wiemy już, że realne kwoty są drastycznie niższe od tych z reklam deweloperów. Rynek nieruchomości zyskał transparentność, a kupujący potężny argument w negocjacjach.
