mężczyzna z kanistrem na tle stacji benzynowej
Politycy pompują paliwową histerię. Nie tankujcie na zapas, sami kręcicie bicz na swoje portfele Fot. Pexels / Akuray / Unsplash / Montaż: INNPoland.pl

Kiedy rynki nerwowo patrzą na Bliski Wschód, niektórzy politycy postanowili dolać oliwy do ognia strasząc nas fałszywymi zdjęciami kolejek przed dystrybutorami. Ropy w Polsce nie zabraknie, ale sztucznie napędzana panika sprawi, że zapłacimy za nią znacznie więcej. Czas wyłączyć emocje i włączyć myślenie.

REKLAMA

Ja rozumiem, że wielu kierowców się boi wyższych cen paliw. Sorry, taki mamy klimat – raz jest taniej, raz drożej i wielka globalna polityka rzadko pyta nas o zdanie. Ale ostatnie, czego teraz potrzebujemy, to masowy najazd na stacje benzynowe i kupowanie paliwa w panice, żeby zdążyć "póki nie podrożeje". Bo prawda jest taka, że to właśnie nasza panika podbije te ceny najszybciej.

Ceny paliwa. Daliśmy się złapać w pułapkę własnej histerii

Tak naprawdę nawet nie wiemy, czy paliwo w ogóle podrożeje w jakiś drastyczny, rujnujący domowe budżety sposób. Owszem, obawy są uzasadnione. Jeśli sytuacja w Cieśninie Ormuz – o której istnieniu 99 proc. z nas do niedawna w ogóle nie miała pojęcia – będzie się zaostrzać, ceny na pylonach prawdopodobnie nieznacznie wzrosną. Jeśli jednak tankowce będą bezpiecznie pływać, rynek szybko wróci do normy.

Zostają nam dwa skrajne scenariusze, którymi karmią nas dziś internetowi siewcy strachu:

  • Scenariusz przedłużającego się konfliktu: być może zapłacimy 7 zł za litr.
  • Scenariusz apokaliptyczny (płynna stal lecąca z nieba nad Cieśniną Ormuz): paliwa drożeją do 8, a może nawet 9 złotych.
  • Tylko że ten drugi wariant to czysta fantazja i geopolityczna abstrakcja. Dlaczego? Bo na blokadzie Cieśniny Ormuz kompletnie nikomu nie zależy. Nie pozwolą na to państwa ościenne, nie pozwolą na to USA i Izrael. Co więcej, najbardziej ucierpiałby na tym sam Iran! Ten kraj nie ma absolutnie żadnego interesu w blokowaniu eksportu, bo ropa to jego największy skarb i kroplówka.

    Z surowca tego czerpie nawet dwie trzecie (!) dochodów budżetowych. Mówimy o państwie pełnym paradoksów, gdzie jedna trzecia obywateli żyje poniżej granicy ubóstwa, a jednocześnie jedna trzecia państwowych pieniędzy idzie na zbrojenia. Odcięcie eksportu to dla reżimu samobójstwo. Tu drobne zastrzeżenie: władzom Iranu trudno zarzucić racjonalność, więc niczego nie można wykluczyć na 100 proc.

    Paliwa nie zabraknie. Magazyny są pełne

    Wróćmy jednak na nasze podwórko. Ropy nie zabraknie – mamy do czynienia z chwilowym zawirowaniem. Inne państwa błyskawicznie wyczuły z jednej strony zagrożenie, a z drugiej świetny interes, i już zadeklarowały zwiększenie wydobycia. Rozmawiałem wczoraj z menedżerem dużej firmy paliwowej: Polska ma zapasy na jakieś dwa miesiące normalnego funkcjonowania. A przecież import nie stanął, statki płyną, ropa cały czas dociera do rafinerii.

    Skąd więc obecne podwyżki na stacjach? Powiedzmy sobie to brutalnie uczciwie: ropą się handluje. Kiedy pojawia się widmo braków, nawet jeśli jest mało prawdopodobne, inwestorzy i spekulanci podbijają ceny baryłki na giełdach. Właściciele stacji paliw, widząc rosnące słupki, nie czekają ani chwili. Podnoszą ceny na dystrybutorach natychmiast, idąc za ciosem, na długo przed tym, zanim sami zapłacą więcej za nową dostawę w cysternie. Właściciele zarabiają więcej, bo kierowcy ze strachu są gotowi płacić więcej. Rośnie popyt, rosną ceny.

    Wniosek jest prosty: im bardziej będziemy się teraz bać i im więcej osób postanowi zalać baki i kanistry pod korek "na zapas", tym bardziej paliwo będzie drożeć. Stacje nie przepuszczą takiej okazji do zarobku.

    Syndrom papieru toaletowego za 8 złotych

    Kierowcami rządzi dziś FOMO (Fear Of Missing Out) – strach przed tym, że coś nas ominie. To coraz powszechniejsze zjawisko. Skoro wszyscy kupują złoto, to i ja kupię. Wszyscy wynoszą ze sklepów papier toaletowy i makaron, to i ja muszę. Wszyscy pędzą na stacje, to ja też odpalę auto, bo pewnie zaraz zabraknie!

    Z tego owczego pędu trzeba po prostu zdać sobie sprawę i... odpuścić. Zróbmy chłodną, matematyczną kalkulację. Co się stanie, jeśli paliwo faktycznie podrożeje o 20 groszy na litrze? Przy tankowaniu standardowego, 40-litrowego baku, zapłacisz dokładnie całe 8 złotych więcej.

    Czy 8 złotych to naprawdę kwota, dla której warto tracić nerwy, stać w absurdalnych kolejkach i nakręcać narodową panikę? 8 złotych to mniej niż kawa czy hot-dog na stacji, rzecz z której wielu ludzi nie umie zrezygnować.

    Politycy PiS o paliwie. Sztuczna inteligencja i prawdziwa żenada

    Wiecie, co mnie w tej całej gorączce wkurza jednak najbardziej? Politycy PiS. Trzeba być skrajnie cynicznym, żeby w tak napiętej sytuacji wrzucać do mediów społecznościowych wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI) fałszywe obrazki gigantycznych kolejek na stacjach z idiotycznym podpisem: "Polacy ruszyli na stacje obawiając się rosnących cen paliw. A rząd? Śpi!".

    Na Trygława i Swaroga, to już nawet nie jest politycznie głupie, to jest przerażająco żenujące i niebezpieczne dla Polski. Ręce opadają.

    Na całe szczęście Polacy po raz kolejny okazują się mądrzejsi od swoich polityków i masowo na stacje nie ruszyli, choć pewnie spora część wciąż to rozważa. Podkreślmy to jeszcze raz, bardzo wyraźnie: nie warto. Paliwa nie zabraknie. A jeśli trochę zdrożeje, to zdrożeje – wielkiej polityki zza kółka naszego auta i tak nie zmienimy.