sprzedawca pokazujący napis "Awaria terminala"
Pierogi z Facebooka i "awaria terminala". Połącz kropki: okradamy sami siebie grafika AI / Nano Banana

Przeglądasz social media: słodkie kotki, memy i... ordynarne dymanie państwa na podatkach. Na lokalnych grupach kwitnie nielegalna gastronomia, a w osiedlowych sklepach nagle "umierają" terminale płatnicze. Człowieku, połącz kropki. Miliony małych uszczknięć z budżetu sprawiają, że państwowe usługi publiczne leżą i kwiczą.

REKLAMA

Czasem zdarza mi się spędzić nieco czasu w mediach społecznościowych. Tak, są tam filmy z kotkami, mnóstwo głupot, trochę wartościowych rzeczy, ale wprawne oko obserwatora gospodarczego jest w stanie wyłapać tam coś jeszcze. Coś znacznie bardziej niepokojącego. To mianowicie, jak bezczelnie, z uśmiechem na ustach, ludzie potrafią rżnąć państwo – a więc w ujęciu końcowym nas wszystkich – na podatkach.

Na lokalnych grupach sąsiedzkich i marketplace'ach nastąpił dosłowny wysyp ogłoszeń pod tytułem: "Domowe wyroby". Ktoś gotuje, piecze i sprzedaje. Pierogi, ciasta, torty weselne, zupy, słoiki z bigosem, ktoś nawet piecze rzemieślniczy chleb. I z jednej strony, gdyby patrzeć na to powierzchownie, mógłby to być wspaniały przykład przedsiębiorczości Polaków. Ktoś ma wolny czas, ma pasję w rękach i przekuwa to w malutki, domowy biznesik.

Problem w tym, że ten biznes jest na ogół na wskroś nielegalny. I co gorsza – brutalnie zabija te małe firmy, które próbują działać uczciwie.

Starcie tytanów: bar mleczny kontra pani z trzeciego piętra

Wyobraź sobie właścicielkę małego baru mlecznego albo małej pierogarni na jakimś polskim osiedlu. Aby mogła legalnie sprzedać ci jednego leniwego, musi przejść przez wiele procedur, by zagwarantować, że sprzedawane wyroby są bezpieczne.

Musi spełnić rygorystyczne wymagania Sanepidu, mieć osobne, certyfikowane lodówki (inna na mięso, inna na nabiał, inna na warzywa), zapewnić odpowiedni, jednokierunkowy ciąg produkcyjny, stworzyć strefę czystą i brudną, płacić ZUS, podatki dochodowe, utrzymywać kasę fiskalną i zbierać próbki jedzenia na wypadek, gdyby ktoś dostał rozstroju żołądka. To wszystko sporo kosztuje i wymaga tytanicznej pracy.

A potem w bloku obok, na trzecim piętrze, inna pani zaczyna lepić i sprzedawać pierogi przez Facebooka. Być może robi to z poszanowaniem zasad higieny, nie oceniam. Jednocześnie też tego nie wiem: może domowe pierogi powstają w brudzie.

Załóżmy, jednak że pani z Facebooka dba o czystość. Ale formalnie, żeby grać czysto, musiałaby założyć działalność gospodarczą (lub chociaż zgłosić działalność nierejestrowaną), zgłosić kuchnię do Sanepidu i odprowadzać podatki. Warto przy tym wiedzieć, czym jest nierejestrowana działalność gospodarcza i co można legalnie sprzedawać – bo nawet "dorabianie" ma swoje twarde limity i obowiązki podatkowe.

Przepisy są jasne: nie można jednocześnie przygotowywać w tej samej domowej kuchni obiadu dla własnych dzieci i jedzenia na sprzedaż. Większość internetowych kucharzy ma to jednak głęboko gdzieś. Kupując od nich, w zasadzie masz pewność, że zasilasz szarą strefę.

"Dorobi sobie dziewczyna, co w tym złego?". Połącz kropki, człowieku: oto skutki oszukiwania na podatkach

Gdy o tym mówię, natychmiast podnosi się chór obrońców: "Daj spokój, przecież to nie są miliony, ona za te pierogi nie kupi sobie nowego Porsche, ot, dorobi sobie parę groszy do pensji!".

I w tym tkwi największy, potworny paradoks naszego społeczeństwa. Te same osoby, które nie widzą absolutnie nic złego w dymaniu państwa na podatkach w mikroskali, dzień później pierwsze marudzą w mediach społecznościowych. Na co? Na głodowe emerytury, na wielomiesięczne kolejki do lekarzy specjalistów, na dziury w drogach niszczące zawieszenie samochodu, albo na to, że na przyjazd patrolu policji trzeba czekać godzinę.

