
Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) twierdzi, że po 1 lipca br. w Polsce nie może działać żaden polski podmiot z rynku kryptowalut. Powód? Brak ustawy, która reguluje u nas tę branżę. Czy polscy inwestorzy zostaną więc skazani tylko na zagraniczne firmy? I tak, i nie. W tym tekście, specjalnie dla naszych czytelników, sprawę wyjaśniają eksperci z rynku.
Wtorkowy komunikat KNF zmroził inwestorów kryptowalut i właścicieli firm z tej branży. Powód? Komisja przekazała, że brak obowiązującej ustawy, która regulowałaby rynek, sprawia, że polskie giełdy z cyfrowymi aktywami nie mogą u nas legalnie działać. Czy więc Polacy zostaną odcięci od bitcoinów? Nie do końca.
Rynek kryptowalut w Polsce bez regulacji
By w pełni zrozumieć, co się dzieje, musimy cofnąć się do końca poprzedniej kadencji Sejmu. Wtedy to Ministerstwo Finansów przygotowało projekt ustawy, który miał uregulować polską branżę kryptowalut.
Polskie giełdy i kantory czekały na ten ruch od dawna. Przez lata zmagały się z przeszkodami: wypowiedzeniami rachunków w bankach i ogólną niepewnością prawną, która nierzadko paraliżowała ich prace, nie wspominając o innowacjach technologicznych.
Projekt ustawy miał być w praktyce implementacją unijnego pakietu MiCA (skrót od Markets in Crypto-Assets). Unia Europejska przygotowała dla państw członkowskich "podkładkę" pod regulacje. W końcu giełdy i kantory, a także emitenci kryptowalut mieli wiedzieć, jak poruszać się nie po omacku, ale zgodnie z prawem.
Niestety szybko pojawiły się problemy. Polscy urzędnicy i politycy, w tym Koalicja 15 października, zaczęli dodawać do projektu poprawki, które de facto psuły ustawę (a i tak nie była idealna).
Firmy z rynku kryptowalut zaczęły wskazywać wysokie opłaty za nadzór czy to, że branżę ma nadzorować KNF, która wcześniej zachowywała się względem niej dość niechętnie. Do tego doszły wysokie kary za łamanie prawa (w tym pozbawienia wolności), które byłyby na miejscu, gdyby prawo było lepiej skonstruowane. A takowe nie było. Nie wspominając o sporej władzy KNF, który mógłby łatwo blokować strony kryptogiełd, które podejrzewałby o nadużycia.
Ekonomista prof. Krzysztof Piech wskazywał, że ktoś mógłby trafić za kratki np. za niegroźny eksperyment przy użyciu technologii blockchain.
Wszystko to, jeżeli ustawa zostałaby przegłosowana, sprawiłoby, że w Polsce nie opłacałoby się w ogóle rejestrować kryptogiełdy. Bardziej korzystne mogłoby okazać się alternatywne rozwiązanie: założenie spółki za granicą (w innym kraju UE) i działanie u nas na zasadzie tzw. paszportowania.
W efekcie dla firm nic by się właściwie nie zmieniło, ale polscy inwestorzy mieliby do czynienia z podmiotami formalnie zagranicznymi, co ma znaczenie np. w razie sporów prawnych. Nie mówiąc o stratach dla budżetu państwa. Sytuacja przypominałaby np. tę Netfliksa, który zarabia w Polsce krocie, ale daninę płaci nie nam, a rządowi USA.
Ustawa o kryptowalutach staje się sprawą polityczną
Wtedy stało się najgorsze: sprawa stała się polityczna. PiS, które odpowiadało początkowo za ustawę, nagle zaczęło atakować obecny rząd za to, że ten rzekomo chce zniszczyć branżę kryptowalut w Polsce.
Do ostatecznego starcia doszło w parlamencie. Pod koniec zeszłego roku Sejm i Senat przegłosowały kryptoustawę (głosami koalicji rządzącej), ale wspierany przez PiS prezydent Karol Nawrocki ją zawetował.
