
Prezes Kaczyński wspomina rady leśników z 1992 roku, ale zapomina, że za jego rządów lasy zamieniły się w strefy śmierci. Wydaliśmy 700 mln zł na strzelanie do zwierząt, które niemal nie przenoszą ASF, za to świetnie nauczyły się, że w mieście – w przeciwieństwie do lasu – nikt do nich nie chrumka z fuzją w ręku.
Jedni marudzą coś o dzikach wchodzących do miast, inni je karmią, jeszcze inni zabijają na placach zabaw. Mało kto nie rozmawia dziś o dzikach. Na każdym niemal polskim osiedlu ludzie pytają się, kiedy Ziobro z Romanowskim trafią do aresztu, po ile dziś paliwo i czy dziki były dziś widziane.
Na warszawskim Mokotowie zabito 7 dzików (w tym 6 młodych), na Bemowie aż 16 (w tym 12 warchlaków), które jakiś dureń zamknął na placu zabaw. Ale można inaczej. Władze Akademii Wychowania Fizycznego ogrodziły teren, na którym dzicza mama powiła młode i nakazały danie jej spokoju. Można? Można.
O dziki był pytany nawet prezes Kaczyński. Opowiadał dziennikarzom, że w 1992 roku leśnicy radzili mu, by "jak idą dziki, nawet wielkim stadem, to trzeba na nie iść, nie można się przestraszyć".
– Samce mogą się odwracać i tak chrumkać – mówił prezes PiS i zaprezentował nawet "odgłos paszczą".
Śmichy chichy, ale wszyscy widzą, że w sprawie dzików coś jest nie tak. Ale nie z dzikami: one są w porządku. To nasi decydenci robią głupoty i powtarzają bzdury. Jakby nie widzieli żadnego filmu katastroficznego... Przecież większość z nich zaczyna się od tego, że władze nie posłuchały naukowców. I właśnie z tym mamy dziś do czynienia.
Ale jak to? No tak. Przecież to my sami, za własne pieniądze (jakiś miliard złotych) zamieniliśmy lasy w strefy śmierci, a miasta w luksusowe azyle dla dzików, nie rozwiązując problemu, który rozwiązać chcieliśmy. I to wszystko zaczęło się za rządów chrumkającego Kaczyńskiego, ponoć wielkiego miłośnika zwierząt. Żeby nie było: obecny rząd dumnie kontynuuje to absurdalne działanie. Państwo dalej płaci za zabijanie dzików!
Wielkie strzelanie za wielkie pieniądze
Gdyby dziki potrafiły pisać wnioski o azyl, polskie urzędy miast byłyby zasypane papierami. Ludzie pytają: "skąd ich tu tyle?". Dziki na placach zabaw, dziki pod Biedronką, dziki na spacerze w centrum Gdyni czy Warszawy. Ale dziki nie są głupie, wręcz przeciwnie: to bardzo kumate i sprytne zwierzęta. Idą tam, gdzie mają większe szanse przeżycia.
Większość ludzi myśli, że dziki stały się bezczelne. Łażą po miastach, zamiast siedzieć w lesie i ryć i zajmować się tam tymi swoimi dziczymi sprawami. Prawda jest jednak znacznie smutniejsza i bardziej absurdalna: dziki to uchodźcy. Uciekły z lasów, które państwo polskie zamieniło w poligon doświadczalny pod hasłem walki z ASF (Afrykańskim Pomorem Świń).
Państwo polskie wydało na walkę z ASF fortunę. Dane są bezlitosne: szacuje się, że w ostatnich latach koszty zwalczania tej choroby, w tym wypłaty dla myśliwych za tzw. odstrzał sanitarny, sięgnęły blisko 700–900 milionów złotych.
Wystrzelano miliony zwierząt. W samym tylko sezonie 2019/2020 pod lufy trafiło ponad 370 tysięcy dzików. Łącznie w ostatnich latach populacja ta została zredukowana w sposób drastyczny, często przekraczający 100 proc. szacowanego pierwotnie stanu. Efekt? Jest absolutnie ZEROWY! ASF ma się świetnie. Mapa ognisk choroby wciąż przypomina wysypkę na ciele chorego.
