Chłopiec siedzi przy biurku i korzysta z laptopa, budynek nowoczesnej szkoły.
Szkolnictwo niepubliczne przeżywa boom. W ciągu kilkunastu ostatnich lat liczba uczniów uczących się w taki sposób wzrosła dwukrotnie. Fot. Erika Fletcher/Vitaly Gariev/Unsplash, (zdjęcie poglądowe), montaż: INNPoland

Czas ironizowania i ostrożnego podchodzenia do szkół niepublicznych dawno się skończył. Rankingi mówią same za siebie: najlepsze podstawówki to te prywatne. Dlaczego klasa średnia nie widzi już miejsca dla siebie i swoich dzieci w "normalnym systemie"? – Wolę zapłacić niż w weekendy gonić w piętkę i głowić się nad tymi wszystkimi trudnymi sprawami, które można przy pomocy specjalistów załatwić w tygodniu do popołudnia – podkreśla jedna z rozmówczyń InnPoland.

REKLAMA

Dorastałam w wojewódzkim, ale dość małym mieście. Chodziłam do podstawówki wciśniętej między wysokie bloki mojego osiedla 100 metrów od mojego domu. Moją koleżanką z ławki na polskim była Ania, córka alkoholików ze strychu, a na matematyce Karolina, córka potentata wędliniarskiego mojego regionu.

Dorastanie między blokami – szkoła publiczna jako wspólne doświadczenie

Cały mój blok chodził zresztą do tej szkoły. Poza elegancko ubranym chłopakiem z 6. piętra, którego postać majestatycznie przesuwała się w drzwiach windy ze skrzypcami na plecach. Chłopak nie wychodził na dwór, nie szukał kontaktów rówieśniczych, za to często widywaliśmy go w asyście dostojnych ubranych w płaszcze rodziców. Podobno chodził do jakiejś – i wymawialiśmy to z przekąsem – "prywatnej szkoły". 

Dorastając w dominującej w latach 90. narracji pt. "Płacą, więc im przepychają te dzieci z klasy do klasy. Wszystko i tak wyjdzie na egzaminach do liceum" my, podwórkowe dzieciaki – jak na ironię czułyśmy się od niego lepsi. 

Kuba, ucierając nos naszym założeniom – dostał się potem dobrego liceum, skończył dwa stopnie szkoły muzycznej i zgłębiał astronomię. Raz czy dwa, jeszcze w czasie szkoły średniej jego twarz mignęła mi w gazecie. Potem wyjechał na studia za granicę. Tyle go widziałam. Czy czuł się od nas lepszy? Chyba nigdy się nie dowiem.

Szkoła publiczna vs prywatna – skąd bierze się wzajemna rywalizacja?

– To jest ciekawy paradoks: gdy szkolnictwo publiczne zestawia się ze szkolnictwem niepublicznym, to wychodzi na to, że tu każdy od każdego w jakiś sposób czuje się lepszy. Media i mam wrażenie samorządy, podsycają te antagonizmy. Szkoda, bo zamiast rywalizować, można współpracować. Z dorobku i metod wypracowanych przez małe prywatne szkoły, które są pewnym rodzajem laboratorium badawczym, korzystają przecież potem szkoły państwowe – zauważa Marcin Rozmarynowski, pedagog, doktor nauk społecznych, dyrektor Akademii Dobrej Edukacji w Gdańsku, z którym rozmawia InnPoland.

Lubimy skrajności. One działają na wyobraźnię. Klasa średnia, klasa niższa i klasa wyższa. Biedne dzieci kontra bogate dzieci. Posługując się łopatologicznymi skojarzeniami i uproszczeniami: biedne – wiadomo, zasilają szkoły publiczne, podczas gdy te z klasy średniej coraz częściej oddelegowują się do szkół niepublicznych. Pojawiają się pytania: kto w takim razie zgasi światło na pokładzie szkół publicznych, skoro wszyscy odpłyną drogimi jachtami do prywatnych szkół?

