
Ministerstwo Obrony Narodowej ma nowy, genialny pomysł: gdy polskie F-16 ruszą do akcji w odpowiedzi na atak Rosji na Ukrainę, mieszkańcy przygranicza dostaną powiadomienie na telefon. Problem w tym, że taki SMS to nie tylko zerowy pożytek dla obywatela, który i tak nie wie, czy ma uciekać do piwnicy, czy robić herbatę, ale też darmowy meldunek wywiadowczy, wysyłany w świat bezpośrednio przez polski rząd.
Trzeba było miesięcy analiz, żeby ktoś wpadł na pomysł ostrzegania mieszkańców przed nagłym hałasem i zagrożeniem. Szkoda tylko, że zamiast profesjonalnego systemu obrony cywilnej wzorem Ukrainy czy Izraela znowu dostajemy państwową prowizorkę na SMS-ach. Co z tą wiedzą ma zrobić szary człowiek i dlaczego znowu serwuje się nam "rozwiązanie pomostowe"?
"Szanowny obywatelu, właśnie wystartował F-16". Do kogo trafi ten SMS?
Ukraińcy mają aplikacje z mapami zagrożeń i instrukcjami do schronów, Izraelczycy – precyzyjne syreny rejonowe ze wskaźnikiem czasu na ucieczkę. Polacy? Polacy dostaną SMS-a, który obudzi ich w środku nocy tylko po to, by oznajmić: "Gdzieś tam nad głową leci samolot". A raczej nie obudzi. Oto polska szkoła obrony cywilnej w całej okazałości.
Informowanie mieszkańców województw przygranicznych o poderwaniu myśliwców brzmi jak pomysł wyjęty z gabinetu absurdu. Zamiast konkretnej instrukcji bezpieczeństwa i informacji o realnym zagrożeniu dostajemy SMS-owe powiadomienie niczym z firmy kurierskiej – z tą różnicą, że ruski wywiad dowie się o akcji bez konieczności wpatrywania się w radary.
Rząd będzie wysyłał SMS-y o starcie naszych efów
Władza znów postanowiła zaskoczyć nas swoją innowacyjnością w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego. Wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka ogłosiła w mediach nowatorski plan: jeśli w związku z sytuacją na Ukrainie z naszych lotnisk wystartują poderwane myśliwce, mieszkańcy terenów przygranicznych dostaną o tym... SMS-a.
I cyk! Kolejny problem rozwiązany, pora do domu. Można odtrąbić sukces, odhaczyć punkt w tabelce obrony cywilnej i pójść na kawę. Tylko że kiedy człowiek na chwilę przystanie, usiądzie i pomyśli nad tą koncepcją, włos zaczyna się jeżyć na głowie.
Darmowy meldunek dla wroga. Ktoś słyszał o OPSEC?
Załóżmy na moment, że ten genialny system rusza. Nad Ukrainą znów trwa zmasowany atak rakietowy Rosji, więc polskie i sojusznicze F-16 czy F-35 idą w niebo na patrole. W tym samym momencie bramka SMS-owa rozsyła do tysięcy ludzi przy granicy powiadomienie: "Uwaga, wysłaliśmy myśliwce!".
Czy ktokolwiek w ministerstwie pomyślał o podstawowych zasadach bezpieczeństwa operacyjnego (OPSEC)? Przecież w chwili, gdy pan Roman spod Hrubieszowa czy pani Danuta spod Przemyśla dostaje takiego SMS-a, dokładnie w tej samej sekundzie wie o tym cały ruski wywiad.
Nie muszą nawet nadwyrężać swoich satelitów ani wysyłać samolotów zwiadowczych A-50. Nie muszą przeczesywać nieba radarami i analizować sygnatur. Dostaną oficjalną depeszę wywiadowczą prosto od rządu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Wystarczy kupić kartę SIM w polskiej Biedronce i czekać na SMS-a od polskiego rządu.
Ta propozycja boli tym bardziej, że przecież potrafimy myśleć nowocześnie o wykrywaniu zagrożeń. Nie tak dawno firma Asseco pokazała "Polski Antydron", niewidzalną sieć, która oplata całe niebo – mamy więc kompetencje, tylko na styku wojska i cywila wszystko rozbija się o bramkę SMS.
Zobacz także
"Paczka w drodze". Ale co ja mam z tą wiedzą zrobić?
