
Bliski Wschód znów znalazł się w centrum globalnego napięcia po atakach Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran oraz doniesieniach o możliwych utrudnieniach w żegludze przez Cieśninę Ormuz. Orlen wydał oświadczenie w sprawie dostaw ropy.
W przesłanym PAP stanowisku koncern podkreśla, że od lat realizuje strategię dywersyfikacji źródeł surowców. Ropa trafiająca do jego instalacji pochodzi z różnych części świata: z regionu Morza Śródziemnego, Afryki Północnej i Zachodniej, Skandynawii oraz z krajowego wydobycia.
Napięcia na Bliskim Wschodzie a dostawy ropy. Stanowisko Orlenu
Duża część ropy trafia do Orlenu na podstawie wieloletnich umów z Saudi Aramco i Equinor. Brakujące ilości koncern dokupuje na bieżąco na rynku. Firma nie podaje jednak dokładnych informacji, ile surowca pochodzi z poszczególnych krajów czy kontraktów.
Orlen przypominał już w czerwcu 2025 r., po wcześniejszych amerykańskich atakach na irańskie instalacje jądrowe, że z Bliskiego Wschodu sprowadza ropę w ramach umowy z Saudi Aramco, a gaz na podstawie kontraktu katarskiego. Wówczas zaznaczano, że przez Cieśninę Ormuz transportowane jest wyłącznie LNG.
W ostatnich dniach napięcie w regionie ponownie wzrosło. Według doniesień medialnych część tankowców ogranicza tranzyt przez Cieśninę Ormuz, a niektóre jednostki zawróciły lub oczekują przed wejściem do wąskiego przesmyku łączącego Zatokę Perską z Zatoką Omańską. Szlakiem tym przepływa około 20 proc. światowych dostaw ropy.
Pojawiły się również ostrzeżenia dla statków operujących w regionie oraz zalecenia części państw, by czasowo unikać tego akwenu.
Spółka zapewnia jednak, że obecnie nie widzi zagrożenia dla dostaw ropy do swoich rafinerii. Jednocześnie deklaruje stałe monitorowanie sytuacji i analizę jej wpływu na globalny rynek surowców energetycznych.
Zobacz także
Co dalej z cenami paliw?
Rynek już reaguje na rozwój wydarzeń. Jak pisaliśmy w INNPoland, w piątek notowania ropy zaczęły rosnąć. Amerykańska ropa WTI podrożała do około 72,50 dolara za baryłkę, czyli o ponad 2,5 proc., natomiast ropa Brent zbliżyła się do poziomu 73 dolarów za baryłkę, rosnąc o niemal 3 proc. Ceny znalazły się tym samym w pobliżu rocznych maksimów, a zarazem najwyższego poziomu od siedmiu miesięcy.
Analitycy banku Barclays przewidują, że w przypadku dalszej destabilizacji regionu ropa może zdrożeć nawet do około 80 dolarów za baryłkę. Głębsze zaostrzenie konfliktu mogłoby oznaczać przekroczenie granicy 90 dolarów.
W przeszłości konflikty i napięcia na Bliskim Wschodzie często powodowały szybkie reakcje rynku ropy. Zwykle oznaczało to skok cen surowca o kilka, a czasem nawet kilkanaście procent w stosunkowo krótkim czasie, choć takie wzrosty zazwyczaj nie utrzymywały się długo.
Na skutki mogą przygotowywać się także przedsiębiorcy. Wojciech Miklaszewski z firmy Finea, cytowany przez Gazeta.pl, zwraca uwagę, że polskie przedsiębiorstwa muszą liczyć się z asymetrią zmian cen. Spadki cen ropy zwykle przekładają się na tańsze paliwo na stacjach z opóźnieniem, natomiast wzrosty pojawiają się szybciej. Zjawisko to na rynku określa się czasem jako efekt "rakiet i piórek".
Według jego szacunków podwyżka kosztów oleju napędowego o około 15 proc. może oznaczać dodatkowe wydatki rzędu 15-20 tysięcy złotych miesięcznie dla małej firmy transportowej posiadającej pięć pojazdów.
W przedsiębiorstwach z dziesięcioma samochodami ciężarowymi koszty mogą wzrosnąć nawet o ponad 30 tysięcy złotych miesięcznie. Jeśli światowe ceny diesla wzrosną o około 15 proc., na polskich stacjach paliw możliwe jest pojawienie się ceny sięgającej 7 zł za litr. Według danych Reflex średnia cena oleju napędowego wynosi obecnie około 5,98 zł za litr i w ciągu tygodnia wzrosła o 6 groszy.
Źródło: Business Insider