Przecież liczby nie pozostawiają złudzeń. Coraz więcej dzieci uczy się "niepaństwowo", a wyniki mówią same za siebie: szkoły niepubliczne wygrywają w rankingach edukacyjnych.

Rosnąca popularność szkół niepublicznych w Polsce – dane i trendy

Jak podaje GUS, w Polsce w szkołach niepublicznych uczy się około 6-7 proc. uczniów, ale w Warszawie już co 6 uczeń chodzi do szkoły prywatnej. Warszawa ma więc dwa razy większy udział w rynku niż średnia krajowa. Trend jest jednoznacznie rosnący: w 2013 roku poza systemem państwowym w kraju uczyło się  ok. 3,5 proc. uczniów, dziś jest ich aż dwa razy tyle.

Dr Marta Majorczyk, pedagożka z USWPS, gdy pytam, czym tłumaczyć nowe upodobanie klasy średniej do szkolnictwa niepublicznego zastanawia się:

– Tu nie chodzi o klasowość społeczeństwa. Zresztą w Polsce wciąż ciężko określić, czym ta klasa średnia jest. Większe zainteresowanie szkołami niepublicznymi wynika raczej z coraz większej liczby dzieci z orzeczeniami: ADHD, zespół Aspergera czy autyzm. System wciąż nie jest na takie dzieci gotowy, rodzice szukają więc ratunku często poza nim i są za to zapłacić naprawdę dużą cenę – zauważa.

– Płacę za ciszę i spokój. Za to, że mnie wciąż nie straszą sądem i kuratorem. Mój syn będący w lekkim spektrum, bardzo szybko się przestymulowuje i potem zaczyna mu "odwalać". Chowa się pod ławkę i zamyka w sobie lub wręcz odwrotnie – zaczyna biegać i krzyczeć. W szkole publicznej miał 24 osoby w klasie i głośne korytarze. W prywatnej szkole ma 12 osób i puste, przytulne przestrzenie, gdzie się może wyciszyć. Po przeniesieniu liczba bodźców oddziałujących na syna zmniejszyła się dwukrotnie. Zmniejszyły się problemy z zachowaniem, co nie znaczy, że zupełnie zniknęły. Cenię sobie też stały dostęp do psychologa, w szkole państwowej pojawiał się raz na jakiś czas – zauważa pani Agnieszka, mama chłopca z ADHD.

Klasa średnia a edukacja dzieci – czy szkoła prywatna to luksus?

Sprawdzam: szkoła prywatna w mniejszym lub średniej wielkości mieście to koszt do ok. 2 tysięcy złotych. Tylko Warszawa mocno się tu wyróżnia, proponując uczniom wiele szkół z programami międzynarodowymi, gdzie czesne potrafi wynosić nawet kilkanaście tysięcy złotych.

Jak więc porównać stopień życia i oczekiwania – w stosunku do tego, co szkoła miałaby dzieciom dać – ludzi, którzy płacą za szkołę miesięcznie 1500 zł i tych, którzy płacą 15 000 zł? Gdy różnice w cenie bywają dziesięciokrotne, tego po prostu zrobić się nie da.

Pani Marta ma dwoje dzieci w najlepszej w tym momencie wg rankingów szkole podstawowej w warmińsko-mazurskim. Zarówno ona, jak i mąż to inżynierowie. Mają dom na kredyt, dużo pracy i dwa razy w roku wakacje za granicą. "Bogaczami" jednak by ich nie nazwał.   

– Jeśli klasa średnia to ci, którzy zarabiają średnią krajową, to akurat z mężem idealnie się w to wpasowujemy, ale żadnych większych lokat i majątków poza pensjami nie mamy. Moją lokatą są dzieci. To kwestia priorytetów, na co się lubi i potrzebuje wydawać – zauważa. Kobieta z dumą wspomina ich pierwsze, rodzinne zagraniczne wakacje.  

– To jest po prostu coś bardzo budującego, gdy pojechaliśmy do Włoch, a moje dzieci w wieku 10 i 12 lat bez żadnego zająknięcia i z dużą pewnością siebie zaczęły się tam płynnie komunikować. Duża liczba zajęć językowych od pierwszej klasy, w tym z native speakerami powoduje, że dzieci w obcy język wchodzą naturalnie i bezstresowo – opisuje.

