
Nikt w Niemczech nie każe tłumaczyć słów soufflé czy quiche, ale bigos i szarlotka w powieści już budzą irytację. Pisarka Oliwia Hälterlein bez ogródek opowiada o debiucie "My, córki" (niem. "Wir Töchter"), emigracyjnym wstydzie, relacjach z matką i babcią oraz o tym, dlaczego język polski za Odrą wciąż bywa traktowany jako gorszy.
W tym roku zadebiutowała pani powieścią "Wir Töchter", czyli "My, córki". Dlaczego akurat powieść o córkach?
Oliwia Hälterlein*: Ostatnio bardzo dużo pisze się i mówi o macierzyństwie, o sprawach kobiecych, ale jakoś brakowało mi tej córki, także tej dorosłej. Pisanie i mówienie o córce to coś bardzo politycznego, ale i prywatnego. Jak jest traktowana przez rodzica, ale też przez społeczeństwo, jaki wpływ ma polityka? Interesowało mnie też, kiedy kończy się bycie córką i co to znaczy być imigrancką córką, polską córką w Niemczech?
A czym wyróżnia się bycie polską córką w Niemczech?
– Tym, że rodzina przeżyła migrację. Część rodziny została w Polsce, a część stamtąd wyjechała. I to dużo zmienia między ludźmi, między rodziną. Potem dochodzi język. W Niemczech w kontekście migracji mówi się też o pierwszej córce – pierwszej po migracji, pierwszej, która zdała maturę albo ukończyła studia. Ja też jestem taką córką i migracja miała oznaczać dla mnie lepsze życie. A jeśli córka zdecyduje się, żeby nie być matką albo nie może zostać matką? To wtedy będzie ostatnią córką – i co to dla niej oznacza?
W książce trzy najważniejsze córki i matki to Marianna, Róża i Waleria. Co w ich relacjach jest najważniejsze?
– One nie są zamkniętym kołem. Taka relacja to znak nieskończoności, ponieważ wszystkie te babcie, prababcie, praprababcie też są równocześnie i matką, i córką. A wpływ na te relacje mają równocześnie społeczeństwo, polityka i rodzina.
Również w pani życiu babcia była kimś ważnym i kochanym. Rozdzieliła was emigracja. Był rok 1989, miała pani trzy lata, kiedy mama zdecydowała się na wyjazd z Polski. Kiedy pojawiło się uczucie bycia pomiędzy – już w Niemczech, ale sercem jeszcze w Polsce?
– Chyba od początku czułam, że coś jest nie tak, że jest jakiś brak, jakieś tęsknienie. Ale bardzo długo trwało, żeby to nazwać. Co to oznacza być imigrantką, czym jest dyskryminacj? Dopiero na studiach znalazłam na to odpowiednie słowa, ale to uczucie było zawsze.
Dla mnie w Polsce było lepiej i zawsze chciałam tam zostać. Życie w Polsce wydawało mi się lżejsze, łatwiejsze – dla mojej mamy i dla mnie. No i to życie wnuczki u babci było jak w raju! Nie tylko dlatego, że babcia dla mnie gotowała i spędzałam tam wakacje, ale też język. Ja zawsze mówię, że mój język to nie jest język ojczysty, tylko język babci. Ten język, który mam teraz, którym tak, jak potrafię, mówię – to dzięki babci.
W Polsce była rodzina, była ostoja, a w Niemczech byłyście jednak same.
– Ja byłam bardzo dobra w adaptacji, szybko nauczyłam się po niemiecku, nie było widać, słychać, że jestem z Polski. I w tych czasach właśnie o to chodziło: wszystko, co jest inne, musi zniknąć. I ja to potrafiłam bardzo dobrze, ale już jako dziecko miałam taką ukrytą tożsamość – prawdziwą tożsamość.
W książce jest taka scena w Kauflandzie. Róża kupuje Walerii zabawkę i nie bardzo rozumie, co kasjerka mówi. Jest nerwowa i chce szybko wyjść ze sklepu. Mówi do Walerii: "Tutaj nie mówimy po polsku". To taka symboliczna scena: ukryć się, nie pokazywać polskości, nie obchodzić się polskością. Tak odbierała to pani w latach dziewięćdziesiątych?
– Tak, jak napisałam w książce, to jest bardzo bliskie mojej historii. Jak ta scena w Kauflandzie. Czy kiedy chodzę z mamą po ulicy i mówię coś po polsku – mówię bardzo szybko i głośno, a mama mówi: "Cicho, nie mówimy po polsku!". Nie wychowywałam się między Polakami i nie było też tak, że mama czytała mi polskie książki. Ale kiedy jeździłam do Polski, do babci, to ciągle na nowo uczyłam się tego języka i później mówiłam z mamą po polsku – tak po kryjomu, w domu.
Zobacz także
Zmieniło się teraz coś w widoczności Polaków w Niemczech?
