
Premier Donald Tusk nie bawi się w dyplomację. Ewentualną odmowę podpisu pod ustawą budżetową na 2026 rok przez prezydenta Karola Nawrockiego nazywa wprost "złośliwą fanaberią". Wie, że Nawrocki nie ma wielkiego pola manewru, ale to ryzykowna gra. Opozycja chce, by zagrał w nią również Trybunał Konstytucyjny.
Szef rządu, oprócz złośliwości, wysyła jasny sygnał: niezależnie od politycznych gier w Pałacu Prezydenckim finanse państwa są nie do ruszenia. I co najważniejsze z punktu widzenia prawa – premier ma rację, bo w kwestii budżetu Konstytucja nie daje prezydentowi "atomowego guzika".
Co ciekawe, od kilkunastu dni w prawicowych mediach i społecznościówkach mnożą się teorie dotyczące konsekwencji niepodpisania ustawy budżetowej, w spektrum których wchodzić ma upadek rządu Tuska. Nie są one oparte na jakichkolwiek sensowych przesłankach, aczkolwiek jest w nich pewne ziarenko nadziei.
Stawką ruchów wokół budżetu teoretycznie jest najważniejsza ustawa w roku, opiewająca na blisko bilion złotych wydatków. Donald Tusk, pytany o potencjalne ruchy prezydenta Nawrockiego, przyjął strategię totalnej marginalizacji roli głowy państwa w tym procesie.
Tusk: "Nie interesuje mnie opinia prezydenta"
Premier postawił sprawę jasno: państwo będzie funkcjonować, a pieniądze będą wypłacane, niezależnie od tego, co zrobi prezydent. – Jeśli prezydent podpisze budżet, uznam to nawet nie za dobry gest, tylko coś normalnego. Jeśli nie podpisze, uznam to za złośliwą, niepotrzebną fanaberię, ale to niczego nie zmieni – stwierdził Donald Tusk.
Słowa o "złośliwej fanaberii" to jeden z najostrzejszych komentarzy premiera pod adresem obecnej głowy państwa. Tusk dodał wręcz, że w tej materii "opinia głowy państwa go nie interesuje", choć zaznaczył, że podpis byłby rozwiązaniem "cywilizowanym, naturalnym i oczywistym".
Pewność siebie premiera nie wynika z arogancji, ale z twardych zapisów Konstytucji RP. W polskim systemie prawnym prezydent nie ma prawa weta wobec ustawy budżetowej. To kluczowy bezpiecznik, który ma chronić stabilność finansową państwa przed paraliżem politycznym.
Prezydent Karol Nawrocki ma na biurku tylko dwie opcje (zamiast standardowych trzech):
- Podpisać ustawę (w ciągu 7 dni).
- Skierować ją do Trybunału Konstytucyjnego (również w ciągu 7 dni).
Nie ma opcji "nie zgadzam się i odsyłam do Sejmu". Co więcej, nawet skierowanie ustawy do TK nie zatrzymuje biegu wydarzeń. W takim przypadku rząd działa na podstawie przedłożonego projektu ustawy budżetowej. – W przypadku skierowania ustawy budżetowej do Trybunału Konstytucyjnego sytuacja w praktyce się nie zmieni – punktuje celnie premier.
To racja. Ale im dalej, tym śmieszniej
Tu zaczynają się schody. Obecnie w Trybunale zasiada jedynie 9 z 15 sędziów. A w sprawie budżetu TK musi orzec w pełnym składzie, czyli co najmniej 11 sędziów. Jednakże w lipcu Trybunał (de facto nieuznawany przez rząd, a na pewno działający co najmniej wadliwie) niejednogłośnie uznał przepis ustalający wymóg minimalnego kworum za niekonstytucyjny. A więc sam doszedł do wniosku, że może się zebrać w składzie 9 sędziów i orzec w sprawie ustawy budżetowej. Jeśli tak się stanie, będzie naprawdę ciekawie.
Jeśli TK odrzuci budżet, rząd zapewne nie uzna tego za prawidłowy ruch i zażąda podpisu od prezydenta. A jak ten nie podpisze, to pewnie i tak będzie budżet realizować. Prezydent z kolei stanie przed skomplikowanym wyborem. A wszystko jest pokłosiem sytuacji z 2015 roku, gdy PiS nielegalnie wybrało nadwyżkę sędziów do Trybunału Konstytucyjnego.
Artykuł 225 Konstytucji faktycznie daje możliwość prezydentowi skrócenia kadencji Sejmu, jeśli do 30 stycznia nie dostanie ustawy budżetowej gotowej do podpisu. Dostał ją, ma czas do 20 stycznia. Jeśli skieruje ją do TK, to wątpliwe jest, czy ten organ wyrobi się w ciągu kilku dni.
Pewne jest jedno: będzie ciekawie. Bo rząd równie dobrze może poprawić budżet wedle wskazań TK i wytrącić oręż Nawrockiemu.
Na co wydamy pieniądze w 2026 roku?
Skoro wiemy już, że budżet będzie realizowany (z podpisem prezydenta lub w trybie operacyjnym w cieniu TK), warto spojrzeć na liczby, które determinują kondycję polskiej gospodarki w tym roku.
Plan na 2026 rok to potężne wyzwanie fiskalne:
Rząd zakłada, że silnikiem napędowym wpływów pozostanie konsumpcja. Z samego podatku VAT do kasy państwa ma wpłynąć 341,5 mld zł, a z akcyzy kolejne 103,3 mld zł. Firmy (CIT) dorzucą ponad 80 mld zł.
Kluczową informacją dla rynków obligacji jest wskaźnik długu. Relacja państwowego długu publicznego do PKB ma wynieść 53,8 proc. To ważny sygnał – mimo gigantycznych wydatków (m.in. na zbrojenia), Polska planuje utrzymać się poniżej konstytucyjnego progu ostrożnościowego wynoszącego 55 proc.
Zobacz także
