Osoba, która ma na sobie model głowy lwa.
Jak szefowie motywują pracowników i jak ich kontrolują? Niektórzy na bardzo dziwne sposoby. fot. Roman Samborskyi / Shutterstock

Współczesny rynek pracy coraz częściej przypomina pole bitwy, na którym walka toczy się nie o prawdziwą produktywność, lecz o nieustające jej pokazywanie. – Pracujesz i jednocześnie musisz udowadniać, że pracujesz, a to zabiera czas i siły na prawdziwą pracę – mówi InnPoland pani Marta. Granica między zarządzaniem a obsesyjną kontrolą już dawno się zatarła. Szefowie próbują motywować pracowników do wzmożonej produktywności na bardzo osobliwe sposoby. – Najdziwniejsze, co mi się przytrafiło, to warsztat z oddychania zamiast podwyżki – wspomina rozmówczyni InnPoland.

REKLAMA

Cyfrowy nadzór to nowa twarz kontroli nad pracownikami na polskim rynku pracy. "Kreatywność" niektórych przełożonych nie ma granic: ani zdrowego rozsądku, ani dobrego smaku. Wszystko po to, by pracownik cały czas pokazywał, że pracuje. Efekt? Prawdziwa praca leży odłogiem, bo trzeba co chwilę raportować "górze" co się robi. Wielu moich dojrzałych rozmówców z lekkim rozrzewnieniem, ale i nutką ironii wspomina swoje pierwsze doświadczenia pracownicze. Jeszcze w latach 90., a nawet kilkanaście lat temu, kontrola pracy oznaczała głównie wpisanie się na listę obecności i sporadyczne spojrzenie przełożonego. Teraz miejsce pracy nierzadko zmienia się w miejsce zawodowej inwigilacji.

Kontrola w pracy. Cyfrowy nadzór zamiast zaufania

Dziś kontrola pracy coraz częściej przypomina system nadzoru rodem z dystopii – z tą różnicą, że zamiast państwa kontroluje nas… dział HR. Podejrzliwość kadr nie bierze się jednak z niczego.

– Jako młoda dziewczyna w latach 90. zatrudniłam się w dziale dystrybucji urzędu pocztowego. Od rana paliło się, jadło i plotkowało przy biurkach. Po 12.00 ci bardziej zaawansowani stażem wyciągali pochowane w szufladach buteleczki, częstowali młodszych i próbowali się tak "przekulać" do 15.00. Teraz wydaje się to niepojęte i sama nie wiem jak to wszystko działało. Dziś, gdy moja córka na trzy minuty odejdzie od komputera, to już świeci się na czerwono, system określa ją jako "bezproduktywną", a zwierzchnicy dzwonią z pytaniem, czy coś się stało i gdzie jest – opowiada pani Joanna.

I dodaje: – Z tym, że to "czy coś się stało", raczej nie wynika z prawdziwej troski. To bardziej taki przytyk, że za dużo czasu spędziła w łazience i za długo je. Biorąc pod uwagę to, jak się kiedyś pracowało, przeszliśmy z jednej skrajności w drugą skrajność.

Granica między zarządzaniem, a obsesją kontroli zaczyna się zacierać. A historie, które pojawiają się w polskim rynku pracy, pokazują, że kreatywność pracodawców w "motywowaniu" pracowników potrafi być naprawdę imponująca.

Ostatnio na jednej z internetowych grup, gdzie ludzie wymieniają się doświadczeniami z firmy, pojawił się post, że dziewczyna pracująca jako kelnerka dostaje dniówkę tylko wtedy, gdy przekona kilku klientów restauracji do wystawienia jej opinii za obsługę.

Post sprowokował dziesiątki komentarzy i porad.  

"Nie daj się wykorzystywać. Pracodawca płaci ci za wykonaną pracę, a nie nagabywanie gości", pisze ktoś. "Już samo podchodzenie do klientów z tymi modnymi teraz pytaniami (...) jest mocno deprymujące. Tu idziemy jeszcze dalej. Na miejscu klienta poczułabym się osaczona i już nigdy tego miejsca nie odwiedziła. Uciekaj stamtąd, sezon w gastro dopiero się rozkręca. Znajdziesz coś mniej szarpiącego twoją godność" – kibicują internauci.

Szef każe, pracownik musi, jeśli nie chce stracić pracy

Krótka wiadomość na facebookowym forum skłoniła mnie do wspomnień i dociekań: o co może nas prosić pracodawca? Jak bardzo może ingerować w to, w jaki sposób wykonujemy zadania? I kogo według dzisiejszych standardów moglibyśmy nazwać Januszem Biznesu?

