
Jak to możliwe, że – dajmy na to – w Rossmannie ten sam produkt ma różne ceny? I w sklepie jest droższy, a nawet znacznie droższy niż na stronie czy w aplikacji? Rodzi to konflikty i niepotrzebne napięcia miedzy klientami i sprzedawcami.
Rozwój różnych kanałów sprzedaży i konkurencja między nimi zaczyna rodzić pewne sprzeczności i absurdy. Często są one niejasne nie tylko dla klientów, ale i sprzedawców. No bo jak zrozumieć kompletnie różne ceny oferowane przez teoretycznie jedną sieć handlową? Rzućmy na to okiem.
Stare i całkiem niezłe porzekadło mówi, że można coś dostać (lub zrobić) tanio, szybko i dobrze, ale tylko dwa z tych warunków da się spełnić jednocześnie. Dla tych, którzy nie muszą się przesadnie spieszyć, są całkiem niezłe triki.
Niedawno moja żona zauważyła, że jej ulubiona kawa jest w świetnej promocji w Rossmannie. W aplikacji tego sklepu można również robić zakupy, również z odbiorem w sklepie. A że widać w jakich sklepach dany towar jest dostępny (wspomniana kawa rozchodziła się jak świeże bułeczki), warto przy okazji sprawdzić w jakim sklepie dany produkt jeszcze jest. I w tym przypadku realizacja była szybka. Kilknąłem, poczekałem godzinę, wyszedłem z domu i po krótkim spacerze po prostu odebrałem to, co kupiłem.
I bardzo podobnie robi mnóstwo osób. Bo w aplikacji łatwo o promocje i zniżki. Wiadomo, promocje napędzają sprzedaż. Ale bywają naprawdę niejasne, o czym nieraz przekonuje się personel sklepu.
Zakupy w internecie też zajmują czas
Zdarza się, że niektórzy nieco przeginają z odbiorami, a raczej z ich oczekiwanym tempem.
– Zwykłe przemielenie tego przez system centrali zajmowało z godzinę może dwie. Najlepsi byli klienci, którzy przychodzili i kłócili się, że ich zamówienie nie jest gotowe, a przecież produkty są na półce. Tylko że to nie trafia bezpośrednio do sklepu, musi przejść przez system – mówi mi znajoma, która pracowała w Rossmannie.
Tłumaczy, że zamówienie nie trafia do sklepu (tego konkretnego, fizycznego sklepu) od razu. Najpierw system musi je zaakceptować, przemielić. Rossmann to duży sklep, ma mnóstwo operacji, więc nic dziwnego, że to trochę trwa. Zdarza się też, że w konkretnym sklepie nie ma danego towaru i trzeba go sprowadzić. Wiadomo, że może to zająć kilka dni.
Ale są klienci, którzy widząc na półce ten produkt, który zamawiali, wpadają w spiralę narzekań. Bo zamówili, zamówienie nie gotowe jeszcze, ile można czekać.
– Tylko że takie zamówienie nie jest składane przez sklep, ale do niego trafia i w nim jest realizowane. Ekspedientka tego nie nabija na kasę i nie wyczaruje zamówienia, jeśli go nie mam w systemie. Jakbym dostawała złotówkę za każdą taką sytuację, to dziś miałabym dom w Toskanii – śmieje się.
Dodaje, że obsługa i tak pomagała, jak mogła.
– Jak klient był miły a jeszcze nie widziałyśmy jego zamówienia, to i tak starałyśmy się je skompletować, pytając co zamówił. Było szybciej, sprawniej, człowiek szedł na zakupy i odbierał paczkę wracając – opowiada.
Jak masz czas i spryt, sporo zaoszczędzisz
Podobne problemy i absurdy z zakupami ni to online, ni to offline, są coraz częstsze. Czasem można sporo oszczędzić. Poszedłem niedawno do sklepu sportowego, a konkretnie do Decathlona, bo chciałem obejrzeć jakiś produkt, który mnie interesował.
Przy półce zorientowałem się, że cena w sklepie jest o wiele wyższa, niż na stronie i w aplikacji. Czyli produkt mi się spodobał, chciałem go kupić, tyle że w sklepie, w którym byłem, musiałbym zapłacić o wiele więcej niż kupując go przez telefon, który miałem w ręku.
Decathlon (i wiele innych sklepów również) ma opcję odbioru osobistego i to w dość krótkim czasie. Zrobiłem więc tak: kupiłem ten produkt w aplikacji, ale z odbiorem osobistym w konkretnym sklepie – tym, w którym już byłem. O ile dobrze pamiętam, zapłaciłem od razu w aplikacji. Wziąłem ten produkt i poszedłem z nim do punktu odbioru zamówień internetowych.
Wytłumaczyłem pani, że właśnie zrobiłem to zamówienie, że wziąłem od razu produkt. Nawet nie była zdziwiona, odszukała zamówienie, kliknęła, po sprawie. Nie musiałem czekać godziny na "dostawę".
Nie wiem, jak by to było w porze dużego ruchu, być może trwałoby to trochę dłużej. Ale i tak by się opłaciło. Pani z obsługi była również zadowolona: nie musiała chodzić po sklepie, szukać produktu, pakować go itd. W sumie wyszło na to, że oszczędziłem jej pracy, sobie pieniędzy a sklep… Cóż, mógł sprzedać drożej, sprzedał taniej, ale raczej nie wyszedł na tym na minus. Po prostu zarobił trochę mniej. Ale też miał do czynienia z klientem dość zdecydowanym, nie robiącym problemów.
Kiedyś mój kolega zamawiał w sklepie internetowym laptopa. Dowiedział się, że dotrze do niego za tydzień. Anulował zamówienie, zrobił nowe z odbiorem w sklepie i miał tego samego laptopa w ciągu godziny.
Dochodzi do takiego absurdu, że sprzedawcy w pewnym sklepie AGD sami doradzają, żeby lodówkę czy pralkę obejrzeć sobie u nich, a potem zamówić przez internet z odbiorem w ich sklepie, bo tak jest o wiele taniej. Oni sami widzą, że produkt u nich na półce jest o wiele droższy od zamawianego przez internet w tym samym sklepie.
Dobra, ale skąd biorą się takie różnice?
Być może nie chodzi wcale o to, że sprzęt, książka czy perfumy w sklepie internetowym są tańsze? Być może to samo w sklepie stacjonarnym jest po prostu droższe. W każdym razie większość osób, zanim coś kupi, sprawdza ceny w internecie.
Wysoka, a w zasadzie najwyższa pozycja w wyszukiwarce czy porównywarce, to sygnał i lep na klienta: tu kupuj. Nie chodzi już o jednego człowieka – o twoją lodówkę, książkę czy perfumy. Gra toczy się o tysiące klientów. Tradycyjne sklepy coraz częściej pełnią rolę salonów, pokazują coś, ale niekoniecznie sprzedają. Klient wie jednak, że jeśli musi kupić coś szybko, to może. Nie będzie tanio, ale będzie od ręki.
Zobacz także
