Donald Trump, Xi Jinping, w tle Warszawa
Zmiany geopolityczne mogą wpłynąć na sytuację Polski. Foto: photocosmos1, givaga, Joey Sussman/Shutterstock

Za nami spotkanie Donalda Trumpa z Xi Jinpingiem w USA. Choć temat ten wydaje się nam skrajnie odległy, tego typu rozmowy przywódców największych na świecie państw mogą wpływać na bezpieczeństwo Polski. Dlaczego? I czy przed nami najtrudniejsze lata po 1989 r.?

REKLAMA

Pod koniec września br. doszło do spotkania Donalda Trumpa z przywódcą Chin, Xi Jinpingiem. Wielu komentatorów podkreśla fakt, że prezydent USA potraktował swojego odpowiednika z Państwa Środka jak równego sobie: czekał na jego przylot na lotnisku, a nie w Białym Domu, jak czyni w przypadku innych polityków.

Tego typu spotkania przywódców mocarstw budzą w Polsce pewne obawy i skojarzenia z podobnymi konferencjami z Teheranu czy Jałty. Czy tym razem było podobnie? W tym tekście przeanalizuję to, co dzieje się w relacjach USA-Chiny, a następnie przejdę do tego, co może to oznaczać dla naszego kraju.

USA i Chiny, czyli mocarstwa skazane na pułapkę Tukidydesa

Często w analizach dotyczących tego, co dzieje się dziś na świecie, szczególnie w relacjach USA z Chinami, pojawia się pojęcie "pułapki Tukidydesa". To nawiązanie do analizy historycznej politologa Grahama Allisona, który prześledził 16 przypadków z ostatnich 500 lat, gdy rosnące w siłę państwo zaczęło zagrażać pozycji dotychczasowego lidera. W 12 z 16 przypadków rywalizacja ta zakończyła się otwartym konfliktem zbrojnym. Tylko w czterech z nich wojny udało się uniknąć dzięki dyplomacji, ustępstwom lub zmianom strukturalnym (przykładem jest zimna wojna). Statystyka przemawia jednak za konfliktem zbrojnym.

Dlaczego analiza Allisona stała się w ostatnich latach tak popularna? Chodzi o to, że świetnie nadaje się do opisu tego, co ma miejsce obecnie na świecie. USA są mocarstwem, które traci swoje wpływy, słabnie gospodarczo (względem rywala) oraz militarnie.

By nie być gołosłownym: Pentagon najpierw, w 2021 r., w kompromitujący sposób wycofał się z Afganistanu, oddając ten kraj pod władzę talibów, a w tym roku został pokonany przez Iran, który sam zaatakował. Okazało się, że USA nie były w stanie przejąć kontroli nad Cieśniną Ormuz, przez którą w normalnych warunkach przepływało 20 proc. światowej podaży ropy, ani zasobów tego surowca należących do Teheranu. To wręcz zanegowanie statusu mocarstwa, które to państwo wręcz z definicji powinno mieć możliwość kontrolowania przepływów kapitału (w tym przypadku: ropy naftowej).

Na to nakłada się narastające w zastraszającym tempie zadłużenie USA, które w sierpniu br. przekroczyło historyczną granicę 40 bilionów dolarów. Do tego rentowność amerykańskich obligacji utrzymuje się w ostatnim czasie powyżej 5 proc., co oznacza, że ów dług staje się coraz "droższy" w utrzymaniu.

W drugim narożniku mamy z kolei Chiny z potężnym zapleczem produkcyjnym i silną flotą wojenną. Mają one ogromną przewagę nad USA w produkcji przemysłowej oraz w handlu międzynarodowym. Pod względem realnej siły gospodarczej prześcigają już Amerykanów (ceny w Chinach są przeciętnie znacznie niższe niż w USA; po uwzględnieniu tego faktu – tzw. parytetu siły nabywczej – chińska gospodarka jest już większa od amerykańskiej). Do tego Pekin dokonuje stale ogromnej modernizacji technologicznej. Posiada też największą liczebnie armię i marynarkę.