Gdy zadałam to pytanie publicznie, worek z opowieściami o nadużyciach zdawał się nie mieć dna. Większość moich rozmówców zastrzega jednak, że w znoszenie dziwnych zachowań szefa oraz niegodnych warunków pracy i płacy dali się wrobić w pierwszych latach swojej aktywności zawodowej. Teraz, po latach doświadczeń, twierdzą, że już by na to nie pozwolili.

Rzeczywistość pokazuje jednak, że ofiarami kontroli, która "weszła za mocno" codziennie są setki ludzi. Wielu z nas wciąż daje się zwieść pięknym słówkom, choć wypłaty są niepiękne lub wręcz mikroskopijne. Wciąż godzimy się też na łamanie prawa pracy czy prawa jako takiego.

Kreatywny wyzysk. Wieczne testy i upokarzające warunki

Pamiętam jak sama, zaczynając moją przygodę z copywritingiem, napisałam pewnemu przedsiębiorcy bez umowy i "w ramach testów" opisy około dziesięciu produktów na stronę sklepu internetowego. Po tym kontakt się oczywiście urwał, a kilka tygodni później znalazłam swoje teksty na jego stronie internetowej. Trzy darmowe dni spędziłam też w żłobku – pomagając w przewijaniu dzieci i sprzątaniu. Potem wydało się, że na niekończące się testy do tej konkretnej placówki chodziła co piąta młoda matka z mojego osiedla. 

Po kilku dniach każda z nich okazywała się "nieodpowiednia" i była wymieniana na kolejną. Darmowa siła robocza do poznańskiej placówki płynęła z górczyńskiego osiedla, gdzie mieszkałam, a umowy ani widu, ani słychu. Dla żadnej z nas. Skąd to wiem? Dzięki sile plotek z piaskownicy, gdzie poznałam moje rywalki, które też walczyły o tę posadę.

Jak można się spodziewać to wielu młodym osobom z mojego środowiska przytrafiły się podobne historie.

Michalina: – Jako studentka zatrudniłam się w Kolporterze w centrum handlowym. Gazety, napoje, totolotek... Po trzech dniach dziesięciogodzinnej pracy wiedziałam, że praca z pieniędzmi, z kasą i fakturami nie jest dla mnie. 

Gdy kobieta oznajmiła, że chce się wycofać, szefowa miała położyć przed oczami zwalniającej się odliczone kupki bilonu. Trzy małe kopczyki o wartości 10 zł każdy.

– Przesuwała je do mnie po kolei wyliczając: to za poniedziałek, to za wtorek, to za środę. Trochę mnie zatkało, bo złotówka za godzinę to było śmiesznie mało nawet 20 lat temu. I bardzo tego paraliżu żałuję, bo w tym czasie na salę wpadł mąż szefowej i kładąc rękę na pieniądzach wykrzyknął: "To nie była praca, to była nauka!". Wyszłam stamtąd szybciej, niż zarejestrował to mój mózg. Nie pamiętam nawet, za co kupiłam bilet do domu – wspomina kobieta.

Szef każe, pracownik musi... się modlić

A co w sytuacji, gdy pracę już masz? Może być różnie. Bardzo różnie. Możesz na przykład dostać polecenie służbowe, by brać udział w obrzędach religijnych. A to, że jest to jaskrawie sprzeczne z Konstytucją RP, dziwnego szefa nie interesuje.

– Jadąc samochodem musiałam się modlić z szefami o powodzenie na konkursach i pokazach, w które byłam zaangażowana. I nie mówię tego w przenośni. Miałam bardzo religijnych zwierzchników, którzy w samochodzie kazali swoim tancerzom i instruktorom odmawiać różaniec. Nigdy nie byłam w bardziej krępującej sytuacji. Jedziesz busem na zawody, a ktoś ci każe klepać zdrowaśki – bulwersuje się pani Weronika, tancerka z województwa warmińsko-mazurskiego. 

Ciąg dalszy niestety nastąpił.

– Najgorzej, że nam po tych modłach nie raz i nie dwa nieźle poszło. Szefostwo miało "argument", że sukces to zasługi siły wyższej, a nie nasza pracy i talentów, więc powinniśmy dalej się modlić, a nawet od czasu do czasu spotkać się w kościele – opowiada rozmówczyni InnPoland.

Kobieta zauważa, że w branży artystycznej przypisywanie sobie dobrych pomysłów podwładnych to codzienność. – Zgłaszasz jakąś ideę, pomysł. Z pasją opowiadasz, jak to widzisz na scenie. Szefostwo bardzo ci dziękuje, ale mówi, że nie ma na to zasobów lub że "to nie chwyci". Po czym widzisz, jak po pół roku wystawia twój pomysł jako swój, może tylko z lekką modyfikacją. To bardzo bolesne.

