Sfrustrowani europejczycy.
Europejczycy są coraz bardziej sfrustrowani. Fot. Roman Samborskyi/Shutterstock

W ostatnich tygodniach dosyć głośno było o filmie Citizen Vigilante od niesławnego Uwe Bolla. Niesławnego głównie wśród fanów gier komputerowych, bo niemiecki filmowiec raz za razem masakrował ekranizacje kultowych gier. Film przedstawiono jako krzyk rozpaczy umęczonej Europy, ale filmu oczywiście nie widziałem, więc do takiej interpretacji się nie odniosę. Wystarczy przecież, jak go sprzedano. Czy jednak mamy do czynienia z nieoficjalną drugą częścią filmu Falling Down, u nas znanego jako Upadek?

REKLAMA

Stary film z 1993 roku, w reżyserii Joela Schumachera, z wybitną i legendarną rolą Michaela Douglasa, opowiada historię człowieka sfrustrowanego do granic. Człowieka, który po prostu pęka z frustracji i upada.

Warto jednak pamiętać co właściwie doprowadza bohatera do upadku. Nie ma tam imigracji, polityki czy innych Wielkich Tematów, o których politycy gadają godzinami. Jest za to korek i upał, a w aucie wysiada mu klimatyzacja, a okno nie daje się otworzyć. Potem brakuje mu paru centów do puszki coli, a finałem jest odmowa wydania śniadania, bo spóźnił się o pięć minut. I potem właśnie wybucha. 

Często myślę o tym filmie, obserwując coraz to nowe decyzje polityków, zarówno naszych, jak i europejskich. 

No bo kto wpadł na pomysł, żeby doprowadzać Europejczyków do frustracji, a jednocześnie pozwolić im dalej głosować w wyborach?

Gdzie ten świat przyszłości?

Trudno mi od paru lat nie odnieść wrażenia, że unijne elity po prostu zrezygnowały z prób poprawienia jakości codziennego życia ludzi, skupiając się na tym, aby tychże doprowadzić do maksymalnej frustracji.

Media głównego nurtu, politycy, "intelektualiści" – wszyscy ostrzegają przed wzrostem populizmu i radykalizmu w całej UE, ale właściwie czego się spodziewają?

Przeciętny Europejczyk mierzy się z rosnącym dyskomfortem, który nie ogranicza się do "dużych" problemów, jak emigracja, ceny domów czy ogólnie koszty życia. Trudniej mu wyrzucać śmieci, kupować jedzenie, zainstalować klimatyzację czy ogrzewać dom. 

Czy Unia stara się zaoferować świat przyszłości, w którym energia jest tania, a komfort ludzkiego życia poprawia się? Nic na to nie wskazuje. Rosnąca presja na segregowanie coraz to nowych typów śmieci, ograniczanie możliwości ich oddawania, idące w parze z rosnącymi cenami, prowadzą do tego, że finalnie ulice toną w śmieciach, bo samorządów nie stać już na regularne sprzątanie. 

Przyszłość miała być o rozwiązywaniu problemów ludzi. Najpierw problemy lokalne, potem państwowe, a na końcu globalne. W Unii jednak w dziwaczny sposób robi się na odwrót, a potem dziwi, kto prowadzi w sondażach wyborczych.

Wyobrażałem sobie, że dążymy do świata, w którym rozwój skupi się na tym, aby problem ze śmieciami rozwiązywano automatyzacją segregacji i nowymi metodami spalania, a nie 6 pojemnikami w mieszkaniu, wożeniem butelek do sklepu i ważeniem auta chcąc wywieźć odpady budowlane po remoncie.

Czy jesteście w stanie wymienić nowe brukselskie prawa, które wpłynęły na to, że życie jest bardziej komfortowe? Mamy udany europejski roaming, który rozwiązał bolączki podróży po kontynencie. Czemu UE przestała to robić? W ostatnich latach do głowy przychodzi mi tylko ujednolicenie ładowarek i po części postępująca cyfryzacja usług, ale wiele krajów UE nadal jest w tym obszarze za Polską. 

Kontrowersyjny pomysł

Powiecie: przecież Europejczykom żyje się dobrze jak nigdy, jesteśmy najlepszym miejscem do życia na świecie. Tyle że frustracja nie bierze się z poziomu, tylko z kierunku. Sfrustrowani Europejczycy to ludzie, którym całe życie mówiono, że będzie już tylko lepiej, a zaczyna być gorzej. Wyrzucenie śmieci było prostsze 10 lat temu. Ogrzanie domu było tańsze. Upały były łagodniejsze i krótsze. Po raz pierwszy od pokoleń codzienność w Europie nie robi się lepsza, a bardziej upierdliwa. I ma to swoje konsekwencje.

Szczególnie że wydaje się to przecież proste. Poprawiasz codziennie bolączki ludzi, nie tylko te Wielkie i Poważne, ale i te pierdołowate, a oni potem na ciebie głosują. Natomiast mam wrażenie, że unijni biurokraci ze wszystkich decyzji, jakie mogli podjąć, podjęli tylko takie, które ludzi irytują.

Być może, zamiast gróźb ograniczania wolności słowa, zakazywania działania partii i płaczu w massmediach, że Europa podąża w Złą Stronę (czyli chce głosować na tych, na których nie powinna), warto by jednak pomyśleć nad tym, aby przeciętny mieszkaniec po prostu mniej się frustrował? Aby mu się żyło wygodniej?

Wiem, wiem, kontrowersyjny pomysł. Być może jednak jedyny, zanim do władzy dojdą ci, którzy to właśnie obiecują. I czy można mieć do wyborców o to pretensje?