Ekonomiczne bzdury Kaczyńskiego. Śmieszy, tumani, przestrasza

Konrad Bagiński
27 czerwca 2022, 14:22 • 1 minuta czytania
Weekend w wykonaniu prezesa PiS oznaczał spotkania z wyborcami – m.in. we Włocławku, Grudziądzu i Inowrocławiu. Podczas nich zaprezentował kilka dość oryginalnych tez, które udowadniają, że o ekonomii i gospodarce Kaczyński nie ma zielonego pojęcia. A jeśli ma, to świadomie opowiada rzeczy, które z rzeczywistością nie mają wiele wspólnego.
Jarosław Kaczyński spędził weekend na spotkaniach z wyborcami Lukasz Piecyk/REPORTER
Więcej ciekawych artykułów znajdziesz na stronie głównej

Obserwuj INNPoland w Wiadomościach Google

Kaczyński dobrodziej - daje pieniądze

- Wszędzie przeznaczyliśmy bardzo dużo nowych środków, wszędzie były podwyżki, wszędzie były środki na różnego rodzaju przedsięwzięcia modernizacyjne (...). Nasze państwo stało się nieporównanie bardziej wydajne i nieporównanie bardziej służebne wobec społeczeństwa, wobec Polaków, wobec naszego narodu – mówił prezes PiS na jednym z weekendowych spotkań.


Tezom Kaczyńskiego przeczy choćby rozkład systemu ochrony zdrowia, który uwypukliła pandemia. Brakuje nam lekarzy, pielęgniarek, szpitalom rośnie zadłużenie. Nauczyciele nadal zarabiają niewiele a ich zarobki – nawet jeśli rosną – to o wiele wolniej niż inflacja. Nad krajem wiszą groźby strajków urzędników, pracowników ZUS, prokuratur i słabo opłacanej budżetówki. Podczas rządów PiS wydatki na administrowanie i zarządzanie krajem – w okresie 2015–2020 spadły z 4,9 do 4,4 proc. PKB. Średnia unijna jest o połowę wyższa.

Kaczyński dodał, że w tym roku wydatki społeczne wynoszą, mimo kryzysu, już przeszło 60 mld zł. Mówił też, że wyraźnie wzrosły wydatki na obronę, kulturę, oświatę. Powstaje jednak pytanie, czy państwo które musi rozdawać pieniądze swoim obywatelom działa wydajnie?

Wspomniane przez Kaczyńskiego pieniądze poszły na 500+ oraz 13. i 14. emeryturę. Nie na zdrowie, oświatę czy inne usługi publiczne. Czy spełniły swoje zadanie? 500 plus miało działać prodemograficznie, nie zadziałało. Władza zaczęła więc twierdzić, że wyciągnęło ludzi z biedy, posługując się przy tym zmanipulowanymi danymi. Fakty są takie, że spadło zagrożenie ubóstwem, ale nie samo ubóstwo. W to zaś w 2021 wpadło 100 tys. więcej dzieci niż rok wcześniej.

Biorąc pod uwagę dane dla wszystkich grup społecznych, ubóstwo ciągle rośnie. Tak wynika z raportu GUS za lata 2019-202 (nowszego nie ma).

W 2020 r. zwiększył się zasięg zarówno ubóstwa relatywnego, jak i ustawowego w Polsce, wynika z danych opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny. W 2020 roku wzrosła liczba Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie, a na trudności z pieniędzmi szczególnie narażeni są rolnicy, osoby utrzymujące się ze świadczeń społecznych oraz renciści.

Kaczyński nie kradnie (jak poprzednicy)

Kaczyński kilka razy mówił, że jego władza udowodniła, że możliwe jest jednoczesne zmniejszanie podatków i zwiększanie transferów socjalnych. Sugerował, że jego poprzednicy kradli, chowali pieniądze w Szwajcarii, dodawał, że spadła luka VAT a wpływy do budżetu rosną. Nie zauważył, że rośnie też gospodarka, więc pieniędzy w budżecie jest po prostu więcej a domniemane mafie VAT jakoś nie siedzą w więzieniach. A pomimo faktu, że pieniędzy w budżecie jest więcej, rośnie też zadłużenie Polski. Nieco ponad dwa lata temu dług poza budżetem Polski wynosił ok. 55 mld zł. W ostatnim czasie spuchł jednak jak balon i na koniec 2021 r. wynosił już 260 mld zł. To efekt masowego tworzenia specjalnych funduszy Banku Gospodarstwa Krajowego. Kontrolę nad nimi ma rząd, a parlament nie ma nic do powiedzenia.

Liczony według unijnej metodologii dług sektora instytucji rządowych i samorządowych (EDP) na koniec 2021 r. wyniósł w Polsce rekordowe 1,41 bln zł. To o 5 proc. więcej niż rok temu, 40 proc więcej niż 5 lat temu i aż 65 proc. więcej niż przed dziesięcioma laty. Tezy Kaczyńskiego nie wytrzymują więc zderzenia z rzeczywistością.

