Po co PiS chce licencji dla dziennikarzy i artystów? Swoich nagrodzić, resztę ukarać

Konrad Bagiński
W programie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości można znaleźć zapowiedź zmian w zawodach artysty i dziennikarza. Nowinką ma być powołanie samorządu dziennikarzy, który zadba o "standardy etyczne i zawodowe" oraz uznawanie kto jest a kto nie jest artystą. Plan rodem z PRL jest jasny: jednym można zabierać pieniądze, drugim dawać.
Czesław Niemen w okresie PRL dwukrotnie oblał państwowy egzamin na artystę scenicznego Foto: Grażyna Jaworska / Agencja Gazeta
Politycy PiS tłumaczą jeden przed drugiego, że samorząd będzie dbał o to, żeby dziennikarze nie mogli w mediach społecznościowych łamać standardów etycznych i pomawiać polityków o popełnienie czynów niegodnych lub zakazanych. Opozycja dowodzi, że to próba kneblowania dziennikarzy, którzy często właśnie na Twitterze czy Facebooku zamieszczają pierwsze informacje na temat nadużycia władzy i afer politycznych.

Z kolei każdy, kto zawodowo zajmuje się rozrywką musiałby wystąpić o potwierdzenie statusu "artysty zawodowego" oraz dostać specjalną kartę. Dlaczego PiS w swoim programie umieścił punkty dotyczące swoistych licencji na bycie dziennikarzem lub artystą?


To pomysł żywcem wzięty z Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Centralne zarządzenia określające kto może a kto nie może być muzykiem zaczęły działać w 1967 roku i przetrwały aż do lat 80. Jak to wyglądało w praktyce? Jeśli ktoś chciał grać lub śpiewać, musiał zdać egzamin na muzyka. Istniało kilka kategorii muzyków i od nich zależały stawki, jakie mogli im wypłacać organizatorzy koncertów. Były one odgórnie ustalone, więc za koncert wszyscy o danej kategorii dostawali (teoretycznie) tyle samo.
Czesław Niemen ze Zbigniewem Preisnerem - który nie skończył żadnej szkoły muzycznej i nauczył się wszystkiego "ze słuchu"Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
Skazany na kotleta
Muzycy byli podzieleni na 3 kategorie: gastronomiczną, estradową i ministerialną. Pierwsza uprawniała do “grania do kotleta”, a egzaminy odbywały się w terenie. Kategoria estradowa wymagała stawienia się na egzamin w Warszawie. Trzecią przyznawał minister kultury. Najczęściej było tak, że jedni muzycy oceniali drugich.

Efekty potrafiły być komiczne. Na przykład Czesław Niemen podczas pierwszego egzaminu dowiedział się, że nie umie śpiewać. Podczas drugiego poległ na pytaniach z dziedziny teatru. Obraził się i do trzeciego już nie podszedł. Inni muzycy wystąpili do Ministerstwa Kultury o przyznanie Niemenowi prawa wykonywania zawodu i minister przyznał mu którąś z kategorii. Ale obrażony muzyk ponoć nigdy tego dokumentu nie odebrał.

Z dziennikarzami było podobnie – to partia decydowała o tym, kto, gdzie i co może pisać. A nad wszystkim pieczę sprawowała cenzura. Przywilejem władzy było więc uznawanie kogoś za dziennikarza oraz odbieranie prawa do zawodu osobom niepokornym. A pisać można było tylko o sukcesach, zakładach przemysłowych, rozwijającym się przemyśle. Bohaterka filmu “Człowiek z marmuru”, Agnieszka, dowiaduje się od promotorów, że ma zrobić materiał o hucie, tonach stali i tym podobnych sprawach.

PiS idzie w stronę PRL
Oba punkty programu PiS budzą szczególne zdumienie - są po prostu wiernym nawiązaniem do socjalizmu. Oczywiście podane w lekkim sosie, okraszonym przez wicepremiera Glińskiego zapewnieniem, że przecież władza nie chce ingerować w media, ale pomagać dziennikarzom. Tego samego Glińskiego, który po tekstach Onetu o milionach lekką ręką trwonionych przez Polską Fundację Narodową orzekł, że to "propaganda" a redakcja "ma interes w tym, żeby podważać sensowność działań polskiego państwa".
Jan Pietrzak jest obecnie jednym z ulubieńców prawicy, choć żali się czasem, że nawet TVP już nie chce pokazywać jego koncertów.Fot. Roman Rogalski / Agencja Gazeta
Ale fakt, że rząd zamierza licencjonować czy akredytować dziennikarzy i artystów, może mieć też podłoże finansowe. Wiele osób nie pamięta o tym, że twórcy - a więc na przykład muzycy, dziennikarze, architekci czy naukowcy - mogą korzystać ze specjalnych przywilejów podatkowych. Uznaje się bowiem, że koszt uzyskania przychodu to w ich przypadku 50 proc. - w wyniku tej kalkulacji płaci się mniejszy podatek. Jeśli to władza będzie mogła decydować o tym, kto jest dziennikarzem lub artystą, może bez problemu pozbawić sporą część tych środowisk ulgi, a więc wyprowadzić uderzenie w ich finanse.

Nie da się przy tym ukryć faktu, że władze sprzyjają pewnym mediom i organizacjom. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich już dawno zostało przejęte przez akolitów “dobrej zmiany”. Teoretycznie jest więc możliwa sytuacja, gdy Jacek Karnowski egzaminuje Monikę Olejnik i sprawdza czy nadaje się ona na dziennikarkę. Podobnie jak Jan Pietrzak robiący przesłuchanie Adamowi Darskiemu (Nergalowi).

Jeśli rząd nie planuje finansowego uderzenia w niepokornych wobec władzy dziennikarzy bądź nielubianych przez siebie artystów, to bez problemu będzie mógł wspierać tych, których potrzebuje. Nie zdziwmy się więc, gdy do zblatowanych z władzą dziennikarzy i muzyków występujących jedynie na "patriotycznych" koncertach popłynie szeroka rzeka grantów, socjalu i ubezpieczeń.