Pacjent przygotowywany do operacji, rok 1914, Sydney
Zamykajmy stare szpitale, budujmy nowe. Wiele obecnych przypominają XIX-wieczne umieralnie Fot. Museums of History New South Wales / Unsplash

Dyskusja o polskiej służbie zdrowia to wiecznie te same tematy. Finansowanie, terminy, jakość żywienia, dostępność leków i podejście lekarzy. Jeden temat jednak nie jest specjalnie popularny, mimo tego, że wypadamy w tej kwestii fatalnie, a skutki ponoszą pacjenci, rodziny, księgowe i lekarze.

REKLAMA

Wieloosobowe sale w liczących czasem setki lat budynkach, rosnąca fala zakażeń, zgony spowodowane bakteriami i upałem. Ilu z was odwiedzało kogoś w szpitalu i z zaskoczeniem odkrywało, że w sali gdzie pacjent ma dochodzić do zdrowia panuje temperatura 30 stopni?

Upał, tłok, komfort jako fanaberia

Według raportu Narodowego Instytutu Dziedzictwa, ponad 378 szpitali znajduje się w obiektach zabytkowych lub powojennych. Skutkuje to między innymi znacząco przekraczającą europejską średnią skalą zakażeń szpitalnych. Szpitale te zresztą obarczone są wieloma wadami, gdzie brak parkingów to najmniejszy z nich. Większym jest problem chociażby z zasilaniem awaryjnym.

Upał, zakażenia, hałas, wieloosobowe sale, rośnie stres i dyskomfort. Leczenie przedłuża się. Do tego w zimie jest gorąco (bo kaloryfery bez termostatów) i w lecie jest gorąco. Szpitale płacą fortunę za ogrzewanie, płacą fortunę za utrzymanie i płacą fortunę za remonty.

Klimatyzacja? Zapomnijcie. Ponad 150 000 łóżek szpitalnych w Polsce nie ma klimy. Tylko 15 proc. szpitalnych pomieszczeń szpitalnych jest w ten sposób wentylowanych. Morderstwo na pacjentach.

Nie ma się co zresztą dziwić. NFZ nie refunduje kosztów klimatyzacji. Śmierć pacjenta przecież ciężko połączyć z 35 stopniami w szpitalnej sali w środku sierpnia.

Coraz dłuższe i silniejsze fale upałów będą miały swoje konsekwencje, szczególnie dla seniorów. Brak właściwej temperatury w pomieszczeniu szpitalnym to odwodnienie organizmu, zaburzenia termoregulacji. Gorzej goją się rany, a pacjenci kardiologiczni i pulmonologiczni mają wyższe ryzyko powikłań. A my nadal patrzymy na klimatyzację jak na fanaberię.

Zresztą, przecież to znamy. Nie podoba się jedzenie szpitalne? A CO TO?! PRZYSZEDŁ ŻREĆ CZY SIĘ LECZYĆ? Kto tego nie słyszał nawet od pacjentów, którzy ze zrozumieniem przyjmowali niejadalną breję. Leczenie pacjenta, który złapał sepsę lub gronkowca z powodu takich, a nie innych, warunków, kosztuje kilkakrotnie więcej. O ile w ogóle się udaje. 

No i przecież budowa nowego szpitala to kolejna fanaberia, skoro szpital funkcjonuje w danym miejscu 200 lat, to może i następne 200. A że to klasyczna "umieralnia", gdzie jako "remont" można odhaczyć remont sali operacyjnej i pokoju socjalnego, bo przecież nie dorobienie prywatnej łazienki i klimatyzacji. Niestety dla nas, mamy nawet badania, że sale wieloosobowe generują hałas zaburzający sen, co wpływa na zdrowie pacjentów.

Co z zasadą, że po pierwsze nie szkodzić? 

Pacjenta w Polsce nie szanuje nikt. Ani system, ani administracja szpitala, ani politycy. Niech się cieszy, że udało mu się znaleźć miejsce w szpitalu. Cała reszta nie jest ważna. 

To co na zachodzie i w Skandynawii jest normą od 20 lat, u nas dalej jest uznawane za "wymyślanie". Tam standard to jednoosobowy pokój, prywatna łazienka, klimatyzacja i miejsce, aby rodzina miała gdzie usiąść przy pacjencie. 

Wypadałoby jednak w 2026 to pacjenta postawić w centrum uwagi i zrozumieć, że nikt nie robi mu łaski. Czas też porzucić wygodne "remonty" i zacząć budować nowe szpitale, zwalniając cenne tereny w centrach miast. Opłaci się to nam wszystkim. Nowe budowle na obrzeżach z pewnością przyniosą więcej korzyści niż strat.

Wielohektarowe tereny w środku wielkich miast można wykorzystać inaczej, pozbywając się problemu z parkingami, kosztami, rozbudową czy lotniskiem dla LPR-u. Nie należy też bagatelizować zupełnie realnego problemu gdzie szpital objęty jest… opieką konserwatora zabytków. Remont takiego szpitala z utrzymaniem jego działania to potężny ból głowy i potężne koszty.

Już parę lat temu dyrektor szpitala w Lublińcu informował, że przez nadzór konserwatora zabytków nie było możliwe zrealizowanie przy remoncie właściwych węzłów sanitarnych.

A problemy będą tylko rosnąć – robotyzacja medycyny wymagająca prądu, systemy AI wymagające sprawnego internetu tak jak i inteligentne czujniki. Nie zrobimy tego w dwustuletnim, ceglanym budynku. A gdzie jeszcze miejsce na obniżenie kosztów utrzymania, fotowoltaikę czy systemy bateryjne zapewniające awaryjne zasilanie.

Jaskółki dobrej zmiany

Mamy w kraju też dobre przykłady. Koronkowym jest wart 1,5 mld złotych projekt Dolnośląskiego Centrum Onkologii, Pulmonologii i Hematologii. Ten wchodzący w etap wykańczania szpital, łączy 3 istniejące oddziały w jednym budynku. Pacjenci będą mieli tam dostęp do prawie 700 łóżek w pokojach jedno- i dwuosobowych, w pełni klimatyzowane i z prywatną łazienką. Dostępne będą strefy dla bliskich i nowoczesne systemy nadzoru. 

Nowy szpital powstaje też w Poznaniu, trwają prace w Lubinie. To jednak tylko kropla w morzu. 150 000 łóżek dalej czeka na wymianę. Czy ktoś z naszej klasy politycznej się nad tym problemem pochyli? Szczególnie, że mamy czym się inspirować i z czego wyciągnąć wnioski. U swojego schyłku PRL rozpoczął budowę 11 szpitali wojewódzkich, bazując na podobnym projekcie, co miało przyspieszyć budowę i obniżyć koszty.

Jeśli szpital we Wrocławiu to koszt 1,5 miliarda złotych, to kosztem 15 miliardów na przestrzeni kilku lat postawić możemy przynajmniej 10 supernowoczesnych szpitali, oferujących tysiące łóżek. To niewielki koszt za to, aby poprawić jakość leczenia, ale i jakość chorowania. No i z wielu problemów polskiej służby zdrowia ten rozwiązać można naprawdę łatwo – dużą paczką pieniędzy.