owce i kozy
Fot. Lina Bob / Unsplash

Na Podkarpaciu uznano, że najlepszymi strażnikami krajobrazu są te stworzenia, które po prostu lubią smacznie zjeść. Samorząd województwa przeznacza ponad 3,4 mln zł na program "Podkarpacki naturalny wypas". Tysiące owiec, krów i koni rusza na podkarpackie łąki, by chronić lokalną bioróżnorodność.

REKLAMA

Spoglądając na malownicze, bieszczadzkie połoniny czy otwarte doliny Beskidu Niskiego, rzadko zastanawiamy się nad tym, dlaczego te widoki w ogóle wyglądają tak, jak na pamiątkowych pocztówkach. Biorąc pod uwagę prawa natury, pozostawione same sobie łąki w naszym klimacie po kilku latach zaczęłyby stopniowo znikać – najpierw zarastając wysokimi chwastami, potem gęstymi krzakami, a na końcu małym lasem.

Bieszczadzka armia do zadań specjalnych

Proces ten w języku biologów nazywa się sukcesją wtórną. W praktyce oznacza jedno: bez stałej ingerencji człowieka i zwierząt unikalny, tradycyjny krajobraz Podkarpacia po prostu by przepadł, a razem z nim dziesiątki rzadkich gatunków roślin, motyli i ptaków kochających otwarte przestrzenie.

Zamiast jednak wysyłać w teren armię ludzi ze spalinowymi kosami, samorząd województwa podkarpackiego postawił na sprawdzone, całkowicie darmowe dla środowiska i ekologiczne rozwiązanie. Właśnie ruszyła realizacja programu "Podkarpacki naturalny wypas" na lata 2026–2030, na który w tym roku przeznaczono ponad 3,4 mln zł z budżetu regionu.

To zresztą region, który konsekwentnie stawia na przyrodę i lokalne rolnictwo – niedawno pisaliśmy, jak Podkarpacie kładzie na stół 36 mln zł, pszczoły zacierają odnóża, a przedszkolaki ręce.

Kto dostał ten nietypowy "etat"?

Jak ujawnił rzecznik urzędu marszałkowskiego w Rzeszowie, Adrian Biernacki, lwia część tej kwoty – dokładnie 2,9 mln zł – trafiła w ramach konkursu dotacyjnego bezpośrednio do podmiotów i rolników prowadzących tradycyjny wypas na cennych przyrodniczo terenach.

Skala tej "czterokopytnej rekrutacji" robi wrażenie. Na podkarpackie łąki i pastwiska wyjdzie w tym roku prawdziwa armia zwierząt:

  • ponad 10,4 tysiąca sztuk bydła,
  • ponad 3,1 tysiąca owiec,
  • 747 koni,
  • 366 kóz,
  • 250 zwierząt jeleniowatych.
  • Cała ta ekipa "pracuje" na terenie aż 12 powiatów: bieszczadzkiego, jarosławskiego, jasielskiego, kolbuszowskiego, krośnieńskiego, leskiego, lubaczowskiego, łańcuckiego, przemyskiego, przeworskiego, rzeszowskiego oraz sanockiego. Praca pasterzy w tych stronach potrafi być prawdziwym powołaniem – swego czasu opisywaliśmy, jak brzmiało hasło "rzuć wszystko i ruszaj w Bieszczady, bo do pasterza 2.0 w ciągu 3 dni zadzwoniło 500 osób".

    Dlaczego to pyskami chwyta się ekologię?

    Wypas zwierząt to najdoskonalsza metoda ochrony czynnej. Zwykła kosiarka ścina wszystko jak leci na sztywną wysokość, niszcząc przy tym gniazda ptaków czy kryjówki owadów. Zwierzęta robią to zupełnie inaczej.

    Owce i kozy zgryzają wybiórczo – uwielbiają młode pędy krzewów i twarde chwasty, z którymi nie radzą sobie inne gatunki. Tworzą przy tym mozaikę krajobrazu: zostawiają kępy wyższej i niższej trawy, budując idealne warunki dla bioróżnorodności. Działają też jak naturalny nawoźnik, użyźniając glebę bez użycia jakiejkolwiek sztucznej chemii, a na swoim futrze i racicach roznoszą nasiona rzadkich roślin na inne partie pastwisk. Dzięki temu łąki pozostają słoneczne, otwarte i pełne życia, a turyści mogą cieszyć oczy panoramicznymi widokami.

    To samo zjawisko – gdy zwierzę okazuje się lepszym gospodarzem niż człowiek – opisywaliśmy w głośnym wywiadzie, w którym biznesmen z Bieszczad od 20 lat mieszka z bobrami i walczy o dobre imię swoich "sąsiadów", bo bobrowe stawy błyskawicznie podnoszą lokalną bioróżnorodność.

    Co z tego ma zwykły turysta i łasuch?

    Warto dodać, że program to nie tylko same dotacje na zieloną "kosiarkę". Z łącznej puli 3,4 mln zł kwota 423 tys. zł zostanie przeznaczona na edukację ekologiczną i ochronę dziedzictwa przyrodniczego, a 70 tys. zł trafi na organizację specjalnej konferencji promującej żywność pochodzącą od zwierząt wypasanych w naturalny sposób.

    A to oznacza wymierne korzyści dla każdego, kto odwiedza Podkarpacie. Mleko, sery (na czele z tradycyjnymi wyrobami z owczego i koziego mleka) oraz mięso od zwierząt, które całe dnie spędzają na świeżym powietrzu i jedzą naturalne zioła z podkarpackich łąk, mają nieporównywalnie wyższe walory smakowe i zdrowotne.

    Ten owczarski potencjał wciąż jednak bywa w Polsce marnowany – gorzko podsumowywał to Roman Kluska w tekście "kto ma owce, ten baran, czyli niby-plan rządu na odbudowę owczarskiej potęgi", wskazując, że branżę latami dusiła biurokracja.

    To zresztą szersza filozofia, którą docenia się i za granicą – jak zauważa naTemat, pasterstwo kulturowe to sprawdzona metoda utrzymania bioróżnorodności.

    Program "Podkarpacki naturalny wypas" pokazuje, jak połączyć tradycyjne rolnictwo z ochroną przyrody, turystyką i lokalną gospodarką. Dzięki takim inicjatywom Podkarpacie nie tylko nie zarasta, ale też smakuje i wygląda dokładnie tak, jak powinno.