Korepetycje, języki i zajęcia dodatkowe – ukryte koszty edukacji publicznej

Wszyscy moi rozmówcy na pytanie: "za co płacą płacąc za szkołę?" zgodnym chórem odpowiadają, że za to, za co inni rodzice dodatkowo płacą po szkole – czyli za języki, zajęcia sportowe, artystyczne i korepetycje.

– W pierwszych latach podstawówki jeszcze może tego nie widać, ale w 7. klasie zaczyna się jazda bez trzymanki. Wiele dzieci ląduje na korkach: chemia, fizyka, drugi język. W szkole moich synów załatwiane jest to wewnętrznie. Nauczyciel przychodzi i mówi: "ciebie długo nie było, więc idziesz na zajęcia uzupełniające, a ty jeszcze musisz poćwiczyć, bo widać, że sobie nie radzisz, więc też zapraszam". Przy takiej organizacji człowiek nie jest wciąż tak bardzo rozerwany między pracą, a niekończąca się logistyką domową. Po prostu ma więcej czasu i sił, by pracować i za tę szkołę potem płacić. Może to trochę takie zamknięte koło, ale wolę to, niż po 17.00 i w weekendy gonić w piętkę i głowić się nad tymi wszystkimi trudnymi sprawami, które można przy pomocy specjalistów załatwić w tygodniu do popołudnia – opisuje pani Marta.

Zastanawiać może czy szkoła prywatna nie jest pewną ochroną przed problemami życia codziennego, skoro wszystko jest tam młodzieży podsuwane "pod nos". Dziecko nie zdąży zdać sobie sprawy, że ma problemy, a już z pomocą biegnie cały zastęp ludzi do pomocy.

Dr Majorczyk: – Szkoła to taki mały świat społeczny dla dziecka, namiastka tego, z czym zderzy się w przyszłym życiu. Elitarne szkoły nie są wolne od problemów. Tam również występuje hejt i problemy z używkami, tylko poprzez większą indywidualizację uczniów pewne zawirowania łatwiej szybciej dostrzec i w zalążku rozwiązywać. Rodzic, który jest w stanie dodatkowo płacić za edukację, jest też bardziej świadomy, współpracujący i zaangażowany.

Czy rodzice w szkołach prywatnych są bardziej roszczeniowi? Fakty i mity

Gdzie w takim razie podziali się roszczeniowi rodzice, którzy dokonując raz w miesiącu sutego przelewu na konto szkoły, od wszelkich problemów związanych z ich dziećmi umywają ręce?

– Prowadzę szkoły niepubliczne od 29 lat i postawy typu: "skoro płacę, to wymagam i cała reszta mnie nie interesuje" zdarzają się niezwykle rzadko. Nas też chronią regulaminy i statut szkoły. W skrajnych przypadkach jedno zdanie: "przecież państwa nikt na siłę w tej szkole nie trzyma" wystarczy – podkreśla Grzegorz Szymczak, założyciel przodujących szkół w Lublinie, które jak z wynika z rankingów, są też jednymi z najlepszych szkół w całej wschodniej Polsce.

Mężczyzna jest świeżo po przeprowadzeniu egzaminów do jednej z jego placówek. W formie zabawy i rozmów testowano w tym roku 61 siedmiolatków. Przyjmą co drugiego. 

– Mówi się o boomie na szkoły niepubliczne, ale nas też niż demograficzny nie oszczędza. Z reguły mieliśmy po 70 chętnych. Niż jest szansą dla szkół publicznych. Klasy zmalały, a mniej zawsze znaczy jakościowo więcej. Pod warunkiem, że fundusze na szkolnictwo publiczne adekwatnie do spadku liczby uczniów nie będą obcinane – zauważa.

Bańka społeczna w edukacji – czy szkoła prywatna izoluje dzieci?

