
Tak ładnie to się to nazywa resell, a tak brzydziej to się to nazywa oszukiwanie ludzi – mówi mój trzynastoletni syn, gdy próbuję z nim porozmawiać o głośnej sprawie, która ostatnio poruszyła media.
Chodzi o serwis Vinted i aferę plecakową. Klaudia Zawistowska – dziennikarka naTemat – zauważyła, że plecaki z Action można kupić na platformie Vinted za przynajmniej dwa razy tyle, co w sklepie.
Czym jest reselling i krindż?
– Właściwie to nic dziwnego. To takie oszustwo, co już nikogo nie oburza. Internet pełen jest takich towarów i usług. To się nazywa reselling. Ludzie kupują u źródła, u producenta, a potem sprzedają tym, co się nie chce drążyć, tylko drożej. Ty tu mówisz o jakimś zwykłym Action, ale ja wiem jak to wygląda jeśli chodzi też o teoretycznie oryginalne, sportowe rzeczy. Ludzie je sprowadzają z Azji i sprzedają kilka razy drożej. To norma – zauważa mój syn.
I dodaje: – Dużo z tych rzeczy nie jest markowa. To się już wszystkim miesza. Zupełnie jak z tym co jest AI, a co nie jest AI. I tych ciuchów czy sprzętów to się już teraz nie nazywa podróbkami, tylko mówi się już trochę ładniej: imitacje. Bo to nie jest jak za waszych czasów, że gdy Adidas miał trzy paski, a jak ktoś nosił cztery – to było wiadomo, że to ściema i że krindż. One naprawdę wyglądają teraz całkiem normalnie.
– Krindż? – dopytuję.
– No taki obciach po waszemu. Z angielskiego "to cringe" to znaczy kulić się, a kulisz się przecież jak coś jest żenujące albo się czegoś wstydzisz – wyjaśnia.
Kakobuy, CNFans, LitBuy. Tam kupują młodzi.
Wybór mojego rozmówcy nie jest przypadkowy. Młody jak ryba w wodzie porusza się po świecie e-commerce, podczas gdy mnie zdarza się jeszcze czasami zapomnieć, że w sieci to jednak prawie zawsze jest taniej. No i wciąż działa na mnie jeszcze ta magia przedmiotu, który można najpierw dotknąć, przymierzyć, powąchać, a dopiero później za niego zapłacić. Syn nie uznaje tych sentymentów.
– Daj spokój wszystko przecież można zwrócić, a przy okazji jaka to oszczędność czasu.
I nie sposób nie przyznać mu racji.
Gdy był młodszy – podążając ścieżkami matki – potrafił się wybrać ze mną na shopping, ale od roku skutecznie to oprotestowuje. Jego nastoletnią głowę zaprzątają nazwy takich stron jak Kakobuy, CNFans czy LitBuy. To internetowe platformy, które pośredniczą w sprowadzaniu ciuchów z Chin. Procedury robienia zakupów na pierwszy rzut oka wydają się dość skomplikowane, ale gdy okazuje się, że za kilkanaście rzeczy, które mają wyglądać na firmowe, masz zapłacić zaledwie 500 zł, zaczyna cię to ciekawić.
– Za trzy pary skarpetek niby Nike z Kakobuy płaci się pięć złotych, a pomyśl ile takie same kosztowałyby jakbyśmy poszli do galerii.
Nie wiem, więc sprawdzam. Drobnicę zwykłam kupować w dyskontach.
Najtańsze skarpetki, które wyskakują w sklepie internetowym Nike, kosztują 23 zł za parę pod warunkiem, że kupisz trzy sztuki. W stacjonarnym na pewno sporo więcej.
– Przy zamawianiu przez Internet z Azji co prawda doszłyby jeszcze koszty transportu i ważenia paczki. No i dość długo musisz na nie czekać, ale doliczając to wszystko to i tak się opłaca – zauważa moja latorośl, pozostając jednocześnie głucha na argumenty, że podróbki, jak pięknie by ich nie nazywać, zawsze są nieuczciwe. Argument z jakością też nie przechodzi.
