Mężczyzna w kolarskim stroju denerwuje się stojąc nad rowerem, który ma odkręcone koło
Ludzie mają problem z podstawowymi manewrami na rowerze - zauważają rowerowi aktywiści. Fot. Iam_Anuphone/Shutterstock

Rowerowy boom w Polsce osiągnął punkt krytyczny. Kupujemy coraz droższy sprzęt, bijemy rekordy kilometrów i ruszamy na trasy, ale to, co najważniejsze, jest wciąż w tyle: świadomość i umiejętności. – Mamy coraz lepsze rowery, a nasze umiejętności wciąż są słabe i w razie niebezpieczeństwa nie umiemy nad tym naszym ekstra sprzętem zapanować – ostrzega Kamil Brzozowski z rowerowej organizacji ROVELOVNIA.w rozmowie z InnPoland.

REKLAMA

Ta ostra diagnoza dotyczy nie tylko amatorów, ale i rzeszy Polaków, dla których dwa kółka stały się nowym stylem życia. Coraz więcej osób wsiada na rower, lecz nie zawsze idzie za tym znajomość zasad, odpowiedzialność i wzajemny szacunek między uczestnikami ruchu. 

Dlatego ten rowerowy zwrot potrzebuje dziś kolejnego kroku – nie tylko infrastruktury, ale przede wszystkim mądrych, konsekwentnych działań edukacyjnych i prewencyjnych, które pomogą zbudować kulturę jazdy opartą na bezpieczeństwie i rozsądku. Podobno jeździmy prawie wszyscy. Z badań wynika, że 80% Polaków jeździ rowerem i choć te cyfry wydają się mocno zawyżone, bo regularne jeżdżenie na rowerze niejedno ma na imię – jedno jest pewne: rowerzystów mamy w Polsce mnóstwo.

W większych miastach na czerwonym świetle z trudnością mieszczą się na wysepkach między jezdniami, rowerowe imprezy przyciągają już nie dziesiątki czy setki, a tysiące osób. Na wsiach, choć to akurat żadna nowina, wystarczy w niedzielę zajrzeć pod dowolny kościół, by zauważyć, jak wiele osób korzysta z tego sposobu przemieszczania się.

Ja również jestem dzieckiem tego boomu – jeszcze kilka lat temu używałam roweru najwyżej kilka razy w miesiącu przy sprzyjających wiatrach i pogodzie, wypuszczając się na raczej krótsze 20–30-kilometrowe wycieczki po okolicy.

Dziś, niezależnie od pogody, rowerem robię do kilkaset kilometrów w miesiącu. Jeżdżę sama i bywam też częścią ustawek rowerowych, gdzie ludzie w sieci umawiają się na wspólne pokonywanie tras. Nie jest mi obcy też udział, a nawet stawanie na podium kolarskich zawodów.

Zaczęłam nawet prowadzić swojego rowerowego Instagrama, gdzie opisuję swoje wycieczki. Właśnie kupuję swoje pierwsze sakwy i rowerowy bagażnik, bo przede mną mój pierwszy prawdziwy rowerowy urlop, który spędzę na trasie Green Velo. Przymierzam się też do kupienia sobie pierwszych espedów – profesjonalnych, wpinanych w pedały butów zatrzaskowych.

Rowerowy boom w Polsce. Lepszy sprzęt, gorsze umiejętności

– Tak, ten rowerowy boom jest zauważalny, chociaż nie nazwałbym go zrywem. To nie jest tak jak z tym słynnym hasztagiem #morsowałem kilka lat temu, że w czasach pandemii wlazła do zimnej wody prawie cała Polska, sfotografowała się, po czym większość z nas o tym zapomniała. Rowerowy trend od kilku lat jest stabilnie zwyżkujący. Z roku na rok liczba rowerów, o które musimy zadbać, bardzo regularnie się zwiększa, ale nie wiem, czy to samo dzieje się z rowerową świadomością – zauważa Kamil Zaręba, mechanik rowerowy z kilkunastoletnim stażem.

Gdyby ktoś spojrzał na mnie z boku – coraz prawdziwsza kolarka ze mnie. Gdyby ktoś zajrzał głębiej – szybko by się zorientował, że mimo że sporo jeżdżę, to wciąż jestem trochę taką kolarską wydmuszką. Bywa, że wciąż mam problem z rowerowymi przepisami, nie umiem sobie zmienić przebitej dętki, każde spadnięcie łańcucha doprowadza mnie do nerwicy, bo bardzo niewprawnie go zakładam (prawdę mówiąc, niewiele wiem o rowerowej budowie w ogóle), a o swój rower dbam wciąż mocno wybiórczo. W skrócie mówiąc: to się z biegiem czasu zmienia, ale wciąż jeszcze jeżdżę trochę „na pałę”. A ze mną na taką samą „pałę” jeździ pół Polski.

Rowerowa edukacja w Polsce nie istnieje

Z rozmów, które przeprowadziłam, wynika, że nie tylko ja mam problem z tym, że wykręcona ilość kilometrów nie jest wprost proporcjonalna do wiedzy, którą w danym czasie powinnam była przyswoić.