Skazywanie na dojrzewanie w bańce budzi kontrowersje rodziców na wszystkich dotyczących szkolnictwa niepublicznego forach. Dominuje pytanie: "co może stać się z wrażliwością młodego człowieka, który odkąd pamięta i gdzie nie spojrzy, ma wokół siebie rzeczywistość, gdzie wszyscy wokół są posażni, wykształceni i zaangażowani?"

Dalsza część tekstu poniżej:

Julia, studentka medycyny z Poznania otwarcie przyznaje, że gdybym po poznańskiej społecznej Jedynce, za którą płacili jej rodzice, nie wylądowała w ogólnodostępnym liceum "Marcinek", to u progu dorosłości na pewno byłabym innym człowiekiem. 

– Lepszym? Nie wiem. To wszystko jest relatywne, każdy tak naprawdę zawsze żyje w jakiejś bańce, której nigdy nie jest do końca świadomy. Wiem tylko, że gdy poszłam do "normalnego" liceum, to dopiero wtedy dowiedziałam się, że wakacje można spędzać inaczej niż w ciepłych krajach, że istnieją ludzie, dla których przejazd tramwajem nie jest weekendową atrakcją, a codziennością, bo nas wszystkich do szkoły dowozili rodzice. I że na świecie jest tak dużo różnych ludzi. W podstawówce było nas po kilkanaście w dwóch klasach, w liceum ponad trzydziestka w każdej z sześciu klas. To był największy szok – wspomina.

Czy osiedlowa podstawówka zrobiłaby z niej człowieka, który naprawdę wie, na czym życie polega?

Dziewczyna szczerze w to wątpi. – Słyszałam takie opinie, że dzieci po szkołach niepublicznych mogą być zbyt wydelikacone, ale przecież my też robiliśmy swoje i ciężko pracowaliśmy. Dużą część dnia zawsze pochłaniała mi nauka i zajęcia rozwijające, co dało mi możliwość dostania się do dobrego liceum i studiowania teraz tego, co kocham. Nie uważam, żeby moje życie byłoby pełniejsze, gdybym po szkole, zamiast przygotowywać się w wygodnej świetlicy do konkursów, bawiła się na trzepakach. Czy na tym właśnie polegałoby to "real life"? – pyta.

Życie po szkole prywatnej – zderzenie z rzeczywistością

Maja, warszawska koleżanka Julii z wydziału mówi jednak, że w jakiś sposób czuje się "spaczona" i przez to, że była lepsza, teraz całe życie czuje się gorsza jako osoba.

– Przez narrację w domu, że w szkołach prywatnych, które kończyłam, nie ma takiej patologii jak w szkołach państwowych, termin "zwykła osiedlówka" długo napawał mnie lękiem. Moja mama miała ze swoją szkołą na Śląsku złe doświadczenia. Opowiadała, jak była gnębiona przez sforę dzieciaków wąchających klej. Chyba chciała mi tego oszczędzić, ale przesadziła w drugą stronę. Przez to zwykła szkoła kojarzyła mi się jak coś z horroru. Teraz mi za to wstyd, ale nie wiem, czy od tego patrzenia na ludzi z góry kiedykolwiek będę umiała się tak do końca wyzwolić – opowiada.

Dr Marta Majorczyk: – Może kiedyś można było przeprowadzić jakąś linię podziału, że dzieci ze szkół płatnych, to te w teorii lepiej dopilnowane, niespacerujące popołudniami między blokami i przebywające w bardziej wysublimowanym gronie. Dzieci ze zwykłych "osiedlówek" miały za to możliwość zetknięcia się z większą różnorodnością społeczną, co być może intensywniej budowało ich charakter. Dziś wszystkie po lekcjach lądują przed ekranami z tymi samymi grami i aplikacjami. To w tym życiu w "wirtualnej bańce" upatrywałabym prawdziwego zagrożenia i nie tworzyła sztucznie napędzanych podziałów i przepaści między nauczaniem prywatnym a państwowym. Zarówno tu, jak i tu może być fajnie lub niefajnie. Wiele wciąż zależy nie tylko od szkoły, ale również od rodziców – dobrze, aby o tym pamiętali.