– Co z tego że się szybko zniszczą, skoro ja z nich jeszcze szybciej wyrosnę – zauważa mój stroniący od tradycyjnych zakupów syn.
Są jednak tacy, którym stacjonarne zakupy niestraszne.
Mówię tu konkretnie o klientach zaopatrujących się w sklepie Action. Zresztą w tej sieci nie da się inaczej. Sklep nie praktykuje sprzedaży wysyłkowej i nie dociera wszędzie. A do swojej oferty wprowadza ciekawe produkty, które chcą mieć wszyscy.
Plecak z Action dużo droższy niż w sklepie
Tak właśnie jest ze wspomnianymi plecakami. Plecak o pojemności 20 litrów ma wymiary jakby pod Ryinaira i Wizz Aira szyte: a raczej pod ich wymogi związane z bezpłatnym przewozem bagażu. Niska cena, niezła jakość i pewność, że ci go na lotnisku nie cofną i nie każą dopłacać sprawia, że produkt szybko stał się bardzo popularny. A za popularnością idzie popyt.
W momencie, gdy podaż jest ograniczona - ludzie szybko wietrzą okazję do zarobku. Stąd ten "dwuznaczny" handelek z przebitką na Vinted.
– Ale zobacz: ci ludzie kupujący w Action sami się wysilili i do tego sklepu na czas poszli. Sami swoje w kolejce do kasy odstali, potem przydźwigali te plecaki do domu. Obfotografowali, wrzucili ogłoszenie do sieci, a potem jeszcze odpisują na wiadomości, latają do paczkomatu i to wysyłają. Poświęcają na to sporo czasu, a czas to – jak wy mówicie, bo my już nie (co nie znaczy, że tak nie myślimy) – pieniądz. Mamo, to wcale jest takie oczywiste, że każdemu się w ogóle chce wychodzić z domu. I chodzić po sklepach. Mnie się np. nie chce. A za usługi przecież się płaci – argumentuje moje dziecko.
Dalsza część tekstu poniżej.
Podobają Ci się moje artykuły? Możesz zostawić napiwek
Teraz możesz docenić pracę dziennikarzy i dziennikarek. Cała kwota trafi do nich. Wraz z napiwkiem możesz przekazać też krótką wiadomość.

Czy na Vineted można sprzedawać drożej?
Pytam więc mojego młodego domowego teoretyka handlu, czy skoro tyle wie, to czy sam nie planuje w przyszłości kariery w branży pt. "kupić taniej, sprzedać drożej".
Ogląda sporo tutorialów, śledzi nowinki, sprawnie posługuje się nowymi technologiami. Trzeba przyznać: nie każdy ma tyle zacięcia.
– Nie, bo to na dłuższą metę nudne. Wolę pograć w kosza. A poza tym czy takie niby małe, ale jednak jakby oszukiwanie, jest w ogóle dozwolone? – pyta.
Po chwili odpowiadam.
– Handel podróbkami to na pewno nie. Kradzież marki to nie jest "małe oszukiwanie". Ale może inaczej sprawa wygląda, gdy nikt nie kradnie logo firmy, a tylko chce sprzedać drożej to, co jest mało dostępne i pożądane – myślę na głos.
Legalność drugiego typu działań budzi wątpliwości nie tylko u mojego nastolatka. Takiej sprzedaży zabrania regulamin Vinted, co jednak nie oznacza, że wewnętrzne wytyczne serwisu odzwierciedlają literę prawa.
– Vinted to tylko pośrednik, do umowy kupna-sprzedaży dochodzi między dwoma fizycznymi osobami, które nie prowadzą działalności gospodarczej. Nie jestem pewien, czy Vinted ma prawo w to ingerować, zwłaszcza gdy takie działanie nie ma znamion wyzysku, a tu raczej ciężko o tym mówić – zauważa znajomy prawnik.
Sprawę tę zbadam i wrócę do Państwa. Czy Wy również trafiliście na reselling na Vinted? Jeśli tak: jakich produktów i z których sklepów dotyczył?
Zobacz także