Problem w tym, że tak jak wspólnych wyjazdów rowerowych w moim warmińsko-mazurskim jest sporo, tak bardzo mało jest działań, które szerzyłyby dobre praktyki rowerowej subkultury, działania edukacyjne i budowały system dobrych zachowań na drodze. Tak jest też w całej Polsce, a im mniejsze miasto, tym ta dostępność jest mniejsza.

– W małym mieście kończy się na tym, że pan policjant raz do roku przychodzi do przedszkola, wręcza wszystkim dzieciom po odblasku i mówi, że mają jeździć w kasku. To chyba tyle, jeśli chodzi o edukację i działania prewencyjne. Nigdy nie słyszałam, żeby w moim mieście funkcjonowało ogólnodostępne miasteczko ruchu drogowego, żeby były organizowane jakieś warsztaty dla dzieci i dla dorosłych (co w sumie mogłoby budzić w małym miasteczku zdziwienie i śmiech, bo po co dorosłemu kurs rowerowy?) i żeby policja kogokolwiek skontrolowała za brak świateł czy ochraniaczy – zauważa pani Maja z Nowego Miasta Lubawskiego.

Policja nie poucza rowerzystów. Bo dba o PR.

Z tą policją to jest w ogóle ciekawa sprawa. Tyle się o niej mówi i przed nią ostrzega, a żaden z moich bliższych rowerowych przyjaciół nigdy nie był przez nią sprawdzony czy pouczony. Nie wnoszę tu oczywiście o większy zamordyzm i straszenie – służby mogłyby jednak zrobić więcej dobrego w kształtowaniu dobrych nawyków w walce z rowerowymi ignorantami.

Mirek Arczak, rowerowy aktywista z inicjatywy Rowerowy Olsztyn, założyciel Rowerowej Warmii, próbował nawet do jednej ze swoich akcji zaangażować policjantów i Straż Miejską. Odmówili.

– W Olsztynie, gdzie mieszkam i działam, przez samo centrum wzdłuż szerokiego chodnika wydzielony jest na jezdni pas ruchu wyłącznie dla rowerów, a wielu rowerzystów wciąż w tym miejscu, wybiera trakt pieszy. Zaprosiłem służby, aby stanęły ze mną w tym miejscu i nakłaniały ludzi do zmiany tego nawyku. Oczywiście bez mandatowania i na spokojnie. Nie podchwycili tego pomysłu, tłumacząc, że nie chcą sobie robić czarnego PR-u – wspomina mężczyzna.

Owszem, infrastruktura rowerowa z różnym tempem i o różnej jakości, ale jednak się rozwija, ścieżki się budują, a ludzie i tak... czasem z przyzwyczajenia, czasem ze strachu i niewiedzy, wybierają jazdę po chodniku.

Brakuje warsztatów z bezpieczeństwa jazdy na rowerze

– Jeździć jest gdzie, jeździć jest z kim, ale jak jeździć? To już jest większa zagwozdka, bo pod pewnymi względami wymagająca większych nakładów: zarówno organizacyjnych, jak i finansowych – zauważa Kamil Brzozowski z rowerowej organizacji ROVELOVNIA.

Mężczyzna od kilku lat na Dzień Kobiet przeprowadza warsztat z wymiany dętki dla pań. Wstęp na wydarzenie jest bezpłatny, obowiązują zapisy. Kamil zawsze ma komplet plus jeszcze kilka osób na liście rezerwowej. Gdyby w sezonie zrobił jeszcze kilka takich warsztatów tematycznych – na pewno bez trudu znalazłby chętnych.

– Ale... trzeba znaleźć przyjazny lokal na parterze, który trzeba opłacić. Trzeba mieć sprzęt, cierpliwość i czas. Każda uczestniczka wychodzi od nas z podarowaną na warsztacie dętką i łyżką. W idealnym świecie dołożylibyśmy jeszcze do tego pompkę i zestaw kluczy.

Ustawki, gdzie wszyscy jedziemy przed siebie "na hura" – a wiem, bo takie też organizuje – są po prostu dużo prostsze logistycznie i łatwiejsze do zorganizowania oddolnie. Tu – przy warsztatach tzw. edukacyjnych – potrzeba wsparcia zewnętrznego, może jakiejś dotacji z urzędu, a z tym bywa ciężko – zauważa Brzozowski.

Ustawka rowerowa. Tam dowiesz się więcej.

Co nie znaczy, że ustawki nie mogą być źródłem wiedzy – pozyskuje się ją jednak mniej formalnie, a po prostu praktycznie podczas jazdy. To na ustawkach dowiedziałam się, że moja technika jazdy jest zbyt siłowa, łańcuch i druciana szczotka do czyszczenia po każdej jeździe powinny wejść ze sobą w kontakt, a za każde zrobione 100 km mój łańcuch powinnam nagrodzić sowitym smarowaniem. Zrozumiałam też, co tak naprawdę znaczy umiejętnie trzymać kolarski dystans. Nauczyłam się obserwować i szacować, a także pojęłam znaczenie kilku bardzo poprawiających bezpieczeństwo gestów kolarskich, które przydają mi się również w życiu codziennym, gdy jadę gdzieś z synami: dziura, zwalniam, zmiana kierunku, omijamy czy zatrzymanie.

