Wybory za pasem, Morawiecki obiecuje prowincji miliardy. Tyle że jedna ręka daje, a druga odbiera

Premier Mateusz Morawiecki ma kolejny pakiet programów: tym razem ich beneficjentami miałyby być samorządy i mieszkańcy mniejszych ośrodków.
Premier Mateusz Morawiecki ma kolejny pakiet programów: tym razem ich beneficjentami miałyby być samorządy i mieszkańcy mniejszych ośrodków. Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta
„Piątką Morawieckiego” szef rządu kokietował wyborców i sympatyków już w kwietniu. Teraz z okazji zbliżających się wyborów samorządowych przygotował kolejny pakiet tego typu: adresowany do mniejszych miast i miasteczek w Polsce. Ale dopłaty do termomodernizacji domów czy siłowni na świeżym powietrzu to – przy realnych kłopotach burmistrzów i wójtów – symboliczny dodatek.


Nowa „piątka”, przedstawiona na niedzielnej konwencji, to program termomodernizacji „Ciepły dom” i program promujący segregację śmieci; plan działań na rzecz „otoczenia domu” – zwiększenie nakładów na domy seniora oraz obiekty dla dzieci i rodzin (place zabaw czy siłownie plenerowe).


Do tego należy dodać program „Nowoczesna gmina” zasadzający się na remontach „chodników, dworców i autobusach”; „100 Megabitów na 100 lat niepodległości Polski”, czyli rozbudowa sieci szerokopasmowego internetu, by móc podłączyć do niego wszystkie gminy i 20 tys. placówek szkolnych; i wreszcie – pod hasłem „Mieszkasz-decydujesz” – wsparcie dla budżetów obywatelskich.


Samorządowców, szczególnie tych, którzy nie są związani z rządzącymi ugrupowaniami politycznymi, te propozycje nie zachwycają. – To jest korupcja polityczna – narzeka w rozmowie z INN:Poland Bogusław Kośmider, przewodniczący Rady Miasta Krakowa.

Zadania zlecone: przekleństwo gminnego budżetu
Mocne słowa, ale też lokalni włodarze od lat toczą z rządami w Warszawie boje o pieniądze. Przede wszystkim o tym, by im tych pieniędzy – w taki czy inny sposób – nie odbierać. Upraszczając, można by uznać, że proces ten był realizowany na dwa sposoby: po pierwsze, gminom przekazywano tzw. zadania zlecone (np. wydawanie dowodów osobistych).
Miały być one finansowane z pieniędzy z budżetu centralnego, z czasem jednak okazywało się, że dotacji na ten cel nie doszacowano i gminy coraz więcej dopłacają do ich realizacji. Ogólnopolskie Porozumienie Organizacji Samorządowych szacowało, że 75 proc. inwestycji z obszaru zadań zleconych finansowano ze środków własnych samorządów.


Po drugie, w poprzednich latach samorządy mogły rozliczać VAT na stosunkowo liberalnych zasadach. Pod koniec 2016 r. zasady uległy jednak gwałtownemu zaostrzeniu – i fiskus zaczął zgłaszać się do lokalnych władz z żądaniem uregulowania „zaległości”. Przykładowo, w Żywcu było to 280 tysięcy złotych, w większych miastach kwoty szły w miliony. Sytuację okrzyknięto wówczas „najgorszym kryzysem finansowym w historii polskich samorządów”.

Ów finansowy dołek nie tylko wywołał powszechne narzekania, ale też pchnął niektórych włodarzy do demonstracyjnych protestów. Takim aktem była bowiem zapowiedź prezydenta Nowej Soli, Wadima Tyszkiewicza, złożenia pozwu przeciw rządowi – z żądaniem zwrotu pieniędzy, które miasto musiało dołożyć do zadań zleconych.