Dzik jest dziki, dzik ma kły, a myśliwy grzmiący kij
Gdyby tak władze wcześniej posłuchały naukowców... Bo mądrzy ludzie z PAN i innych ośrodków badawczych od lat trąbią: dzik to tylko wektor poboczny. Głównym winowajcą w sprawie ASF jest brak bioasekuracji w gospodarstwach, brudne koła ciągników, buty myśliwych i nielegalny handel mięsem.
Gdyby tak władze wyciągnęły minimalne wnioski z akcji strzelania do dzików... Okazało się, że z tych setek tysięcy zastrzelonych zwierząt, wirusa stwierdzono u 0,4 procent. Czyli u jednego dzika na 250 zabitych. Ale ktoś bezrefleksyjnie zdecydował, że myśliwi za każdego zabitego dzika dostaną 650 złotych (za odstrzał samicy przelatki lub dorosłej samicy) lub 300 zł (za każdego innego). Na zabicie ponad 1,3 miliona dzików Skarb Państwa w latach 2019-2023 wydał aż 597,5 mln zł, z czego myśliwi otrzymali ok. 526 mln zł.
Rozumiecie? Wydaliśmy kupę kasy na walkę z ASF przez płacenie myśliwym za zabijanie dzików, które ASF niemal nie przenoszą, ale za to przegnaliśmy dziki z lasu do miast, gdzie nie są mile widziane. A jednocześnie na ich braku cierpi las.
Zobacz także
Las bez leśnego pługa – ekologiczna katastrofa
No tak, bo wybijając dziki w pień w ich naturalnym środowisku, zafundowaliśmy lasom biologiczną zapaść. Dzik nie jest w lesie tylko po to, żeby być celem dla myśliwego. To inżynier ekosystemu, którego nie zastąpi żaden urzędnik.
Co się dzieje, gdy w lesie brakuje dzików? Następuje inwazja pędraków. Dziki uwielbiają larwy chrabąszczy i innych owadów, które podgryzają korzenie drzew. Bez dzików mamy plagę szkodników, z którymi leśnicy walczą... chemią. W lesie zaczyna brakować naturalnej orki. Dzicze buchtowanie to nic innego jak napowietrzanie gleby i mieszanie jej z materią organiczną. Dzięki temu nasiona drzew mają gdzie kiełkować.
Mamy też zastój w obiegu materii. Dziki to sanitariusze, zwierzęta bardzo oportunistyczne w kwestiach kulinarnych. Zjadają padlinę, zapobiegając rozprzestrzenianiu się innych chorób.
Dlaczego dzik woli Żabkę od dębu?
Logika dzika jest prosta: w lesie strzelają, w mieście karmią. W lesie dzik jest zwierzyną łowną, na którą poluje się z noktowizorami i nęciskami. W mieście panuje zakaz używania broni palnej (z oczywistych względów bezpieczeństwa). Dzik szybko skojarzył fakty: między blokami jest bezpiecznie, a śmietniki to szwedzki stół, który nie wymaga kopania w zamarzniętej ziemi.
To nie dziki weszły do miast. To my wypędziliśmy je z lasów kulami, a potem zaprosiliśmy na osiedla niezabezpieczonymi bioodpadami.
Ręce opadają, nogi same niosą do wyjścia
Jesteśmy świadkami rzadkiej kombinacji arogancji i głupoty. Państwo, zamiast postawić na twardą bioasekurację gospodarstw (matę dezynfekcyjną łatwiej kupić niż opłacić tysiące godzin pracy myśliwych), wolało pójść na wojnę z gatunkiem, który od tysięcy lat dba o polskie lasy.
Naukowcy mówili: "nie strzelajcie, to nie pomoże". Myśliwi mówili: "dajcie kasę, będziemy strzelać". Państwo wybrało bezsensowne sponsorowanie myśliwych. Dziś mamy ASF w natarciu, lasy w ruinie i dziki na placach zabaw.
Myśliwi dostali pieniądze, wirus dostał nowe terytoria, a mieszkańcy miast dostali lochy z warchlakami pod oknami. Zapłaciliśmy za to prawie miliard złotych. I to jest chyba najsmutniejszy żart w tym całym cyrku. Mądry Polak po szkodzie? Niestety nadal nie.
