
Ponownie wracamy do tematu ustawy o kryptowalutach, która ma uregulować tę branżę w naszym kraju. Tym razem zajmiemy się alternatywnym projektem, który przygotował prof. Krzysztof Piech. Cieszy się on poparciem polskich firm, ale wiele wskazuje na to, że nie uda się dla niego zdobyć większości w Sejmie. Jaki więc los czeka polską kryptobranżę?
Temat kryptowalut nagle stał się w Polsce mocno polityczny. Powód? Projekt ustawy, który miał uregulować branżę giełd, które oferują handel bitcoinami. Problem w tym, że dokument, jaki przygotował rząd, wywołał mocny sprzeciw ekspertów. Teraz jeden z nich, ekonomista prof. Krzysztof Piech, przedstawił swoją wersję ustawy. Czy uratuje ona kryptofirmy?
Ustawa o kryptowalutach do kosza?
Zacznijmy od wyjaśnienia, co jest nie tak z polską kryptoustawą. Tę historię należy rozpocząć od Unii Europejskiej, która po wielu latach stworzyła pakiet regulacji rynku kryptowalut. Teraz zadaniem krajów członkowskich jest implementacja tych zapisów do lokalnych systemów prawnych.
I gdyby polski rząd ograniczył się tylko do tego ostatniego, nie byłoby problemu. A ten jest, gdyż polscy urzędnicy (i to jeszcze za rządów PiS) podeszli do tworzenia regulacji w bardzo surowy sposób. Do unijnych pomysłów dodali swoje. W efekcie wyszedł z tego, zdaniem wielu ekspertów, przeregulowany potworek prawny.
Co tak bardzo nie podoba się kryptowalutowym podmiotom w Polsce? Po pierwsze przeraża je to, że rynek ma nadzorować Komisja Nadzoru Finansowego (KNF). Ten organ wydaje się idealny w tym kontekście. Tyle że tylko z pozorów, bo od lat traktuje tę branżę bardzo surowo. W 2018 r. KNF ostrzegała przed inwestowaniem w kryptowaluty.
KNF jako straszny nadzorca i wysokie opłaty
Oczywiście, można zrozumieć, taką postawę. KNF musiała ostrzec inwestorów przed lokowaniem pieniędzy w "nieuregulowane" kryptowaluty, ale branża ma teraz podstawy, by bać się takiego nadzorcy. Do tego dochodzi fakt, że przez wiele lat rynek chciał wejść w dialog z KNF. W 2018 r. doszło nawet do oficjalnych konsultacji obu stron. Tyle że skończyło się na niczym.
A teraz, jeżeli rządowa ustawa wejdzie w życie, KNF otrzyma potężną władzę: będzie mogła np. blokować strony internetowe giełd kryptowalut, wedle których nabierze podejrzeń.
Nie chodzi jednak tylko o nadzorcę. Problemem są też wysokie opłaty dla giełd, kantorów i emitentów tokenów. Do tego surowe kary (w tym więzienia) za emisję tych ostatnich bez pozwolenia.
To ostatnie byłoby jeszcze do obrony, gdyby prawo było jasne. A takie nie jest i w efekcie np. student eksperymentujący z technologią blockchain (czyli sieciami kryptowalut) będzie mógł trafić do więzienia.
Weto Karola Nawrockiego
Ustawa została ostatecznie poparta przez większość posłów i senatorów (głównie z KO, Polski 2050, Lewicy i PSL), ale zawetowana przez prezydenta. Karol Nawrocki posłuchał branży, rząd – urzędników.
To, co stało się potem, jest dziwnym precedensem. Obóz rządowy ponownie "wrzucił" do obiegu legislacyjnego swoją ustawę, którą po raz drugi przegłosowano w obu izbach parlamentu i wysłano na biurko głowy państwa. Ta ostatnia dokument po raz drugi zawetowała.
Dziś więc polska branża kryptowalut działa bez regulacji, co jest szkodliwe dla budżetu. Dlaczego?
Czy budżet zyska na regulacji kryptorynku?
I tu dochodzimy do największego paradoksu. Polskie firmy w czasie tego zamieszania zaczęły rejestrować się w innych krajach i tam starać o licencję MiCA. Przykładowo, grupa Ari10 już takową dostała (w Holandii) i może – na zasadzie paszportowania – działać w pełni legalnie w Polsce.
Nadal zatrudnia Polaków, ma tu swoje biura, obsługuje polskich inwestorów. Tyle że podatki będzie płacić w Holandii. To efekt działania urzędników.
Zobacz także
Brak regulacji nie sprawia więc, że polskie kryptofirmy znikną. Po prostu staną się spółkami "niemieckimi", "holenderskimi" czy "łotewskimi" (resort finansów Łotwy oficjalnie zaprasza do siebie polskie podmioty). Podatki wygenerowane przy pomocy polskich inwestorów będą płacić w innych krajach.
Alternatywna ustawa
Pomóc chce teraz ekonomista prof. Krzysztof Piech, który przygotował swoją wersję ustawy o kryptowalutach, która opiera się na regulacjach unijnych. Tak, po prostu chce zaimplementować to, czego domaga się UE.
Branżę powinno to zainteresować: tego właśnie domagała się od rządu.
Tyle że jest mała szansa na przegłosowanie projektu. Na drodze staną politycy. Powód? Już teraz wiadomo, że projekt ma przedłożyć w Sejmie Konfederacja. Zapewne poprą ją jej "Braunowa" odnoga i PiS. Zabraknie więc głosów koalicji rządzącej. Chyba że któraś z partii, które współtworzą gabinet Donalda Tuska, "wyłamie się" i zagłosuje za projektem.
To ostatnie nie jest niemożliwe, gdyż w kryptowaluty, jak wynika z badań, inwestuje nawet 1 mln wyborców (niektórzy podają nawet większe liczby). Sam prof. Piech sugeruje, że może być to parokrotnie więcej osób. A to już elektorat, który może pomóc wprowadzić do Sejmu kilkudziesięciu posłów, a więc zadecydować, kto będzie rządził w Polsce w kolejnej kadencji.
