mężczyzna z kawą i hot dogiem na tle stacji benzynowej
Litr łez, dwa gryzy pocieszenia. Dlaczego na stacji tracimy rozum? Fot. Mehluli Hikwa / Unsplash / New Africa / Shutterstock / Montaż: INNPoland.pl

Stojąc w kolejce na stacji benzynowej usłyszysz więcej narzekań na inflację niż w sejmowych kuluarach. Ale widać, że Polak wybaczy każdą cenę benzyny, o ile dostanie do niej ciepłą parówkę w bułce i kubek kawy. Człowiek klnący na drożyznę, bez mrugnięcia okiem płaci marżę rzędu 400 proc. za kawę i hot-doga. Gdzie tu sens, gdzie logika?

REKLAMA

Stacja benzynowa to fascynujące miejsce. To jedyne takie sanktuarium w Polsce, gdzie w ciągu pięciu minut możesz spotkać człowieka przeklinającego pod nosem geopolitykę, a chwilę później widzisz, że ten sam gość dokonał najbardziej nieopłacalnego zakupu w swoim tygodniowym budżecie.

Wpadłem na stację benzynową. Patrzę na gościa przy dystrybutorze numer dwa. Z namaszczeniem odwiesza "pistolet", jakby właśnie składał ofiarę z własnych oszczędności na ołtarzu globalnego kapitalizmu. Idzie do kasy ze smętną miną, niosąc w sobie cały ból świata. W głowie przelicza: siedem siedemnaście za litr, bak do pełna, trzy stówki nie moje. Tragedia niby grecka, ale jednak amerykańsko – izraelsko – irańska.

"Siedem siedemnaście! Złodziejstwo w biały dzień!" – rzuca kierowca do pani przy kasie, jakby to ona osobiście kręciła kurkiem na rurociągu "Przyjaźń" albo odpalała rakiety na Iran. I ja go nawet rozumiem. Cena paliwa boli.

Mnie też, ale jakoś mniej niż kiedyś, bo przynajmniej mam poczucie, że nikt już nie kombinuje z marżami przy pomocy partyjnego kalkulatora i nie przepala moich podatków na dziwne fuzje, ale wciąż – szczęśliwy nie jestem. Płacę, bo muszę dojechać do pracy, na zakupy, takie tam. To koszt stały, bilet wstępu do względnej niezależności.

Ale wtedy dzieje się magia. Ten sam facet, który przed chwilą niemal płakał nad pistoletem z napisem PB95, nagle prostuje dumnie plecy i mówi: "To jeszcze duża kawa. I hot-dog. Sos amerykański". W kilka sekund rachunek rośnie o trzy dyszki. Czyli jakieś cztery i pół litra paliwa, a więc około 60-70 kilometrów "wolności", które bohater naszej tragedii właśnie przehandlował za bułkę z parówką i kofeinę w cenie ziarna zbieranego w świetle księżyca przez ludzi o czystych sercach.

I ja rozumiem, że człowiek ma ochotę na kawę, że poczuł się głodny i musi coś zjeść. Tak, to się zdarza, mnie również. Ale wiem też, że kawa na stacji to produkt wybitnie przepłacony, podobnie jak hot dog. Właśnie w takich spontanicznych zakupach można szukać oszczędności, zwłaszcza gdy paliwo drożeje. No i szukać można też zdrowia, bo nie jest to modelowy posiłek zgodny z wytycznymi Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej.

Gdzie tu sens? Gdzie logika?

Narzekamy na rosnące ceny paliw, na które nie mamy absolutnie żadnego wpływu. Możemy tupać, krzyczeć, pisać petycje do OPEC i zaklinać kurs baryłki ropy, a i tak zapłacimy tyle, ile wyświetla pylon. Ale kawa i hot-dog? To jest nasza suwerenna decyzja. To jest ten moment, w którym dobrowolnie pozwalamy stacji benzynowej ograbić nas z marży, przy której zysk na litrze paliwa wygląda jak napiwek dla kelnera.

To trochę tak, jakby płakać nad wysokim czynszem, a potem codziennie zamawiać kawior z dostawą do domu, żeby zagłuszyć smutek. Stacja benzynowa stała się naszym narodowym konfesjonałem i fast-foodem w jednym. Wylewamy tam żale na rząd, świat i drożyznę, a potem kupujemy sobie "pocieszajkę" za cenę połowy obiadu w normalnej restauracji. Albo dosłownie za cenę obiadu w barze mlecznym. I to z kompotem!

Może to mechanizm obronny? Może ten hot-dog to nagroda za to, że przeżyliśmy szok przy dystrybutorze? A może po prostu jako naród uwielbiamy narzekać na system, jednocześnie będąc jego najbardziej oddanymi klientami w kwestiach, które możemy kontrolować. Bo narzekanie to przecież nasz sport narodowy.

Ja tam po prostu tankuję i wychodzę. Bez kawy, bez parówki, za to z resztką godności w portfelu. Bo jeśli już mam na coś narzekać, to wolę na to, na co muszę, a nie na to, co sam sobie zafundowałem na własne życzenie.