Kaczyński piętnuje deweloperów

- Tu uczciwie mówię: nie udało nam się złamać tego układu, który został stworzony na początku lat 90., który zapewnił pewnym bardzo niewielkim grupom, z reguły z jednego środowiska, zdobywać ogromne zyski - temu układowi deweloperskiemu. Nie udało się tego złamać, nie udało się doprowadzić do tego, żeby w Polsce można było możliwie tanie mieszkania budować na wielką skalę. Pamiętajcie państwo, że te 270 tys., bo tyle podobno mieszkań ma być w tym roku - oczywiście to nie jest jeszcze pewne - to będzie rekord ostatnich trzydziestu paru lat, no ale przy końcu Gierka wybudowano więcej, 298 tys. To jest wstyd - mówił prezes PiS.

Słowem – Kaczyński skrytykował branżę deweloperską. Pewnie można jej sporo zarzucić, ale to właśnie deweloperzy podejmują rynkowe ryzyko i rocznie oddają do użytku grubo ponad 100 tysięcy mieszkań. Od 2015 do końca 2021 roku wybudowali ponad 844,5 tysiąca mieszkań. Ponad drugie tyle było na koniec zeszłego roku w budowie. W tym samym okresie inwestorzy indywidualni zbudowali sobie prawie 600 tysięcy domów jednorodzinnych.

W 2021 roku rozpoczęto budowę 277,4 tys. mieszkań. Wspomniany przez Kaczyńskiego rekord epoki Gierka z 1978 roku to 283,6 tys. oddanych mieszkań.

Warto zauważyć, że PiS próbował „przełamać” tę przeszkodę i ogłosił program Mieszkanie Plus. Jego efekty są obiektem kpin. Historia programu Mieszkanie Plus sięga roku 2016 roku, kiedy to rząd wyszedł z pomysłem budowania tanich mieszkań na wynajem w ramach Narodowego Programu Mieszkaniowego. Jak pisaliśmy w INNPoland jeszcze wiosną ubiegłego roku, z obiecanych w 2019 roku 100 tys. mieszkań z hucznie zapowiadanego programu powstała lekko ponad jedna czwarta. Rządy PiS okazały się w tej kwestii głęboko niewydolne. Nawiasem mówiąc przedstawiciele rządu wcześniej chwalili się tym, że w Polsce buduje się prawie 200 tysięcy mieszkań rocznie. Według Kaczyńskiego to jednocześnie dobrze i źle.

Kaczyński walczy z inflacją

- Były tarcze - ok. 200 mld zł przekazanych przede wszystkim przedsiębiorstwom - i to musiało wywołać jakiś impuls inflacyjny. Tylko on byłby nieporównanie słabszy i pewnie dzisiaj by już wygasał - byłby, ale na poziomie kilkuprocentowej inflacji - stwierdził szef PiS. - Wyższej niż była przedtem, ale do zniesienia – dodał Kaczyński.

Prezes PiS się myli. Wystarczy sięgnąć do danych Głównego Urzędu Statystycznego. Inflacja w maju wyniosła 13,9 proc. i wzrosła z 12,4 proc. w kwietniu. Jednocześnie wzrosła inflacja bazowa - z 7,7 proc. w kwietniu do 8,5 proc. w maju. To wskaźnik, na który nie mają wpływu wojna, Putin i inne plagi. Ona nie wygasa, ona rośnie.

Kaczyński wyjaśnił też, że drugi impuls to "impuls putinowski".

- To są ogromne wzrosty cen wszelkiego rodzaju paliw potrzebnych do energetyki, ale w ogóle wszelkich frachtów, surowców, wszystkiego, co jest potrzebne, żeby prowadzić handel zagraniczny i zdobywać różne towary dla Polski – perorował. Tu Kaczyński ma rację, ale myli się co do rozwiązań, jakie stosuje rząd. Ten de facto nie walczy z inflacją, lecz z jej skutkami. Tarcze antyinflacyjne nie powodują zmniejszenia inflacji, lecz jej zwiększenie. Łagodzą jednak część skutków tego zjawiska, szczególnie dla osób mniej zamożnych. Przy okazji tarcze wydłużają okres inflacji. Dziś wiadomo, że jej szczyt może przyjść późną jesienią, pierwotnie był zapowiadany na lato.

Kaczyński pozwala zarabiać więcej

- Nawet dzisiaj w stosunku do inflacji wzrost płac jest wyższy niż inflacja. Wiem, że to trudne do uwierzenia, ale tak jest, a niedługo przyjdą dane OECD, czyli 36. najbogatszych państw świata, Polska należy do tej organizacji, no i okaże się, że pod pewnym względem jesteśmy jedynym krajem, ale nie chcę tutaj więcej o tym mówić, niech te dane staną się danymi oficjalnymi - mówił Kaczyński we Włocławku.

Trudno powiedzieć czy przeoczył dane GUS, czy celowo je pominął. Inflacja ścigała wzrost wynagrodzeń i w końcu go przegoniła. Stało się to w maju. W tym właśnie miesiącu wynagrodzenia w Polsce wzrosły o 13,5 procent, zaś inflacja 13,9 proc. - wyprzedziła wzrost zarobków. Na dodatek średnia pensja w Polsce (w sektorze przedsiębiorstw) spadła z 6626 zł w kwietniu do 6399 złotych brutto w maju. Polacy zarabiają więc coraz mniej.