Druga kwestia to sama treść i sens takich komunikatów. Co ma zrobić przerażony obywatel, kiedy o trzeciej rano obudzi go dźwięk wiadomości i przeczyta, że nad jego domem właśnie przelatują uzbrojone myśliwce?
Uciekać do piwnicy? Modlić się? Wyłączyć światło? A może włączyć? Ma wpaść w panikę, czy wziąć plecak ewakuacyjny? A może ma po prostu usiąść na łóżku i czekać, aż coś spadnie? Podpisać testament?
Informacja o tym, że "jest gorąco i lecą samoloty", jest dla cywila całkowicie bezużyteczna, jeśli nie towarzyszy jej jasna, jednoznaczna instrukcja działania. Zawiadomienie obywatela o starcie F-16 bez podania konkretnych zaleceń przypomina powiadomienie od kuriera: "Twój F-16 jest w drodze". Różnica polega na tym, że zamiast paczki z butami, w razie nieszczęścia na głowę spadają odłamki zestrzelonej rakiety.
Do tego dochodzi najbardziej niewygodne pytanie: dokąd właściwie ten obywatel ma pobiec? Odpowiedź na to, gdzie są schrony w Polsce i jak znaleźć bezpieczne schronienie, wciąż jest w większości miast równie enigmatyczna, jak treść samego alertu.
Gdybym mieszkał przy granicy i słyszał huk silników odrzutowców albo widział wybuch za miedzą, to i bez SMS-a wiedziałbym, że za wschodnią granicą trwa piekło. Pytanie brzmi: jak państwo pomaga mi w tej konkretnej minucie?
Znowu SMS? Cell Broadcast to nie czarna magia
Dlaczego po tylu miesiącach od upadku pierwszych rakiet na nasze terytorium wciąż rozmawiamy o "rozwiązaniach pomostowych"? Przecież operatorskie sieci telekomunikacyjne i nowoczesny system Cell Broadcast (ten sam, który potrafi wydać głośny sygnał alarmowy na telefonie nawet przy wyciszonym profilu) można opanować w chwilę, jeśli tylko jest wola polityczna i budżet.
Analizowaliśmy to szczegółowo, opisując przypadek Ch-101 i eksplozję w lubelskim: tradycyjny SMS z RCB potrzebuje kilkunastu minut na przejście przez biurokrację i sieć, a rakieta była nad Polską dokładnie sześć minut. Pieniądze zresztą są – gdy schrony, cyberobrona i dual-use z KPO złożyły się na jeden z największych funduszy, na ochronę ludności i systemy ostrzegania trafiło ponad 11 mld zł. Zapowiadano też, że alert informacyjny uzupełni Alert RCB i Polacy będą szybciej ostrzegani. Efekt na razie: SMS o myśliwcach.
Co więcej, Polacy – w przeciwieństwie do mieszkańców Charkowa czy Tel Awiwu – nie są przyzwyczajeni do syren i huków. SMS przyjdzie z opóźnieniem, połowa ludzi go prześpi, a druga połowa dostanie go w momencie, gdy samoloty będą już wracać do bazy po wykonaniu zadania.
Jak to robią profesjonaliści?
Ukraińcy mają aplikacje mobilne (np. Powitrianu Trewohu), które precyzyjnie pokazują na mapie regiony zagrożone, rodzaj zagrożenia (drony, rakiety balistyczne, lotnictwo) i dają jasny sygnał: "Marsz do schronu". Izraelski Pikud HaOref informuje co do sekundy ("Masz 45 sekund na dojście do bezpiecznego pokoju") na podstawie dokładnej trajektorii i wskazań radaru, bez zamieniania całego kraju w panikujący rój zwariowanych pszczółek.
W Polsce tymczasem stawia się na rozwiązanie najtańsze, najmniej przemyślane i najbardziej obciachowe. Mamy XXI wiek, za granicą toczy się pełnoskalowa wojna, a polska obrona cywilna proponuje nam powiadomienia tekstowe na poziomie sieci komórkowych z roku 2004.
Czas skończyć z amatorszczyzną w obronie cywilnej
Obywatele nie potrzebują SMS-owych sprawozdań z ruchu lotniczego. Obywatele potrzebują realnych schronów, sprawnych syren i jasnych instrukcji, które w razie zagrożenia uratują im życie, zamiast serwować darmowy wywiad przeciwnikowi.
Jakiego rodzaju ostrzeżenie wolisz dostawać?
5 odpowiedzi