Swoją pozycję na świecie Chiny podkreśliły zresztą niedawno, gdy zablokowały eksport metali ziem rzadkich do USA, pokazując, że to one mają decydujący głos w kwestii przepływu kapitału na świecie (dla przypomnienia: to ten fakt decyduje o tym, kto tu rządzi).

Mamy więc stojące naprzeciwko siebie dwa mocarstwa i wydaje się kwestią czasu, aż jedno z nich postara się dodatkowo osłabić drugie wojną. Jak na razie jednak oba ze sobą rozmawiają.

Trump i Xi, czyli szczyt, który mógł przesądzić o losach świata

Za nami czwartkowe spotkanie Trumpa z Xi, od którego zacząłem ten artykuł. Obaj politycy rozmawiali o obecnej sytuacji gospodarczej i geopolitycznej. Jak podała agencja Xinhua, liderzy "wymienili poglądy" na temat wojny w Europie Wschodniej, na Bliskim Wschodzie i w kwestii Tajwanu. I tu robi się najciekawiej, choć – przynajmniej jak na razie – nie ujawniono zbyt wielu szczegółów dot. tego, jakie ustalenia zapadły. Przywódca Chin powiedział tylko, że był to "historyczny moment".

Nas interesuje szczególnie europejski kontekst rozmów, o którym wiemy niewiele. Rzekomo podjęto temat wojny na Ukrainie. Xi miał nakłaniać też Trumpa, by negocjował pokój z Iranem. W kwestii mu najbliższej, czyli Tajwanu, był o wiele bardziej stanowczy, wręcz zahaczając o groźbę.

– Mamy nadzieję, że strona amerykańska będzie trzymać się właściwego stanowiska sprzeciwiającego się "niepodległości" Tajwanu [Pekin uważa wyspę za część swojego terytorium – red.], ostrożnie podejdzie do problemu i położy solidne fundamenty pod współpracę strategiczną – powiedział agencji Xinhua.

Amerykańskie media komentują spotkanie w o wiele bardziej zjadliwy sposób. Dziennik "Financial Times" napisał, że w czasie wizyty "przepych przeważał nad treścią", z kolei "The Guardian" określił rozmowy jako formę "diplotainmentu" (chodzi o połączenie słów "diplomacy" z "entertainment", czyli fuzję dyplomacji z rozrywką).

Co to oznacza dla Polski?

Choć samo spotkanie Xi z Trumpem dziś jest oceniane przez amerykańskie media źle, do historii może przejść zupełnie inaczej. Jak już wspomniałem, Trump potraktował swojego chińskiego odpowiednika jak równego sobie. Na gestach jego polityka jednak się nie kończy.

Spójrzmy też na czyny. W sierpniu prezydent USA puścił w stronę chińskiego bloku inny przyjazny sygnał. Nakazał skrócić i ograniczyć wspólne manewry wojskowe z Koreą Południową. Decyzję uzasadnił wysokimi kosztami ćwiczeń, ale też dobrymi relacjami z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem, sojusznikiem Chin.

I ponownie: choć mowa o wydarzeniach z drugiego krańca świata, dla Polski sytuacja staje się nieciekawa.

Czy ten schemat działania USA – niezależnie od tego, kto będzie mieszkał w Białym Domu – przeniosą do Europy? Istnieje takie zagrożenie. I właśnie w tym momencie przejdźmy do tego, co to wszystko oznacza dla naszego kraju.

Najważniejsze pytanie: czy USA nadal będą gwarantem bezpieczeństwa Polski? Jeżeli Waszyngton nadal będzie coraz bardziej koncentrować się na Chinach, Pacyfiku i Bliskim Wschodzie (jak ma to miejsce obecnie), Europa może mocno stracić na znaczeniu. Możemy wtedy znaleźć się w sytuacji, w której amerykańskie gwarancje będą formalnie istnieć, ale w praktyce USA nie będą miały zasobów, by bronić nas przed Rosją.