– Straty, jakie ponosimy z tytułu niedofinansowanych zadań zleconych są ogromne i nie możemy pozwolić sobie, by odbywało się to kosztem realizacji naszych zadań własnych – podsumowywał wówczas Tyszkiewicz. – Samorządy są takim wdzięcznym obszarem, z którego można wyciskać, jak rząd potrzebuje – uzupełnia Kośmider. – I to niezależnie od tego, jaka władza siedzi w Warszawie.

Rząd wybuduje, ale to gmina będzie musiała utrzymać
Kośmider uważa, że urzędy stanu cywilnego (tylko w 2015 r. pochłonęły 23 mln zł ze środków własnych gmin) to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Największe problemy finansowe gmin to szkolnictwo, pomoc społeczna i służba zdrowia. – Do każdych 2 złotych na szkoły dopłacamy złotówkę – wyjaśnia nam krakowski samorządowiec.
W podobny sposób Kraków prowadzi programy pomocowe, dopłacając do wymiany kopcących systemów grzewczych. Wykłada około jednej trzeciej środków potrzebnych na dostarczanie mieszkańcom usług administracyjnych (takich jak wspomniane urzędy stanu cywilnego). – Inwestycyjnie dofinansowujemy szpitale: remonty, modernizacja, wyposażenie. To potężna pula, zwłaszcza tam, gdzie jest wielu starszych pacjentów – wylicza Kośmider.

Zresztą samorządowcy od kilku dobrych lat mają jeszcze większe zmartwienie, weźmy budowlankę, w której kosztorysy zamawiających samorządów coraz bardziej rozjeżdżają się z wycenami firm budowlanych, co skutkuje zastojem na placach budów. Po prostu lokalnych władz nie stać na to, by budować.

Z tej perspektywy propozycje premiera Morawieckiego nie robią wielkiego wrażenia. Program termomodernizacji budynków czy zwiększanie nakładów na domy seniora to chwalebne dodatki, ale adresujące najbardziej palące potrzeby w stosunkowo niewielkim stopniu. Tak samo jak 300 mln na dofinansowanie budżetów obywatelskich.

Podobnie obiekty rekreacyjne można porównać do sławetnych „Orlików”: fajnie, że je wybudowano, ale kto będzie płacić za ich bieżące utrzymanie? A czy podłączenie szkół do szerokopasmowego internetu nie jest generalnie zadaniem ministerstwa edukacji lub cyfryzacji, które powinno być realizowane bez względu na programy lub ich brak?
Decyzje, co budować, zapadną w Warszawie
To retoryczne pytania. Skądinąd, jednym z budzących emocje elementów „piątki” jest punkt trzeci, czyli program „Nowoczesna gmina”. – To chodnik, dworzec, autobus – opisywał obrazowo Morawiecki. Istotą programu jest bowiem rozbudowa infrastruktury, od chodników przez dworce, po linie autobusowe, których na prowincji wiele w ostatnich miesiącach zlikwidowano.

Kontrowersje wiążą się z faktem, że decyzje o tym, kto potrzebuje chodnika, a kto – dworca, zapadać będą w Warszawie. A z Warszawy widać gorzej – powtarzają samorządowcy. A na dodatek, przy ręcznym sterowaniu programami, może się okazać, że środki popłyną tam, gdzie wyborcy wskażą włodarza z PiS.

Szef rządu nie ujawnił zbyt wiele, jeżeli chodzi o finansowe założenia swoich obietnic. Wiemy, że na nowe place zabaw i obiekty rekreacyjne ma popłynąć w sumie około 500 mln zł, 300 milionów przeznaczono na dofinansowanie projektów składanych w ramach budżetów obywatelskich, 4 miliardy ma kosztować podłączenie gmin do szerokopasmowego internetu.

– Z jednej strony dobrze, gdy z góry przychodzą jakieś pieniądze. Ale jak nie przychodzą, to też sobie radzimy. Taniej i lepiej niż władza centralna mogłaby to zrobić – kwituje Kośmider. Gdyby tylko nie fakt, że władza finansuje swoją hojność, drugą ręką dociskając samorządom finansowe śruby.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...