Mem z kapitanem Picardem i bomby atomowe z biało-czerwoną flagą.
Co zmieni polska bomba atomowa, gdy Rosja ma ich tysiące? Fot. Collagery/Shutterstock/Star Trek/kompozycja SLL

Wiem, że igram z ogniem. Idę pod prąd ekspertom medialnym, politykom, autorom książek, iksowiczom i całej masie ludzi przekonanych, że nic tylko potrzebujemy polskiej bomby atomowej. No ale muszę, bo inaczej się uduszę. Nie, nie potrzebujemy.

REKLAMA

Od lat słyszymy, że ostatecznym ruchem Polski w obronie przed naszym wrogiem ze wschodu będzie nasza, autorska, niezależna i niepodległa broń atomowa. Ma ona w magiczny sposób rzucić na kolana państwo mające... (sprawdzam notatki)... prawie 6000 głowic atomowych. 

Polska bomba atomowa będzie niczym przy nuklearnym arsenale Rosji

Czemu uważam polską bombę atomową za słaby pomysł? Już wyjaśniam. Po pierwsze, już samo licytowanie się z Rosją w kontekście użycia broni atomowej jest bezzasadne. Wygrają. Zawsze. My użyjemy 1 to oni użyją 3, my użyjemy 5, to oni użyją 20. I co im zrobimy? Nic, bo już nas nie będzie.

Można oczywiście argumentować, że Francja ma tylko 300 bomb, ale Francja ma też atomowe okręty podwodne i całą triadę nuklearną, oraz (jakże pożądaną w tym przypadku) większą odległość od głównego wroga. Z natury rzeczy w Polsce nigdy nie będziemy wstanie zbudować ani dużej liczby bomb, ani posiadać dużej liczby nośników. Ani nigdy nie będziemy tak bezwzględni jak Rosja.

Bomba atomowa to również broń ostateczna: nie możesz zagrozić już niczym więcej. Game Over. Nie ma już niczego wyżej, nie ma opcji eskalacji. Dlaczego więc opierać na bombie atomowej polską niepodległość? A co jak naszą broń przejmie Specnaz? Co jak Rosjanie ją zniszczą w akcie sabotażu albo niespodziewanym uderzeniem? 

Polska doktryna MAD to mrzonka

Niestety, nie mamy ani głębi strategicznej, ani przesadnie dużego terytorium. Nie jesteśmy pod tym względem ani Ukrainą (ponad 600 tys. km kwadratowych), ani Rzeczpospolitą Obojga Narodów (w pewnym momencie prawie 1 mln km kwadratowych).

Opieranie swojego bezpieczeństwa na czymś tak zerojedynkowym, nie da nam żadnej gwarancji. Nie uda się nam polska wersja doktryny MAD (wzajemnego gwarantowanego zniszczenia), bo nie będziemy mogli zagwarantować zniszczenia Rosji. Za to w drugą stronę nie będzie ani problemu, ani oporów.

Bomba atomowa pogodzi polskich polityków? Wolne żarty

Nie da się też zlekceważyć oporu politycznego: presja na Polskę z pewnością byłaby gigantyczna. Nad krajem zawisłaby groźba sankcji. Oczywiście możemy mówić o autonomii w decyzjach, suwerenności i robienia po swojemu, ale opór będzie oporem. Trzeba mieć siłę, by go zwalczyć. Klasa polityczna musiałaby być zdeterminowana, aby ten opór przełamać i nie dać się (w ten czy inny sposób) przekupić ani podzielić.

Czekałyby nas liczne ataki, problemy obiektywne i nieobiektywne, a także konieczność wychodzenia z kolejnych międzynarodowych instytucji i rad. Nie jest to sam w sobie argument przeciwko, ale próba wykazania, jak wielowarstwowy to problem. Wymagałby walki na jak wielu frontach i to przez dziesiątki lat. Tyle musiałby wytrwać konsensus polityczny w Polsce. Czy ktokolwiek ma złudzenia, że nasza klasa polityczna jest gotowa do solidarnego i permanentnego sporu z całym światem przez następne 20-30 lat?

Wyzwania związane z bombą atomową w Polsce

Sama skala wyzwań związanych z polską bronią jądrową jest ogromna. Pytania można mnożyć: gdzie będziemy testować bombę atomową? Nie mamy kolonii, nie mamy wysp na środku oceanu. Jakie będą nośniki tej broni? Gdzie je wypróbujemy? W jaki sposób zabezpieczymy miejsce składowania broni jądrowej?

