agent nieruchomości z małym domkiem w dłoni
Rząd bierze się za pośredników nieruchomości. Stracą prawo do zdzierania podwójnych prowizji Fot. Towfiqu barbhuiya / Unsplash / Montaż: INNPoland.pl

Zdzieranie potężnych pieniędzy z obu stron transakcji, kradzież prywatnych ogłoszeń, ukryte wady i mieszkania-widma. Polski rynek pośrednictwa nieruchomości od lat przypomina wolnoamerykankę, w której klient jest traktowany jak bankomat. Ministerstwo Rozwoju i Technologii szykuje ostre cięcia, a na celowniku znalazła się znienawidzona przez Polaków patologia: podwójna prowizja.

REKLAMA

Po miesiącach wyczerpujących poszukiwań i przeglądania setek ofert znajdujesz wymarzone mieszkanie. Zbierasz oszczędności na wkład własny, liczysz każdą złotówkę. Na miejscu wita cię pośrednik, który spóźnia się 15 minut, myli metraż w opisie i nie potrafi odpowiedzieć, czy w bloku wymieniono instalację elektryczną.

I za to wszystko żąda prowizji w wysokości nawet 3 proc. wartości mieszkania. A to często przekłada się nawet na kilkanaście tysięcy złotych. Wielu Polaków w tym momencie mówi: stop, to nie jest tyle warte. A co jest najlepsze w tym wszystkim? Często dokładnie taką samą stawkę pośrednik inkasuje od sprzedającego. Obie strony płacą łącznie kilkadziesiąt tysięcy złotych za to, że ktoś po prostu przyszedł i otworzył drzwi, po uprzednim wrzuceniu do sieci kilku zdjęć.

Kiedy w 2014 roku ówczesny wicepremier Jarosław Gowin deregulował zawód pośrednika nieruchomości, niewielu osobom zapalała się czerwona lampka. Dziś to już wyjąca syrena alarmowa, bo wśród sporej pośredników piętrzą się patologie.

Grzechy główne polskiego pośrednictwa

Podwójna prowizja, uderzająca rykoszetem w domowe budżety, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Brak regulacji sprawił, że w branży zaroiło się od osób, które z profesjonalizmem nie mają nic wspólnego. Z jakimi absurdami na co dzień mierzą się Polacy?

Wystawiasz swoje mieszkanie na sprzedaż jako osoba prywatna. Następnego dnia ze zdumieniem odkrywasz, że twoja własność widnieje na pięciu innych portalach, wystawiona przez agencje, z którymi nigdy nie rozmawiałeś. Co więcej – zdjęcia są te same, ale cena magicznie wzrosła, a opis pełen jest błędów.

Agent odmawia ci pokazania mieszkania, jeśli najpierw, oparty o maskę samochodu lub ścianę w bloku, nie podpiszesz lojalki, która wiąże cię z jego biurem na rok i zmusza do zapłaty prowizji za sam fakt obejrzenia lokalu.

Zdarzają się sytuacje rodem z filmów sensacyjnych, gdzie nieuczciwy agent dogaduje się z zaprzyjaźnionym rzeczoznawcą. Razem drastycznie zaniżają wartość nieruchomości nieświadomego klienta. Dom kupuje "przypadkowy" nabywca (często członek rodziny pośrednika), po czym nieruchomość wraca na rynek za swoją realną, trzykrotnie wyższą cenę. Zysk trafia do kieszeni oszustów.

Kto zepsuł ten rynek?

Jak doszło do tego, że obrót majątkiem życia Polaków trafił w ręce przypadkowych osób? Punktem zwrotnym był rok 2014. Wcześniej, na mocy ustawy z 1997 roku, każdy pośrednik musiał zdać państwowy egzamin i posiadać licencję. Deregulacja zawodu – przeprowadzona przez ówczesny rząd pod sztandarem ułatwiania dostępu do rynku pracy – zlikwidowała te wymogi.

Z dnia na dzień pośrednikiem mógł zostać każdy. Zniknął państwowy bat na nieuczciwych graczy, a wraz z nim strach przed utratą licencji. Rynek zalała fala amatorów liczących na szybki zysk.

Już w 2023 roku próbowano posprzątać ten bałagan. Ówczesne kierownictwo resortu rozwoju proponowało m.in. zakaz wymuszania umów przed prezentacją mieszkania czy zakaz podwójnego prowizjonowania. Temat jednak utknął w politycznej zamrażarce.

Szeryf wraca do miasta. Co planuje rząd?

Wiele wskazuje na to, że tym razem zmiany faktycznie wejdą w życie. Wiceminister rozwoju i technologii, Tomasz Lewandowski, w rozmowach z mediami potwierdza: rząd bierze się za pośredników.

Prace już trwają. Z nieoficjalnych rozmów przedstawicieli rządu z branżą wyłania się obraz rewolucji. Na czele listy postulatów znajduje się całkowity zakaz pobierania prowizji od obu stron transakcji. Kto zatrudnia agenta, ten mu płaci – zasada wreszcie ma być prosta i uczciwa.

Ma to sens. Dziś de facto nie wiadomo, dla kogo pracuje pośrednik. Sprzedającemu zależy na maksymalnie wysokiej cenie, kupującemu na jak najniższej. A pośrednikowi? Cóż, na prowizji, jaką zainkasuje. Nie pracuje więc dla żadnej ze stron.

Samo środowisko profesjonalnych pośredników, zmęczone łatką oszustów pracujących na czarno, domaga się przywrócenia państwowego rejestru. Wpis do niego miałby zależeć od wykształcenia i ciągłego podnoszenia kwalifikacji. Najważniejsze jednak, że za złamanie standardów (np. oszukiwanie w ogłoszeniach czy pobieranie opłat pod stołem) groziłoby wykreślenie z listy, co oznaczałoby "wilczy bilet" i zakaz wykonywania zawodu.

Czy to oznacza powrót twardych, państwowych licencji? Tego jeszcze nie wiadomo. Pewne jest jednak to, że eldorado przypadkowych agentów powoli dobiega końca.