Na tym polityczna naparzanka się nie skończyła. Projekt ustawy wrócił do Sejmu w takiej samej postaci, ale pod innym numerem druku. I otrzymaliśmy powtórkę z rozrywki: Sejm regulacje przegłosował (z jedną małą poprawką), Senat również. 12 lutego prezydent po raz drugi zawetował ustawę.
Kryptowaluty. Wchodzi KNF cały na biało i pokazuje konsekwencje braku ustawy o kryptowalutach
Teraz jesteśmy w tym właśnie miejscu. Polski rynek nadal działa bez regulacji, a od 1 lipca 2026 r., jak wynika z dyrektyw unijnych, nie będzie mógł legalnie funkcjonować. A przynajmniej tak twierdzi KNF.
"Każde państwo członkowskie jest zobowiązane do wyznaczenia swoim prawem krajowym właściwego organu odpowiedzialnego za wykonywanie funkcji i obowiązków przewidzianych w Rozporządzeniu MiCA. W związku z brakiem wejścia w życie w Polsce odpowiedniej ustawy żaden krajowy organ administracji publicznej nie został wyznaczony na terytorium RP jako właściwy organ w odniesieniu [pogrubienie autora] do: a) oferujących, osób ubiegających się o dopuszczenie do obrotu kryptoaktywów innych niż tokeny powiązane z aktywami ("ART") lub tokeny będące e-pieniądzem ("EMT"), b) emitentów ART i c) dostawców usług w zakresie kryptoaktywów", podaje Komisja.
Z powyższego wynika, że jeżeli prezydent nie podpisze ustawy, to polskie firmy właściwie znikają z rynku. Inwestorów nad Wisłą będą mogły nadal obsługiwać te podmioty, które mają europejską licencję otrzymaną w innym kraju członkowskim.
Efekt będzie więc kuriozalny: polskich inwestorów będą obsługiwały nierzadko firmy założone przez Polaków i w praktyce działające w Polsce, ale z np. niemieckimi licencjami i funkcjonujące na zasadzie paszportowania, mające poza naszym krajem tzw. skrytkę pocztową. Podatki będą płacić nie do polskiego budżetu, ale tego, gdzie owa skrytka jest.
Rynek kryptowalut się zamyka. Co na to rynek?
Co sądzą o tym najbardziej zainteresowani?
Filip Kaczmarzyk, członek zarządu XTB, jest zdania, że "przede wszystkim warto podkreślić, że to brak ustawy o rynku kryptoaktywów najmocniej uderza dziś w branżę kryptowalut w Polsce".
– Czas na dopracowywanie idealnego modelu regulacji już minął. Znajdujemy się w momencie, w którym niedoskonała ustawa jest lepsza niż jej brak – dodał w rozmowie z InnPoland.
Jego zdaniem "jeżeli prace nad wdrożeniem polskiej interpretacji ogólnoeuropejskich przepisów będą się dalej przedłużać i staną się elementem politycznych sporów, stracą na tym przede wszystkim polskie firmy oraz krajowi inwestorzy".
– Polskie podmioty, które chcą działać w pełni zgodnie z krajowymi regulacjami i płacić podatki w Polsce, są dziś pozbawione realnej możliwości konkurowania z firmami z innych państw UE. Z kolei inwestorzy są zmuszeni korzystać z usług podmiotów nieregulowanych lub nadzorowanych poza Polską. Może to prowadzić do komplikacji w przypadku sporów, reklamacji czy dochodzenia roszczeń, a także do obniżenia poziomu ochrony inwestorów – ostrzega.
Choć wydaje się, że Kaczmarzyk jest zwolennikiem obecnego kształtu projektu, to tak nie jest.
– Nie ma wątpliwości, że obecny kształt ustawy o rynku kryptoaktywów jest daleki od ideału. Z naszej perspektywy są jednak dwa obszary, które wymagają szczególnego dopracowania, ponieważ mogą istotnie wpłynąć na konkurencyjność polskich podmiotów względem zagranicznych firm oraz na bezpieczeństwo prowadzenia działalności w Polsce – zauważa
O jakie obszary chodzi?