Trzeba byłoby zaprojektować system dowodzenia, uzbrajania bomb, a wreszcie cały łańcuch wydania rozkazu ich użycia. To zapewne wymagałoby też nowej Konstytucji i nowego systemu politycznego.

W co mielibyśmy celować? Jak mocna miałaby być ta bomba? A co gdyby do władzy doszedł ktoś, kto zablokowałby projekt mimo wydanych dziesiątek miliardów złotych? Byłby to projekt który wymagałby gruntownych zmian nie tylko mentalnych, ale i instytucjonalnych.

Bomba atomowa to nie projekt ambitny, lecz nierozsądny

Możecie teraz powiedzieć: "Ale Szymon, miałeś być ambitny, a jesteś jednym z nich!". Tyle że ambicja to nie jest robienie wszystkiego tylko dlatego, że można. Tak jak CPK nie był nigdy projektem megalomańskim, tak polska bomba atomowa moim zdaniem właśnie takim projektem jest.

Czy naprawdę jesteście przekonani, że projekt, którego koszt wyniosłyby pewnie setki miliardów złotych przez kilkadziesiąt lat, jest tym jednym, jedynym, na którym powinno wszystkie swoje siły skupić państwo polskie? Ja uważam, że nie.

Są lepsze cele, są lepsze wyzwania których możemy się podjąć "nie dlatego, że są łatwe, ale dlatego, że są trudne". Bo nie o obawę przed trudem tu chodzi, ale o racjonalny wybór wyzwania dziejowego dla Rzeczpospolitej.

Co zamiast polskiej bomby atomowej? Nuclear sharing

Czy należy więc w całości odrzucić koncepcję polskiej bomby atomowej? Moim zdaniem nuclear sharing byłby wystarczającym kompromisem. Czy to w formie współpracy z USA, czy niedawno sugerowanej współpracy z Francją. Polska miałaby część zalet posiadania własnego arsenału, ale bez jego licznych wad.

Jaki jest jednak mój główny argument przeciwko polskiej bombie atomowej? Tak naprawdę zależy nam nie na bombie atomowej, ale na uzyskaniu wysokich zdolności obronnych, które uczynią naszą odpowiedź na rosyjską agresję tak kosztowną, że nawet Rosjanie uznają, że nie warto zaczynać.

Program zapoczątkowany lata temu jako Polskie Kły w końcu zaczyna przynosić owoce. Setki wyrzutni rakietowych Homar (odpowiedników amerykańskiego HIMARS-a), setki sztuk pocisków JASSM, oraz duże w skali zakupy amunicji rakietowej o zasięgu kilkuset kilometrów to siła, która pozwoli zadać Rosji straty dużo większe, niż pojedyncze głowice atomowe, a na dodatek z ograniczonym ryzykiem jądrowej odpowiedzi.

Za 10 proc. tego, co kosztowałaby nas broń atomowa, możemy mieć zestaw wojenny w skład którego wejdą setki sztuk artylerii lufowej (Krab/K9) i rakietowej (Homar) z tysiącami sztuk amunicji dalekiego zasięgu, pociski manewrujące (jak JASSM), dziesiątki tysięcy sztuk tanich pocisków manewrujących lub dronów uderzeniowych dalekiego zasięgu czy nawet polskich rakiet balistycznych.

Fetysz polskiej bomby atomowej

Broń atomowa dla Polski wydaje mi się jakąś dziwną zbiorową halucynacją. Oczywiście, ma ona swój złowieszczy "urok", ale z punktu widzenia praktycznego czy militarnego jej użyciu towarzyszyłby znacznie większy opór.

Nikomu nie zadrży ręka, kiedy trzeba będzie uderzyć JASSM-ami na terytorium Rosji, ale czy znajdzie się chętny, aby uderzyć taktyczną bronią atomową na zgrupowanie wojsk przeciwnika? Co jeśli skupiając się na broni atomowej sami utrudnimy sobie obronę, nie uzyskując argumentu w zarządzaniu konfliktem z Rosją?

Wolałbym, żebyśmy skupili się na polskim programie systemów uderzeniowych: rakiet balistycznych, pocisków manewrujących, dronów dalekiego zasięgu. Ich tania produkcja z pewnością przestraszy Rosję bardziej niż wizja paru bomb atomowych, których Warszawa będzie mogła użyć w 2060 roku. Bomb, które moim zdaniem stały się dziwnym masowym fetyszem, a nie realną i logiczną odpowiedzią na zagrożenie ze wschodu, które możemy zablokować dużo szybciej i dużo taniej.