– Trudno mi powiedzieć, bo to moje osobiste doświadczenie. Wydaje mi się, że Polacy nadal są nieśmiali, jeżeli chodzi o własny język i mówienie o pochodzeniu. Nieraz na spotkaniach autorskich podchodzą do mnie kobiety, mówiąc: "Ja też jestem Polką". Jest jakby taki moment pokazania się. Znam też rodziców, którym bardzo zależy na tym, by ich dzieci uczyły się języka polskiego. U mnie tak nie było i wydaje mi się, że miało to wiele powodów. Moja mama sama pochodzi ze wsi i nie przyjechała do Niemiec na przykład na studia. Było jej trudno z językiem niemieckim. Musiała sprzątać, więc była traktowana naprawdę jak gorszy człowiek. Dla niej bycie Polką i mówienie po polsku nie miało nic wspólnego z dumą, tylko ze wstydem. Ja to bardzo dobrze rozumiem i nie mam żadnych wyrzutów.
Ciężko jest się przebić z taką książką w Niemczech?
– Tak i nie. Pisze się o tej książce, mam dużo spotkań autorskich, ludzi to interesuje. Mimo że to jest książka o migracji, o Polsce, to wydaje mi się, że wiele kobiet może odnaleźć w tym też własną historię. To mnie bardzo cieszy!
Jest jednak problem z polskimi słowami w książce i dla niektórych osób może to być bariera. Chciałam po prostu znaleźć język, żeby pokazać, co to znaczy być imigrantką. Ta bariera i być może moment irytacji, kiedy nie znamy znaczenia danego słowa, to też zaproszenie, żebyśmy nareszcie o tym mówili: jakie są związki niemiecko-polskie, dlaczego polskie słowo tak bardzo irytuje w niemieckiej książce. Nawet przez to, że tam są polskie słowa, można powiedzieć, że to jest taki…
… aktywizm na rzecz polskiego?
– Tak. Chodzi też o reputację polskich słów i o to, że pisarka, taka jak ja, musi pisać w dwóch językach, jeżeli pisze o Polsce. Nie da się inaczej.
Powiedzmy jeszcze, jakie to są słowa.
– Wszystko zaczęło się od chóru, który jest niemiecko-polskim i wypowiada polskie słowa. Takie, które znam z dzieciństwa, z mojej wsi, słowa określające kobiety: babsko, chłopczyca, stare pudło, baba-chłop, baba-jędza, wiedźma… Ale też wyrażenia typu: "kto się pod ławką urodził, to na nią nie wejdzie" czy znane z kościoła: "moja wina, moja wina, moja wielka wina". Chodziło mi o to, żeby pokazać ten świat i te słowa, które zostały zabrane Walerii. I dlaczego ona zapamiętała te straszne słowa o kobietach, o dziewczynach i jak to tworzy jej tożsamość.
Niemieckim czytelnikom przeszkadzają te słowa wtrącone po polsku? Niektóre można znaleźć w słowniczku na końcu książki albo wywnioskować z kontekstu.
– Niektórym pewnie bardzo to przeszkadza. Gdyby to był angielski lub francuski, to nikt by mnie nie prosił o słowniczek. Ja nie chciałam słowniczka, to był pomysł wydawnictwa. Ja chciałam, żeby te słowa były takie, jakie są. Jeśli ktoś nie rozumie, to może sobie przetłumaczyć. Nikt nie oczekuje, żeby przetłumaczyć słowo soufflé albo quiche, a ja piszę szarlotka albo bigos – to naraz wszyscy się denerwują, że muszę to przetłumaczyć. I to bardzo dużo mówi o relacjach niemiecko-francuskich i niemiecko-polskich. Dlaczego język polski jest traktowany jako taki niższy?
Pani go bardzo dowartościowała w książce! I polską muzykę też. Pojawiają się piosenki, których słucha Róża. To był celowy zabieg?
– Nie było innej możliwości, żeby opisać szczególny czas i szczególną socjalizację. Bardzo mi zależało, żeby Różę opisać tak, jak było w czasach PRL. Jakiej muzyki się słuchało, jakie ciuchy kupowało, co się jadło, co można było kupić, a czego nie. To wszystko opisuje ten czas, status, miejscowość, politykę.
Jak Pani teraz odbiera Polskę?
– Mój stosunek do Polski bardzo się zmienił, ponieważ nie mamy takiego domu rodzinnego. Babcia nie żyje, więc nie mogę wracać do jednego ogródka, do domu. Ja studiowałam w Krakowie i we wrześniu jestem tam w Willi Decjusza na stypendium. Teraz Polska jest dla mnie takim miejscem intelektualnym, bo bardzo lubię polską literaturę i kulturę. Do Polski wracam jako pisarka i ta książka otwiera mi drzwi.
Planowane jest polskie wydanie?
– Książka jest w trakcie tłumaczenia i pewne wydawnictwo jest nią zainteresowane.
Oliwia Hälterlein* – niemiecka pisarka, kulturoznawczyni i dramaturg pochodząca z Polski. Urodziła się w Bydgoszczy, w wieku trzech lat wyjechała z mamą do Niemiec. Studiowała slawistykę, literaturoznawstwo porównawcze, kulturoznawstwo, teatrologię i filmoznawstwo w Salzburgu, Krakowie i Berlinie oraz pisarstwo literackie w Niemieckim Instytucie Literatury w Lipsku. W 2020 roku opublikowała esej "Das Jungfernhäutchen gibt es nicht" ("Błony dziewiczej nie ma"). Jej debiutancka powieść "Wir Töchter" ("My, córki") ukazała się w Niemczech w 2026 roku nakładem wydawnictwa C.H.Beck.
Opracowanie Katarzyna Domagała-Pereira
Ile książek czytasz w ciągu roku?
... odpowiedzi