– Pierwszym z nich jest planowane wprowadzenie rejestru domen internetowych wykorzystywanych do działalności niezgodnej z przepisami MiCA. Sam cel, zwiększenie bezpieczeństwa rynku i ochrona klientów, jest w pełni zrozumiały. Problemem pozostaje jednak brak jasno określonej, skutecznej ścieżki odwoławczej w przypadku błędnego wpisu do rejestru – tłumaczy.
– Taka decyzja mogłaby w praktyce oznaczać wstrzymanie działalności firmy, ponieważ operatorzy telekomunikacyjni byliby zobowiązani do blokady dostępu do wskazanej domeny. W tym obszarze potrzebny jest przejrzysty i proporcjonalny mechanizm, który zapewni równowagę między skutecznością nadzoru a ochroną praw przedsiębiorców – wskazuje na jeden z najbardziej kontrowersyjnych zapisów.
– Drugą kwestią budzącą wątpliwości są opłaty na pokrycie kosztów nadzoru, które miałyby być naliczane wyłącznie od polskich podmiotów. Proponowany mechanizm może w praktyce zniechęcać firmy do rejestracji działalności w Polsce i osłabiać konkurencyjność krajowego rynku na tle innych państw Unii Europejskiej – dodaje Kaczmarzyk.
Rozmawialiśmy też ze Sławkiem Zawadzkim, Co-CEO Kanga Exchange.
– Stanowisko KNF nie zawiera niczego, czego branża nie wiedziałaby od miesięcy. Problem polega na czymś innym – od dawna apelujemy o jasne i sprawne wdrożenie regulacji MiCA, tymczasem wciąż nie istnieje w Polsce formalna ścieżka umożliwiająca krajowym podmiotom ubieganie się o licencję – wskazuje.
Jak dodał, "dla użytkowników oznacza to, że do 30 czerwca 2026 r. mogą korzystać z usług polskich dostawców na dotychczasowych zasadach".
– Po tej dacie, przy braku ustawy wdrażającej MiCA, krajowe firmy nie będą mogły legalnie kontynuować działalności w obecnym modelu, mimo że zagraniczne podmioty z licencją uzyskaną w innych państwach UE będą mogły swobodnie działać w Polsce – ostrzega. – Tworzy to sytuację, w której polskie firmy są regulacyjnie zablokowane we własnym kraju, a jednocześnie otwiera się przestrzeń dla konkurencji zagranicznej. Branża od wielu miesięcy deklaruje gotowość do działania w pełni regulowanym środowisku – oczekujemy jedynie stworzenia realnych i uczciwych narzędzi prawnych, które to umożliwią – dodaje.
Z kolei Marcel Fila, Sales Manager Kanga Exchange, wskazuje, jak sprawa wygląda na rynku kantorów.
– W przypadku kantorów kryptowalut sytuacja jest szczególnie wrażliwa, ponieważ to segment najbliższy detalicznemu klientowi i często pierwszy punkt kontaktu z rynkiem krypto. Brak możliwości rozpoczęcia procesu licencyjnego w Polsce oznacza, że podmioty działające lokalnie nie wiedzą dziś, w jakim trybie będą mogły kontynuować działalność po zakończeniu okresu przejściowego. W praktyce może to prowadzić do relokacji działalności do innych państw UE, a więc do sytuacji, w której usługi pozostaną dostępne dla Polaków – ale podatki, miejsca pracy i infrastruktura regulacyjna będą już poza Polską – opisuje paradoks, do którego prawdopodobnie doprowadzą politycy.
Sytuacja na rynku kryptowalut jest więc kuriozalna. Niejako sami wypychamy z naszego kraju jeden z najbardziej innowacyjnych rynków (nie chodzi tylko o kryptowaluty, ale też firmy z branży tokenizacji czy DeFi). Oczywiście, podmioty z niego będą i tak świadczyć Polakom usługi, tyle że podatki płacić gdzie indziej.
Zobacz także
