Bicepsy, czołgi i miliony w błoto. Po co nam wojskowe defilady w XXI wieku?
Bicepsy, czołgi i miliony w błoto. Po co nam wojskowe defilady w XXI wieku? Fot. Poppy Pix / Shutterstock / Montaż: InnPoland.pl

Wyglansowane buty, hałas, zniszczony asfalt i dziesiątki milionów złotych wydane na kilkugodzinny spektakl. Choć z punktu widzenia wojskowej logiki i matematyki defilada to marnowanie motogodzin, pieniędzy oraz tworzenie idealnego celu dla wroga, ludzkość wciąż potrzebuje tego czołgowego teatru. Na przekór rozsądkowi wciąż z zachwytem patrzymy na stalowe potwory. Dlaczego?

REKLAMA

Przyznam uczciwie: do wojskowych parad i maszerujących kolumn zawsze miałem stosunek co najmniej chłodny. Dzieckiem będąc widziałem jeszcze na własne oczy wojska radzieckie – a do nich z automatu podchodziło się z potężną dozą nieufności. Kiedy z kolei sam dorastałem, z powodu poboru wojsko kojarzyło mi się głównie z czymś, przed czym trzeba uciekać. Studia były wtedy jedyną i najlepszą przepustką, by nie dać się wziąć w kamasze i nie spędzić roku na koszarowej musztrze.

I od tamtych lat wciąż tłucze mi się po głowie jedno pytanie: jaki, do diaska, sens mają wojskowe defilady w XXI wieku?

Zjawisko ponadpodziałowe. Od dyktatur po dojrzałe demokracje

Przecież to rytuał całkowicie uniwersalny. Kim Dzong Un stojący na platformie w Pjongjangu i Putin na Placu Czerwonym machają do swoich wojaków dokładnie tak samo, jak robią to Trump, Macron czy Merz. Przed swoimi prezydentami i premierami maszerują żołnierze pod każdą szerokością geograficzną. Od okrutnych dyktatur po absolutnie dojrzałe demokracje. Po co?

Gdyby usiąść z kalkulatorem i czystym umysłem, na defilady można – a wręcz wypada – narzekać. Bo przecież żołnierze mają dzisiaj sto razy ważniejsze rzeczy do roboty niż łażenie z wyglansowanymi guzikami i prężenie piersi przed obiektywami kamer. A przynajmniej mieć powinni.

Ile kosztuje defilada wojskowa? Motogodziny, paliwo i sparaliżowane miasto

Za ten kilkugodzinny spektakl płacimy dziesiątki milionów złotych. Zamykamy pół miasta i wywołujemy paraliż komunikacyjny. Ciężki sprzęt gąsienicowy niszczy asfalt, a samoloty i czołgi przepalają hektolitry koszmarnie drogiego paliwa. I po co? Żeby marnować tak zwane motogodziny sprzętu, który i tak kosztuje majątek?

Skala tego marnotrawstwa jest łatwa do oszacowania. Pisaliśmy już, że koszt jednej godziny lotu myśliwca zwala z nóg – w przypadku F-16 to około 76 tys. zł, a zużycie paliwa sięga 3–4 tysięcy litrów na godzinę. Pomnóżcie to przez każdy przelot nad Wisłostradą.

Czołg ma jeździć po poligonie, mieszać błoto i ćwiczyć współpracę w warunkach bojowych. Żołnierze powinni kopać okopy, doskonalić celność, uczyć się nowoczesnej taktyki i szykować do realnej obrony ojczyzny. A zamiast tego na kilka tygodni wyjmuje się ich z normalnego procesu szkoleniowego, każe kroczyć w upale i polerować buty, żeby wybić równy krok przed trybuną honorową. To pudrowanie rzeczywistości, w którym pod lśniącym pancerzem maskuje się braki w amunicji czy dziury w magazynach.

Wszystkim trzeba zapłacić nadgodziny, wyżywić tysiące żołnierzy, policjantów, strażaków i służb medycznych. Trzeba zapłacić grubą kasę za oprawę techniczną: nagłośnienie, telebimy, scenografię, zabezpieczenie.

Defilada wojskowa. "Miękki cel" w dobie dronów

Szczególnie dużo kosztuje właśnie zabezpieczenie defilady. Z punktu widzenia wojskowego gromadzenie w jednym, dobrze znanym miejscu i czasie najważniejszych dowódców armii, kluczowych polityków oraz najnowocześniejszego sprzętu bojowego tworzy tzw. miękki cel.