Właściwie w tej sytuacji możemy być częściowo już teraz. Jeżeli wierzyć w doniesienia medialne, USA zużyły w wojnie z Iranem sporą część swoich zasobów rakiet i w razie np. ataku Moskwy na kraje NATO, nie będą mogły odpowiedzieć w zdecydowany sposób.

Możliwy jest też alternatywny scenariusz: Amerykanie wycofają się z części świata, w tym Azji, oddając tę strefę wpływu Chinom. Dziś wydaje się to mało realne (przynajmniej bez wojny), choć ostatnie gesty Trumpa sugerują ten wariant. Dla Polski oznaczałoby to szczególną sytuację, gdyż znajdujemy się na wschodniej flance NATO i bezpośrednio graniczymy z obszarem rosyjskich interesów. W okresie zawirowań może oznaczać to problemy w tej części świata, gdyż Moskwa może chcieć wykorzystać osłabienie USA i testować system obrony Paktu Północnoatlantyckiego.

Co to oznacza w praktyce dla naszego kraju? Dalsze, rosnące wydatki na obronność, które mogą ograniczać politykę socjalną oraz inwestycje w inne obszary funkcjonowania państwa (kulturę, infrastrukturę, system ochrony zdrowia i inne). Problem nie jest więc wydumany, gdyż może to wpłynąć na funkcjonowanie nas wszystkich.

W okresach geopolitycznych napięć inwestorzy będą też ostrożniej podchodzić do państw położonych na wschodniej flance NATO, co może oznaczać wyższy koszt finansowania długu (skok rentowności polskich obligacji), większą zmienność kursu złotego i ostrożność części zagranicznych firm na polu inwestycji, co może przełożyć się na większe bezrobocie.

Właściwie pierwsze zapowiedzi tego wszystkiego już otrzymaliśmy. Jak dowiedzieliśmy się kilka dni temu, agencja ratingowa Moody’s obniżyła Polsce długoterminowy rating z poziomu A2 na A3 (to najniżej od 2002 r.). Powód? Trwałe pogorszenie kondycji finansów publicznych i rosnące koszty obsługi długu. Wydatki rządowe rosną m.in. z powodu wydatków na zbrojenia.

Choć trudno dziś wyobrazić sobie scenariusz, w którym kolejny rząd zacznie np. redukować politykę socjalną, by sprostać wydatkom na zbrojenia, w dłuższej perspektywie staje się to możliwe. Alternatywą może być dalsze zadłużanie Polski, co może jednak zakończyć się kryzysem zadłużeniowym.

Jak bardzo odległe konflikty wpływają na nasze finanse, pokazał już marzec: wojna nerwów toczyła się wokół Iranu, a rakiety na Bliskim Wschodzie uderzyły również w portfel Polaka.

Podsumowanie

Sytuacja na świecie stała się mocno niestabilna. Dla Polski najważniejsze może być to, co wydarzy się nawet tysiące kilometrów od naszego kraju. Jeżeli świat rzeczywiście wchodzi w okres coraz ostrzejszej rywalizacji między mocarstwami, Warszawa będzie musiała funkcjonować w znacznie trudniejszym otoczeniu: wydawać więcej na obronność, liczyć się z większą zmiennością rynków i jednocześnie zabiegać o to, aby Polska nie znalazła się na marginesie amerykańskich kalkulacji strategicznych.

Historia pokazuje, że kiedy wielkie mocarstwa układają między sobą nowy porządek, mniejsze państwa nie zawsze mają wpływ na jego kształt. Mogą jednak zadbać o to, by w momencie kolejnego przesilenia były możliwie silne gospodarczo, militarnie i politycznie.

Sonda

Czy w razie wojny z Rosją USA przyjdą nam z pomocą?

... odpowiedzi