
Miał być dumny powrót do tradycji morskich, 131 milionów złotych z budżetu państwa na pierwszą ratę i ponad 3 tysiące propozycji nowej nazwy przysłanych przez dumnych Polaków. Uniwersytet Morski w Gdyni chciał otworzyć oferty w przetargu na projekt i budowę superżaglowca, a tam... pusto. Wielkie rozczarowanie: stoczniowcy uciekli od legendarnego kontraktu.
Wydawało się, że trójmiejscy giganci – Remontowa, Crist i Stocznia Gdańska – stoczą krwawą batalię o historyczne zlecenie. Rzeczywistość zweryfikowała te oczekiwania 1 lipca 2026 roku. Otwarcie kopert w Uniwersytecie Morskim w Gdyni miało być świętem polskiego przemysłu okrętowego. Zamiast korków szampana, w kuluarach słychać jedynie pełne zażenowania westchnienia.
Wizerunkowy i strategiczny optymizm wokół polskiego przemysłu stoczniowego osiągnął w ostatnich miesiącach poziomy bliskie euforii. Kiedy Uniwersytet Morski w Gdyni (UMG) z wielką pompą ogłaszał przetarg na zaprojektowanie i budowę "Następcy Daru Młodzieży", cała branża była przekonana, że na biurku rektora wyląduje stos ofert. Optymizm podsycały doniesienia o tym, że Dar Młodzieży wyrusza za ocean, a polska duma płynie na podbój Ameryki – legenda żyła i cieszyła się ogromną estymą.
Spodziewano się walki pomiędzy trójmiejskimi gigantami: Remontową Shipbuilding, Crist S.A. oraz państwową Grupą Przemysłową Baltic ze Stocznią Gdańską na czele. W końcu w grę wchodziło nie tylko prestiżowe dziedzictwo narodowe, ale przede wszystkim potężne pieniądze z Programu Wieloletniego na lata 2025–2029 – z czego aż 131 milionów złotych zabezpieczono w budżecie na sam tylko 2026 rok.
Termin składania dokumentów minął 1 lipca i... przyniósł gigantyczny, lodowaty prysznic. Do przetargu nie wpłynęła ani jedna oferta. Słownie: zero.
Narodowa zrzutka na nazwę i wielka flauta w papierach
Rozczarowanie jest tym większe, że otoczenie społeczne i marketingowe projektu było przygotowane całkiem nieźle. Polacy dosłownie rzucili się do pomocy uczelni – w ogólnopolskim konkursie na nazwę dla nowej, trójmasztowej hybrydowej fregaty wpłynęło ponad 3 tysiące zgłoszeń. Wszyscy żyli wizją supernowoczesnej jednostki z masztami sięgającymi 58 metrów i ożaglowaniem o powierzchni 3300 metrów kwadratowych. Sam projekt ruszył z pompą, gdy ogłoszono, że na nowy żaglowiec dla Gdyni jest 131 mln zł (na początek).
Rektorat UMG, zasypywany pytaniami od potencjalnych wykonawców, przesuwał nawet pierwotny majowy termin, dając inżynierom czas na dokładne policzenie kosztów. Wszyscy myśleli, że stocznie po prostu w ciszy szlifują swoje biznesplany, by w ostatniej chwili położyć na stole bezkonkurencyjne kalkulacje. Ostateczny brak jakiejkolwiek koperty to potężny cios wizerunkowy, który pokazuje, że romantyczne wizje o potędze morskiej brutalnie rozbiły się o rafy.
Zobacz także
Dlaczego nikt nie chciał 131 milionów na start?
Oficjalnego komentarza ze strony stoczniowych zarządów oczywiście nie ma – w biznesie nikt nie lubi publicznie palić mostów w relacjach z państwowym zamawiającym. Jednak w kuluarach branżowych aż huczy od nieoficjalnych powodów tej spektakularnej ucieczki od kontraktu. Co mogło być przyczyną odsunięcia się stoczni od ewentualnej budowy następcy "Daru Młodzieży"?
Być może wyśrubowane wymagania dokumentacji technicznej i projektowej, prawdopodobnie spore koszty samego przygotowania oferty w formule "zaprojektuj i wybuduj". A może były to niezwykle skomplikowane procedury administracyjne? W grę wchodzi też ryzyko sztywnej ceny w wieloletnim kontrakcie przy niestabilnej inflacji.
Budowa statku szkolnego o tak specyficznych parametrach to inżynieryjny unikat. Stocznie po prostu przekalkulowały ryzyko: przy obecnych reżimach biurokratycznych i rozbudowanych procedurach kontrolnych, realizacja tego "prestiżowego" zlecenia mogłaby przynieść im więcej strat i kar umownych niż realnego zarobku.
Wybrały święty spokój i komercyjne kontrakty dla zagranicznych armatorów, gdzie procedury są prostsze, a marże pewniejsze. Nic dziwnego, skoro prywatny sektor kwitnie – polskie stocznie budują dla Norwegów, realizując lukratywne zlecenia eksportowe zamiast państwowych megaprojektów.
Co dalej z następcą legendy?
"Obecnie analizujemy zaistniałą sytuację i w najbliższym czasie będziemy podejmować dalsze działania. Trwają przygotowania do ogłoszenia kolejnego przetargu" – przekazała rzeczniczka prasowa UMG, Zuzanna Szwedek-Kwiecińska.
Dla uczelni czas jest na wagę złota. Finansowanie z budżetu państwa jest przyznane na określone lata i jeśli procedury będą się przeciągać, miliony mogą bezpowrotnie przepaść. Pierwszy krok w stronę budowy stoczni przyszłości okazał się bolesną lekcją pokory.
Warto pamiętać, że prywatny przemysł potrafi dowozić spektakularne projekty – dowodem jest to, że mamy pierwszy od lat nowy prom "Jantar Unity", który kończy dekady niemocy w polskim przemyśle. Choć i ta historia miała swoje mielizny, o czym pisał naTemat, gdy prom Jantar Unity zacumował w Szczecinie i zaczęła się polityczna wojenka.
Rząd i uczelnia muszą zrozumieć, że patriotycznym uniesieniem i legendą "Daru Młodzieży" nie opłaci się pensji inżynierów. Jeśli warunki kolejnego postępowania nie zostaną urealnione i odchudzone z urzędniczego betonu, flagowy projekt polskiej gospodarki morskiej zamiast na pełne morze, wypłynie na mieliznę zapomnienia.