Człowieku: połącz wreszcie te kropki. Pieniądze na drogi, szpitale, policję i emerytury nie rosną na drzewach w ogrodzie premiera. One idą z naszych podatków. Jak zresztą pokazują dane, szara strefa dostaje skrzydeł – im wyższe obciążenia, tym większa pokusa ucieczki "na lewo". Skoro kradniesz cegiełkę z budżetu, a osób które robią to samo jest sporo, nie dziw się, że cały dom zaczyna się walić.

Co więcej, jako klient pokątnych biznesów wystawiasz się na ogromne ryzyko. Gdy zatrujesz się tortem z legalnej cukierni, masz pełne prawo do odszkodowania, a sprawą zajmują się odpowiednie służby. Gdy kupisz tort bezowy z niesprawdzonego jajka od anonimowej pani z internetu i wylądujesz na oddziale zakaźnym z salmonellą, nikt nie poniesie za to odpowiedzialności. Kupujesz kota w worku, bez paragonu i bez gwarancji bezpieczeństwa. Może się uda, a może nie.

Tajemnicza śmierć terminali i poezja rynkowa

Podatkowy mikrosabotaż ma jednak więcej twarzy, a kolejna runda tej zabawy dotyczy płatności bezgotówkowych. Moja koleżanka z pracy przyniosła ostatnio genialny przykład z osiedlowego punktu usługowego. Pewnego dnia w sklepie nastąpiła nagła, dramatyczna dysfunkcja skrzyneczki do przyjmowania płatności kartą.

Na drzwiach zawisła klasyczna kartka: "Awaria terminala. Płatność tylko gotówką". Zdarza się, prawda? Tylko że tu nic się nie "zdarzyło". Następnego dnia właściciel poszedł o krok dalej i na ladzie przykleił uroczy, rymowany wierszyk:

"Zapamiętaj cztery słówka:
Zawsze lepsza jest gotówka"

Serio? Jeśli z powodów światopoglądowych lub wysokich prowizji bankowych nie chcesz przyjmować płatności kartą – masz do tego pełne prawo. Zresztą wielu sprzedawców prowizje rzędu 1,5–2,5 proc. realnie bolą. Zdejmij więc naklejki Visa i Mastercard z szyb, napisz kulturalnie: "Akceptujemy wyłącznie gotówkę" i nie rób z klientów idiotów opowieściami o permanentnych awariach sieci.

Co ciekawe, wbrew pozorom, płatność gotówką w Polsce ma się świetnie – w obiegu jest rekordowe 443 mld zł, m.in. dzięki tzw. cash hoardingowi.

Niestety w realiach polskiego handlu takie nagłe "awarie" i poetyckie uniesienia bardzo często zwiastują jedno: poważne kłopoty finansowe właściciela. Zaczyna się od nieprzyjmowania kart, bo płatność bezgotówkowa automatycznie rejestruje obrót w systemie bankowym i nie da się jej schować przed fiskusem.

Potem przechodzi się do nierejestrowania sprzedaży na kasie fiskalnej w ogóle, a kończy na plajcie i zamknięciu interesu. Najsmutniejsze jest to, że inne legalne sklepy często upadają właśnie przez to, że wykańcza je bezpodatkowa, szara konkurencja z bloku obok. I jakoś nie słychać płaczu nad losem uczciwych przedsiębiorców: głośni są za to obrońcy oszustów.

Szara strefa to nie tylko mafie

Musimy jako naród wreszcie dorosnąć i zrozumieć jedną, fundamentalną rzecz: szara strefa w Polsce to nie są wyłącznie mityczne, uzbrojone mafie paliwowe czy tytoniowe. To nie są tylko wielkie, międzynarodowe korporacje wyprowadzające zyski do rajów podatkowych przy użyciu agresywnej optymalizacji. Jak od dawna tłumaczą eksperci, gdzie są podatki, tam zawsze będzie szara strefa. W Polsce szacowano ją nawet na ponad 20 proc. PKB.

Szara strefa to także setki tysięcy mikrobiznesów, które uszczkną stówkę tu, schowają stówkę tam, upieką tort bez faktury i nie nabiją na kasę pięciu klientów z gotówką. Kiedy zsumujemy te rzekomo "niewinne" oszustwa w skali całego kraju, nagle okazuje się, że w kasie państwa brakuje miliardów. Nie ma pieniędzy, z których potem trzeba sfinansować ochronę zdrowia, edukację naszych dzieci czy programy socjalne typu 800+.

Przestańmy udawać, że to dymanie systemu nas nie dotyczy. Dotyczy – i uderza bezpośrednio w nasze własne kieszenie. I zastanówmy się kogo bronimy. Urocza pani z Facebooka, która nie płaci podatków ze sprzedaży pierogów, właśnie wykańcza finansowo praworządną sąsiadkę, która dorzuca się na nasze drogi i służbę zdrowia.