
Wszystko było dopięte na ostatni guzik: gotowy produkt, podpisany kontrakt z Tymbarkiem i kampania zaplanowana na maj. Jednak sukces rekordowej zbiórki Łatwoganga zmienił wszystko. Zamiast liczenia zysków, zapadła decyzja, która w biznesie zdarza się rzadko – zwłaszcza gdy w grę wchodzą duże kwoty. Cały dochód trafi do dzieci walczących z chorobami nowotworowymi.
Sprawa dotyczy współpracy Łatwoganga z marką Tymbark. Influencer podpisał umowę kilka miesięcy temu. Efektem współpracy miał być napój z jego wizerunkiem, który trafi do sklepów. W międzyczasie ruszyła jednak ogromna akcja charytatywna dla Fundacji Cancer Fighters, która poruszyła całą Polskę i przyniosła setki milionów złotych wsparcia. Wtedy pojawiło się pytanie: czy w takiej sytuacji w ogóle wypada robić biznes?
Łatwogang miał gotowy kontrakt z Tymbarkiem. Decyzja zaskoczyła wszystkich
Współpraca nie była improwizacją. Napój powstał wcześniej, kampania była przygotowana, a start sprzedaży zaplanowany. Wszystko wyglądało jak klasyczny projekt marketingowy. Problem pojawił się w momencie, gdy akcja charytatywna zaczęła rosnąć i przyciągać uwagę całego kraju.
Łatwogang sam przyznał, że stanęli przed prostym, ale trudnym wyborem: wylać gotowy produkt albo znaleźć inne rozwiązanie. Pierwsze oznaczałoby straty i zmarnowanie pracy wielu osób. Druga opcja wymagała zmiany myślenia. I właśnie wtedy zapadła decyzja, która zmieniła cały kierunek tej współpracy.
Łatwogang i Tymbark mieli dopiętą współpracę. Cały zysk z napojów oddany na walkę z rakiem
Zamiast promować produkt i zarabiać, Łatwogang i Tymbark podjęli wspólną decyzję: cały dochód ze sprzedaży napoju trafi do Fundacji Cancer Fighters. Bez wyjątków, bez częściowego podziału. Całość.
To nie była jednostronna akcja. Tymbark również zmienił swoje plany. Firma jasno wskazała, że w takiej sytuacji komercyjne działania byłyby nie na miejscu. Oficjalnie kampania z udziałem influencera zostaje wygaszona, a produkt, który trafi do sklepów, staje się narzędziem pomocy, a nie reklamy.
Co ważne, Łatwogang zrzekł się także swojego wynagrodzenia z kontraktu. Czyli nie tylko marka oddaje zysk ze sprzedaży, ale też twórca rezygnuje z pieniędzy, które normalnie by zarobił.
Zobacz także
Zamiast kampanii Tymbark i Łatwogang wybrali dobro. Wszystkie pieniądze trafią do dzieci
Ta sytuacja pokazuje coś, co rzadko widać w dużych projektach. Marketing zwykle opiera się na planach, harmonogramach i budżetach. Tutaj wszystko było gotowe, a mimo to zatrzymano się i zmieniono decyzję. Ale powód jest prosty i oczywisty.
Skala emocji wokół zbiórki była tak duża, że każda próba wykorzystania jej do promocji mogłaby zostać odebrana źle. Zarówno influencer, jak i marka uznali, że lepiej zrobić krok w tył i oddać przestrzeń temu, co naprawdę ważne. Efekt? Zamiast kolejnej kampanii mamy przykład sytuacji, w której biznes dopasował się do momentu, a nie odwrotnie. Właśnie dlatego ta decyzja odbiła się szerokim echem. Na końcu zostaje jedna rzecz, która wybrzmiewa najmocniej. Pieniądze ostatecznie trafią tam, gdzie powinny. A reszta? To już tylko tło.