– Ludzie mają problem z podstawowymi manewrami na rowerze. Nie umieją efektywnie zmieniać przerzutek czy przybierać odpowiedniej pozycji przy zjeździe. Wiele strachu powoduje też wjechanie do piachu lub pod górkę. Mamy coraz lepsze rowery, a nasze umiejętności często wciąż są słabe i w razie niebezpieczeństwa nie umiemy nad tym naszym ekstra sprzętem zapanować. Gdyby władze i samorządy zwracały uwagę nie tylko na ścieżki i szlaki, ale także wspierały akcje i programy uczące realnie jeździć na rowerze, w przestrzeni zrobiłoby się bezpieczniej, a bardziej techniczna jazda przynosiłaby nam jeszcze więcej przyjemności – zauważa inicjator.

Jadę olsztyńskim lasem miejskim, po drodze mijam grupę nastolatków na rowerach robiących ewolucje na leśnych skarpach i singlach. Trochę mi mrozi to krew w żyłach, mimo to miło popatrzeć na wysmaganych zmęczeniem i wiatrem młodzieńców.

Trwa wiosna, a wybór przyrody i powietrza zawsze wydaje się lepszy niż wybór dusznego pokoju i komputera. Dzielę się tymi spostrzeżeniami z jednym z moich rozmówców.

Karta Rowerowa i co dalej? Brak wiedzy u nastolatków

– Mnie też cieszą młodzi ludzie na rowerach, tylko musimy sobie zdawać sprawę, że większość z nich ostatni raz miała styczność z „rowerowymi” przepisami w czwartej klasie szkoły podstawowej, gdzie być może załapali się na kartę rowerową, a być może nie. Kto nie zrobił tego w tamtym czasie w ramach szkoły, to później bardzo trudno o inny sposób uzyskania tego dokumentu. Dla WORD-ów to sprawa marginalna. Z kolei rodzice machają na to ręką, mówiąc: "i tak nikt tego nie sprawdza, więc do 18-tki sobie poradzisz bez Karty". I na tym się przeważnie kończy, samowola trwa, a poziom rzetelnej wiedzy jest wciąż zatrważająco niski. Przecież zanim te dzieciaki dojadą do bikeparku czy skateparku, kilometrami jadą wcześniej po mieście w ruchu drogowym. Czy wiedzą, jak to robić przepisowo i bezpiecznie? Nawet jeśli w kieszeni mają na to papier? – pyta Arczak.

Ekspert zwraca też uwagę na ciekawy paradoks: wiele dzieci będąc świeżo po kursie na kartę rowerową, nie umie jechać z jedną ręką na kierownicy.

– Przecież sygnalizowanie podniesioną ręką zamiaru skrętu w lewo czy w prawo jest jedną z podstawowych umiejętności każdego rowerzysty. Tymczasem są dzieci, które popisując się na szkolnym boisku potrafią na przykład pokonywać wiele metrów na jednym kole, ale kiedy wyjadą na prawdziwą ulicę, to tracą pewność siebie i nie wykonują prawidłowo nawet najprostszych manewrów – podsumowuje edukator.

Kask. Temat zastępczy.

Kask i kamizelka odblaskowa to jego zdaniem dużo za mało, jeśli chodzi o edukowanie dzieci młodzieży, a lekcje z rowerowego bezpieczeństwa – o ile w ogóle mają miejsce, często tylko do tego się sprowadzają.

– Podczas zajęć z dziećmi, które mam okazję w szkołach prowadzić, okazuje się, że wiele z nich jeździ w źle dobranych lub dawno za małych kaskach, które mogą przynieść więcej szkody niż pożytku, gdy zdarzy się wywrotka lub wypadek. Kamizelka, która często jest przykryta plecakiem też nie na za wiele nam się zda. Ciemna ręka sygnalizująca skręt, w kontraście z jaskrawą kamizelką może być słabo widoczna w półmroku. Przypominanie o kaskach i odblaskach ma sens, ale nie może zastępować znacznie szerszej edukacji o prawach i obowiązkach rowerzystów w ruchu drogowym.

Jest wiele ważnych elementów, o których mówi się mało albo wcale, a to właśnie one składają się na układankę rowerowego bezpieczeństwa. Myślę tu o znajomości przepisów, prawidłowym wyposażeniu, odpowiednim ubiorze, dobrych nawykach i oczywiście o szeroko pojętej kulturze jazdy. Upowszechnianie tej wiedzy i umiejętności jest wyzwaniem dla całego systemu. I nie myślę tu wyłącznie o najmłodszych rowerzystach, ale także o dorosłych i seniorach, którzy często nawet posiadając prawo jazdy nie jeżdżą na rowerach w sposób przepisowy i bezpieczny. Nasz krajowy system szkolenia rowerzystów potrzebuje poważnego podejścia i wprowadzenia zasadniczych zmian, aby kompleksowo uczył jazdy na rowerze. – konkluduje mężczyzna.