W dobie zagrożeń hybrydowych, dronów czy prowokacji nieprzyjaciela taka koncentracja sił generuje niepotrzebne ryzyko wywiadowcze i bezpieczeństwa. Służby muszą dosłownie stawać na głowie, by przewidzieć każdy scenariusz ataku czy prowokacji, które wrogie siły z pewnością planują, choćby na papierze. Nie jest to paranoja – gdy firma Asseco pokazała "Polski Antydron", którego niewidzalna sieć oplata całe niebo, stało się jasne, jak wiele wysiłku wymaga dziś ochrona jednego wydarzenia masowego przed tanim bezzałogowcem.

Te wszystkie pieniądze, które pójdą na spektakl, jakim jest defilada, można i powinno się wydać lepiej. Chociażby na zakup dodatkowej amunicji, apteczek indywidualnych czy nowoczesnego wyposażenia osobistego dla żołnierzy.

Nie ma się też co czarować, że defilada pokazuje jakąś sprawność armii i odstrasza wroga. Wróg doskonale wie, co mamy w magazynach. Żołnierze nie muszą wychodzić na ulice jak modelki na wybieg.

A jednak... czy ludzie nie robią rzeczy mniej sensownych niż defilady wojskowe?

Ale gdyby tak spojrzeć na to z drugiej strony... Czy my, jako ludzie, nie robimy codziennie tysięcy znacznie mniej sensownych rzeczy?

Wydajemy rocznie miliardy na niepotrzebne ciuchy, które wyrzucimy po jednym sezonie. Kulturyści spędzają pół życia przed lustrami, prężąc się i porównując, który ma lepiej wyrzeźbione bicepsy. Marnujemy godziny na wgapianie się w szklane ekrany i bezmyślne przewijanie kolejnych kretyńskich rolek w sieci. Homo sapiens od zarania dziejów uwielbia rytuały, teatr i pokazówkę.

Defilada w gruncie rzeczy jest właśnie takim prymitywnym, ale niezwykle skutecznym spektaklem. Jest rodzajem plemiennego sygnału: "Patrzcie, mamy pancerz, mamy broń i lepiej z nami nie zadzierajcie, bo się nie wycofamy".

A dla zwykłego obywatela, żyjącego w czasach potężnej niepewności i napięć geopolitycznych, to po prostu psychologiczne placebo. Rozmasowanie lęku, czego efektem jest przekaz: państwo istnieje, ma kontrolę i w razie czego nas obroni przed wrogiem.

15 sierpnia. Święto samych żołnierzy i esprit de corps

Myślę jednak – a przynajmniej mam nadzieję – że to święto i defilada są czymś pozytywnym dla samych żołnierzy. To ich dzień, mogą się w końcu pokazać, poprężyć te muskuły. Pielęgnować tzw. esprit de corps, czyli ducha pododdziału. Są razem, są dumni: zwarci i gotowi.

Zresztą ich umiejętności potwierdzają też mniej medialne wydarzenia. Pamiętacie, że Abramsy z Polski rozbiły konkurencję w USA? Polska załoga zajęła drugie miejsce w Sullivan Cup, ustępując tylko jednej amerykańskiej drużynie. To ten sam sprzęt i ci sami ludzie, których zobaczymy na Wisłostradzie.

Kampania wizerunkowa i frajda dla dzieci

Defilada działa też jak wielka kampania rekrutacyjna. Atrakcyjna oprawa, nowoczesny sprzęt i podniosły charakter wydarzenia przyciągają uwagę młodych ludzi, co przekłada się na wzrost zainteresowania służbą w wojsku zawodowym lub terytorialnym.

No i dla dzieci to zawsze duża frajda. Tych większych też, bo rzadko komu przelatuje nad głową F-16 czy Apache, a kilka metrów przed twarzą przetacza się kilkadziesiąt ton żelastwa z wielką lufą. W tym roku będzie na co patrzeć – jak zapowiadano, F-35, Abramsy i tony innego sprzętu: koreańskie K2, Borsuki i Rosomaki włącznie.

Dopóki ludzkość działa na emocjach...

Można się z tego śmiać, można zżymać się na wyrzucanie pieniędzy w błoto i spalinowe marnotrawstwo. Warto tylko wiedzieć, na co się piszemy – Święto Wojska Polskiego 2026 i defilada na Wisłostradzie przejdą pod hasłem "Polska SAFE", nawiązującym do pożyczki na blisko 185 mld zł, a nocne próby na trasie odbywały się już na początku sierpnia.

Ale dopóki ludzkość działa na emocjach, a nie na matematycznych algorytmach, tak długo politycy będą potrzebowali podium, żołnierze równych szyków, a obywatele widoku wielkich gąsienic na ulicach. Nawet jeśli w głębi duszy wszyscy wiemy, że prawdziwa siła waży się w zupełnie innych, znacznie mniej widowiskowych miejscach.

Sonda

Czy defilady wojskowe są nam potrzebne?

1 odpowiedzi