
„Oceanograf” – tak został ochrzczony katamaran, jaki stocznia Nauta zbudowała dla Uniwersytetu Gdańskiego. To miała być najnowocześniejsze pływające laboratorium na Bałtyku, ba, niektórzy mówią, że w całej Europie. Stocznia miała ją zbudować w nieco ponad rok i przekazać naukowcom już wiosną 2014 roku. Statek do dziś jej nie opuścił, choć od roku nie są prowadzone na nim żadne prace. Na dodatek, obie strony kontraktu wylądowały w sądzie – być może na kolejne lata. Ze wzajemnych zarzutów można wywnioskować, że proces zamawiania i realizacji projektu był najeżony niedopowiedzeniami oraz decyzjami, które przełożyły się na 16 milionów złotych, o jakie toczy się sądowa batalia.
I tu zaczęły się schody. Największą przeszkodą okazał się projekt, który – trzeba podkreślić – wykonawcy zaakceptowali. Jego oczywistym parametrem była długość jednostki: 40 metrów. – Statek rzeczywiście został zaplanowany na 40 metrów. Ale po badaniach modelowych na basenie, okazał się nie do realizacji. Krótko mówiąc, obowiązuje prawo Archimedesa: statek 40-metrowy nie uzyskałby założonych warunków pływania, czyli zanurzenia, co jest parametrem decydującym dla tego statku. Został więc zbudowany na 49,5 metra – komentuje w rozmowie z INN:Poland kierujący w stoczni Nauta projektem inż. Andrzej Rachwalski.
Chociaż „odbiór” to słowo idące zbyt daleko, w gruncie rzeczy przedstawiciele uczelni potwierdzili po prostu usunięcie wad. „Oceanograf” dziś przypomina morskie cudo spod igły – począwszy od pomieszczeń socjalnych (kuchnia, pralnia, suszarnia, kajuty dla 20 osób), przez część laboratoryjną (laboratoria mokre, pomiarowe, sterylne, termostatyzowane), po las żurawi i dźwigów na pokładzie, pełny wachlarz sonarów i innych urządzeń pomiarowych, udogodnienia technologiczne i luksusowe – na miarę warunków morskich – warunki funkcjonowania i pracy osób na pokładzie. Tyle że owe cudo po dziś dzień stoi w stoczni.