Pani Anna, kasjerka, jako bolesny wspomina dzień, gdy nagle na ścianie pokoju socjalnym sklepu, w którym pracuje, znalazła swoją fotografię z dyżuru na kasie: odbitkę z monitoringu. Na górze widniał rysunek czaszki z podpisem "postaraj się bardziej". Tuż obok wisiało zdjęcie innej koleżanki, na którym na różowo i w asyście grafiki pucharu widniało hasło "Tak trzymaj!".

Pani Anna: – Uważam to za najbardziej żenujący dzień w życiu. Rozumiem dostać reprymendę, że coś się robi źle lub za wolno. Ale żeby kara miała być publiczna i miała ciążyć nad człowiekiem przez kilka tygodni, bo tyle tam te zdjęcia wisiały? To już pastwienie się, a nie dobre chęci i motywacja, żeby ktoś poprawił swoją wydajność. A tak mi to wtedy tłumaczono.

Co zyskali zwierzchnicy pani Anny stawianiem jej pod pręgierzem?  

– Z racji tego, że ręce zaczęły mi się trząść bardziej, niż do tej pory, nie tylko nie stałam się szybsza, a może nawet zwolniłam. Ja po prostu w takim tempie kasuję towary. Nie potrafię przyspieszyć. Może po wszystkim stałam się bardziej pokorna, bo do tego momentu potrafiłam jeszcze odburknąć, gdy coś mi się nie podobało. Każdego idzie złamać, a w tym publiczne zawstydzeniu mnie nie chodziło tylko o kasowanie, a ogólne utemperowanie – ocenia kobieta.

Pracodawca, który liczy minuty w toalecie

Kontrowersje zawsze też budzą wszelkie pracownicze wyjścia na papierosa i do toalety. Słyszałam o przypadkach, gdy w drzwiach WC montowano urządzenia monitorujące, kto wchodzi do pomieszczenia.

– W Polsce to mi się nie zdarzyło, ale w Niemczech na jednej hali produkcyjnej mieliśmy taki czytnik. Nikt o tym głośno nie mówił, ale krążyły plotki, że jak przebywasz w łazience do siedmiu minut dziennie, to mieścisz się w normie. Pamiętam, że moja przyjaciółka mająca zaburzenia miesiączkowania miała duży problem, żeby się w tym czasie zmieścić. Nikt jej nigdy uwagi nie zwrócił, ale zawsze kosztowało ją to dużo stresu. Tak nie powinno być – złości się kolejna rozmówczyni InnPoland, pani Marta.

Ze śmiechem wspomina za to oderwanie od realiów swojej majętnej, tym razem polskiej szefowej. Postanowiła ona motywować pracowników agencji marketingowej nie premią czy większą wypłatą, lecz... feng-shui i warsztatami psychologicznymi.

Dalsza część tekstu poniżej:

– Wszyscy byliśmy ambitnymi, wiecznie zawalonymi pracą ludźmi z wyższym wykształceniem, a zarabialiśmy najniższą krajową. To budziło przygnębienie. Rozmowy z szefem kończyły się zawsze: "nie mam z czego wam dołożyć". Pewnego dnia wpadła do nas opalona, bo wiecznie gdzieś podróżująca szefowa z pieskiem na ręku i w puchatych kapciach. Zaczęła nas gonić, byśmy pomogli jej w przesuwaniu mebli – opowiada Marta.

Szybko stało się jasne, dlaczego przełożona robi przemeblowanie. I nie był to bynajmniej koniec tej zdumiewającej sytuacji.

– Mówiła, że czuje "złe przepływy" i w ten sposób "uzdrowimy atmosferę". Potem zapaliła kadzidełka i zaprosiła jakąś panią w turbanie, z którą na środku biura na klęczkach (i niektóre z nas w garsonkach) ćwiczyliśmy oddychanie. To była najbardziej kuriozalna sytuacja w moim życiu. Obraz brzuchatego pana Jurka pod krawatem klęczącego na firmowym dywanie zostanie ze mną na wieki – emocjonuje się moja rozmówczyni.

Pracowdawca montuje kamery w biurze i każe pisać raporty minuta po minucie

Jako kuriozalny pracownica agencji marketingowej ocenia też fakt, że gdy po roku szef dał w końcu wszystkim podwyżki – od razu stał się bardzo drobiazgowy i skrupulatny w ewidencjonowaniu czasu pracy.

Kazał nam na bieżąco tworzyć raporty z tego, co w danym czasie robimy. Połowę czasu pracy zabierała nie praca, a wypisanie mu w tabelkach, że o 13.00 pisało się gdzieś maila, a o 13.10 tworzyło ofertę na film wideo. Pracujesz i jednocześnie musisz udowadniać, że pracujesz. To zabierało czas i siły na prawdziwą pracę. Szczęśliwie szybko się z tego pomysłu wycofał. Atrapy kamer, które zamontował nam przy biurkach też szybko wylądowały w koszu – podsumowuje marketerka.