Podatek od braku talentu. Zapłacimy za emerytury artystów, których nikt nie chce słuchać i oglądać
Podatek od braku talentu. Zapłacimy za emerytury artystów, których nikt nie chce słuchać i oglądać Fot. Andrea Piacquadio / Pexels / INNPoland.pl

Państwo postanowiło uregulować status "artysty zawodowego". Efekt? Jeśli malujesz obrazy, których nikt nie kupuje, skarbówka i tak odłoży ci na emeryturę. Ktoś tu pomylił mecenat nad kulturą z wieczystym zasiłkiem dla hobbystów. System, który ma "dbać o godność", uderza w poczucie sprawiedliwości milionów pracujących Polaków.

REKLAMA

Rząd właśnie domyka projekt, który ma sprawić, że od 2027 roku wszyscy staniemy się mecenasami sztuki. Niestety, nie tej przez wielkie "S", którą podziwiamy w muzeach, ale tej, której nikt nie chce kupić, nikt nie chce słuchać i nikt nie potrzebuje.

Jeszcze w kwietniu 2026 roku rząd ma przyjąć projekt, który dzieli Polaków na tych, którzy na emeryturę muszą zarobić, i na tych, którym do tej emerytury dopłacimy my wszyscy.

O co chodzi w "emeryturze dla artysty"?

Projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny to w skrócie system dopłat do składek ZUS i ubezpieczenia zdrowotnego. Rząd zauważył, że branża artystyczna to finansowy Dziki Zachód:

  • Z ok. 62 400 twórców w Polsce, tylko niespełna połowa płaci jakiekolwiek składki;
  • 30 proc. artystów zarabia mniej niż wynosi płaca minimalna;
  • Efekt? Celebryci wrzucający do sieci zdjęcia decyzji ZUS o emeryturze w kwocie 34,87 zł.
  • Rząd chce to "naprawić", dopłacając z budżetu (czyli z twoich podatków) brakujące kwoty do składek emerytalnych i zdrowotnych tym, którzy zarabiają mało.

    Architekt na zasiłku, czyli szczyt absurdu

    Zacznijmy od największego "hitu" tej ustawy. Na liście zawodów, którym my – podatnicy – mamy dopłacać do emerytur, znaleźli się... architekci. Tak, dobrze czytacie. Przedstawiciele jednej z najbardziej prestiżowych, technicznych i zazwyczaj dobrze płatnych profesji. Jeśli architekt w 2026 roku zarabia tak mało, że nie stać go na składki ZUS, to mam dla niego brutalną wiadomość: prawdopodobnie jest kiepskim architektem.

    Dlaczego system ma premiować rynkową porażkę w tej branży? Jeśli ja, jako dziennikarz, będę pisał teksty, których nikt nie chce czytać, to nie pójdę do rządu po dopłatę do ZUS-u.

    Po prostu pójdę do innej roboty. Przekwalifikuję się, zacznę jeździć taksówką albo układać towar w markecie. Bo tak działa dorosły świat. Ale w świecie artystów, według rządu, zasada "nie radzisz sobie – zmień zawód" nie obowiązuje. Tam obowiązuje zasada: "nie radzisz sobie – niech inni za ciebie zapłacą".

    Mecenat czy dotowanie bylejakości?

    Nie zrozumcie mnie źle. Państwo ma obowiązek wspierać kulturę. Ale prawdziwym wsparciem dla artysty ludowego – tkaczki, garncarza czy rzeźbiarza, który faktycznie chroni nasze dziedzictwo, a nie jest "komercyjny" – byłoby stworzenie mu etatu w gminnym domu kultury czy lokalnym muzeum. Tam jego praca miałaby sens i społeczną użyteczność. No i samorządy najlepiej znają się na swoich lokalnych twórcach.

    Zamiast tego tworzymy gigantyczną, biurokratyczną machinę. Powstanie nowa komisja, nowe Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej, które będą oceniać "dorobek". Już widzę te debaty urzędników nad tym, czy obraz pani Agaty to już "sztuka zawodowa", czy tylko amatorskie bohomazy, których nikt nie chce zawiesić na ścianie w salonie.

    Jeśli przez trzy lata nie potrafisz sprzedać swojej twórczości za kwotę wyższą niż płaca minimalna, to może – po prostu – nie jesteś artystą, tylko hobbystą? Dlaczego ja mam płacić za to, że ty realizujesz swoje hobby na pełen etat?

    Gdzie jest ustawa o "bezpieczeństwie dziennikarza"?

    Jako dziennikarz czuję się po prostu pominięty w tym festiwalu hojności. My też pracujemy na śmieciówkach, też gonią nas terminy, też żyjemy od zlecenia do zlecenia w niepewnym świecie nowych mediów. Czy ktoś planuje dopłaty do moich składek? Wolne żarty. Ja muszę być dobry, żeby przetrwać. Muszę dostarczać treść, która ma wartość.

    Tymczasem autorzy projektu zauważają, że prawie 70 proc. artystów zarabia poniżej średniej krajowej, a co trzeci nie dociąga do minimum. I zamiast zachęcać te osoby do szukania stabilniejszego zajęcia i uprawiania sztuki "po godzinach" (co robiło wielu wielkich mistrzów przed nimi), betonujemy ich w nędzy, obiecując, że na starość rzucimy im jałmużnę z budżetu. To nie jest dbanie o godność. To jest tworzenie kasty "wiecznych debiutantów" na państwowym garnuszku.

    3 miliardy na marzenia o sławie

    Koszt tego pomysłu to 3,2 miliarda złotych w dekadę. To ogromne pieniądze, które mogłyby pójść na modernizację szpitali, o których pisałem wcześniej, na nowe tory tramwajowe czy ratowanie edukacji. Zamiast tego pompujemy je w system, który zdejmuje odpowiedzialność z dorosłych ludzi za ich własne wybory zawodowe.

    Jeśli artysta zarabia krocie – niech płaci wysokie składki. Jeśli zarabia mało – niech płaci mało, ale nie oczekujmy, że państwo wyczaruje mu wysoką emeryturę z pieniędzy pielęgniarki czy kierowcy autobusu. W 2026 roku czas wreszcie zrozumieć, że zawód artysty to nie jest nadanie szlacheckie, które zwalnia z rynkowej logiki. To praca jak każda inna. A jeśli ta praca nie pozwala ci opłacić lekarza i odłożyć na starość, to system, który cię w tym utwierdza, wcale ci nie pomaga. On cię po prostu okłamuje na nasz koszt.

    Ręce opadają. W tym zwariowanym świecie najwyraźniej najbardziej opłaca się być kiepskim architektem z "dorobkiem" niż dobrym rzemieślnikiem z fachem w ręku. Jeśli zarabiasz najniższą krajową na umowie o pracę, nikt ci nie "dopłaca" do składek – ty je po prostu oddajesz z wypracowanej pensji. Artysta, który zarobi grosze, dostanie od państwa "prezent" w postaci opłaconego ZUS-u, jakby pracował na pełny etat.

    Czy lekarstwem na to, że ktoś przez dekady żył pasją, nie dbając o finanse, ma być ręka włożona głęboko do kieszeni ludzi, który co miesiąc uczciwie odprowadzają składki od swojej ciężkiej pracy?